Dziecko gwarancją pracy. Czy doczekaliśmy się w końcu pomocy dla pracujących rodziców?

Do tej pory prawo słabo chroniło przed utratą pracy matki wracające  z urlopów macierzyńskich czy wychowawczych. Teraz to się zmieni?
Do tej pory prawo słabo chroniło przed utratą pracy matki wracające z urlopów macierzyńskich czy wychowawczych. Teraz to się zmieni? Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Gazeta
Znam wiele matek, które po urlopie wychowawczym, mimo dużych chęci, nie wróciły na swoje stanowisko pracy. To znaczy wróciły – na godzinę, dwie, by już pierwszego dnia dostać wypowiedzenie. Znam takie, którym tuż przed terminem porodu sugerowano, że w trakcie macierzyńskiego powinny już szukać nowej pracy. Nie znam żadnej, która z powrotem na swoje (gwarantowane zapisami w kodeksie pracy) stanowisko nie miała kłopotów. Pytanie czy nowelizacja przepisów kodeksu pracy, która zacznie obowiązywać w styczniu 2016 r. ma szansę w końcu coś w tej sprawie zmienić?


Może taka branża, może zły czas na rynku, może oszczędności a może jeszcze milion innych powodów. Wymówek można szukać bez liku. Fakty są jednak takie, że prawo w kwestii powrotu do pracy chroni dziś tylko niewielki odsetek polskich matek.


Tak jest
Dziś bowiem prawo chroni tylko te panie, które zatrudnione są w oparciu o umowę o pracę na pełen etat. A i to pod warunkiem, że na dwa tygodnie przed planowanym powrotem z urlopu macierzyńskiego lub wychowawczego złożą podanie o zmniejszenie wymiaru czasu pracy o jedną ósmą lub nawet o połowę. Z dniem złożenia wniosku kobieta zyskuje ochronę przed zwolnieniem. Szef nie może jej zwolnić przez dwanaście kolejnych miesięcy. Umowa między stronami może zostać rozwiązana jedynie wówczas, gdy dochodzi do ogłoszenia upadłości zakładu pracy lub zostaje on zlikwidowany.


Jeśli jednak taki wniosek do pracodawcy nie wpłynie matki wracające do pracy po urlopie muszą liczyć się z tym, że pracodawca ma prawo zwolnić je jeszcze tego samego dnia.

To efekt pewnej luki prawnej, która spędza sen z powiek wielu paniom – teoretycznie w kodeksie pracy napisano, że pracodawca ma obowiązek dopuścić ją do pracy na dotychczasowym stanowisku i z tym samym wynagrodzeniem, które otrzymywała zanim poszła na urlop macierzyński, rodzicielski czy wychowawczy. W praktyce wygląda to jednak tak – kobieta kończąc urlop macierzyński wraca na zajmowane wcześniej stanowisko zaczynając dzień pracy np. o godz. 9.00. O godz. 9.15 szef może już zwolnić ją bez żadnych konsekwencji.


Historie są różne
Właśnie, historie są różne. Niedawno znajoma pracująca w jednej z firm jako asystentka opowiedziała mi jedną w ramach narzekania na nadmiar pracy. W dziale były we dwie, ale jedna niedawno dostała awans i inne obowiązki. Znajoma została sama, ale nie na długo. Kilka tygodni temu do pracy, po kilkuletniej przerwie, wróciła koleżanka, również asystentka. Kobieta w połowie 2010 r. urodziła pierwsze dziecko, kilka tygodni była na macierzyńskim, potem na wychowawczym. Gdy jej córeczka miała prawie półtora roku, dziewczyna zaszła w drugą ciążę. I znów to samo – macierzyński, potem należny wypoczynkowy i nieco wychowawczego. O powrocie do pracy zdecydowała dopiero teraz, mając już w domu odchowaną pięcio- i trzylatkę. I wróciła, na dokładnie trzy dni. Potem otrzymała wypowiedzenie.

– U mnie historia była jeszcze ciekawsza – mówi w rozmowie z naTemat Karolina, dziś mama dwulatki. – Jako typowy korpoludek przez lata pracowałam od rana do nocy, nawet w ciąży. Nie poszłam na zwolnienie, choć ostatnie tygodnie ciąży były już mocno dokuczliwe, zwłaszcza przy pracy w tak dużym tempie.

Kobieta, na kilka dni przed planowanym terminem porodu, poinformowała szefa, że chciałaby przez tych parę dni pracować zdalnie. Zgodził się bez problemu, ale jasno dał do zrozumienia, że nie wyobraża sobie, by Karolina była w stanie być jednocześnie dobrym pracownikiem i matką. – Zasugerował mi wprost, że powinnam rozejrzeć się za innym zajęciem – wspomina kobieta. – Mieliśmy dobry, partnerski układ, więc tym bardziej zrobiło mi się przykro, że nie chciał mi nawet dać szansy. I nie dał. Tak jak sugerował, zwolnił mnie dzień po tym, jak wróciłam z urlopu macierzyńskiego.

Coś się zmieni?
Takich historii jest wiele, a szkoda. Teraz jest szansa, że coś zacznie się zmieniać. – Polityka prorodzinna przyczynia się do wzrostu gwarancji zatrudnienia – komentuje w serwisie gazetaprawna.pl Łukasz Guza pisząc o zmianach, które zaczną w Polsce obowiązywać z początkiem 2016 r.

Mowa o nowelizacji kodeksu pracy, która wejdzie w życie 2 stycznia 2016 r. Najważniejsze przewidziane w niej zmiany to wydłużenie o 32 tygodnie maksymalnego okresu ochrony pracownika łączącego urlop rodzicielski z pracą w niepełnym wymiarze godzin. W sumie więc, od stycznia, będzie on mógł wynosić 64 tygodnie.

Dzięki temu matki zasiłek macierzyński lub wynagrodzenie będą miały zapewnione w sumie przez 41 miesięcy. Zachowają przy tym prawo do wykorzystania w następnej kolejności urlopu wychowawczego. Jeśli ze wszystkich form skorzystają w maksymalnym przewidzianym przepisami okresie, będą mogły jednocześnie być zatrudnione i sprawować opiekę nad dzieckiem w sumie przez przeszło sześć lat.

Warto tu zaznaczyć jeszcze jedno – 16 spośród 32 tygodni urlopu rodzicielskiego będzie można wykorzystać nie tylko tuż po urlopie macierzyńskim, ale w późniejszym, dowolnie przez rodzica wskazanym okresie, nie później jednak niż do końca roku kalendarzowego, w którym dziecko skończy 6 lat. Cztery tygodnie płatnej opieki, to zdaniem ekspertów świetna furtka, dla rodziców, którzy dowiedzą się np. o planowanych w firmie zwolnieniach. Dzięki pobytowi na rodzicielskim, zyskują bowiem szansę na „przeczekanie sytuacji” i zachowanie stanowiska pracy.

Eksperci zajmujący się sytuacją na rynku pracy komentują jeszcze jedną istotną kwestię: nowelizacja zmniejsza dysproporcje pomiędzy mężczyznami i kobietami. To dlatego, że nowe przepisy umożliwiają rodzicom bardziej równomierne dzielenie się obowiązkami. W świetle zapisów ustawy, matka, po upływie 14 tygodni urlopu macierzyńskiego będzie mogła zrezygnować z kolejnych sześciu tygodni na rzecz ojca dziecka lub innego. To, zdaniem wielu, szansa na ograniczenie dyskryminacji kobiet na rynku pracy.

Z drugiej strony pojawiają się takie głosy, jak chociażby ten należący do prof. Moniki Płatek, prawniczki. – Tkwimy w archaicznym sposobie myślenia, w których chcemy dzietności, a nie poprawy życia dla rodzin. Chodzi o to, żeby rodzice chcieli zostać rodzicami – argumentowała niedawno Płatek w jednym z programów publicystycznych. I trudno odmówić jej racji.

napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...