
Były poseł PO i Ruchu Palikota chce spróbować sił w Senacie. Ale do 6 września Łukasz Gibała walczy o zniesienie finansowania partii. – Politycy nie muszą się z tego rozliczać, a przez to są zepsuci; posługują się rynsztokowym językiem, co słychać na nagraniach, są oderwani od rzeczywistości, mają postawę pogardy – mówi w "Bez autoryzacji".
REKLAMA
Co może zrobić w polityce jeden samotny senator?
Wbrew pozorom sporo. Przez ostatni rok działam jako parlamentarzysta niezależny i to mit, że taka osoba nie ma żadnych narzędzi. Są oświadczenia senatorskie, interwencje w instytucjach publicznych czy po prostu zabieranie głosu w mediach. Dzięki temu można wpływać na rząd, wywierać presję i załatwiać konkretne sprawy.
Nie kojarzę znaczących inicjatyw Włodzimierza Cimoszewicza czy Kazimierza Kutza, którzy w tej kadencji są senatorami niezależnymi. Ich obecność w mediach tak, ale nie załatwione sprawy w parlamencie.
Już jako poseł niezależny działałem w parlamencie na rzecz wprowadzenia ustawy wprowadzającej normy jakościowe dla węgla spalanego w piecach i ona weszła w życie. Oczywiście mój głos nie był jedyny, ale udało się.
Drugi przykład to z podwórka lokalnego: niedawno Jacek Majchrowski mianował człowieka z kilkunastoma poważnymi zarzutami, m.in. o mobbing i korupcję, dyrektorem jednej z najważniejszych instytucji miejskich. Zaprotestowało kilka środowisk i prezydent go odwołał.
Więc da się oddziaływać na rzeczywistość. Nie jest to łatwe, wielkie partie mają tutaj przewagę, ale z drugiej strony taki parlamentarzysta z tylnych rzędów to już w ogóle nie ma wpływu na rzeczywistość. Po prostu głosuje tak, jak każe mu partia.
Rozumiem, że już nie będzie pan chciał zlikwidowania Senatu? Był pan członkiem Ruchu Palikota, który miał to wśród swoich postulatów.
Byłem i jestem zwolennikiem jednoizbowego parlamentu, można spokojnie zlikwidować Senat. Ale dopóki Senat istnieje, powinni w nim zasiadać ludzie, którzy będą samodzielnie podejmować dobre decyzje. Dlatego kandyduję. Ale jeśli pojawi się inicjatywa zlikwidowania Senatu, to ja ją poprę.
Z jakim programem idzie pan do wyborów? Czy pana kampania będzie oparta na tym, o czym mówi pan w kampanii referendalnej, czyli likwidacji finansowania partii?
Nie, to dwie różne rzeczy. Poza tym, o czym mówimy ze Stowarzyszeniem Kierunek Zmiana, którego jestem szefem, mam też indywidualny program do Senatu. Cała kampania będzie opierała się na niezależności i podkreślaniu, że mamy za dużo parlamentarzystów, którzy są bezwolnymi marionetkami w rękach partyjnych szefów. To bolączka polskiego parlamentaryzmu.
Poza tym mam program, który zawiera się w trzech punktach. Po pierwsze jako były przedsiębiorca chcę walczyć o ułatwienia w prowadzeniu firm i niższe podatki. Po drugie chcę walczyć o czystsze powietrze. Co roku w Polsce z powodu zanieczyszczeń umiera 40 tys. osób. Po trzecie obiecuję, że będę walczył o to, żeby Kraków nie był poszkodowany, np. przy rozdziale środków z budżetu.
Gdybym spytał jak ocenia pan swoje szanse, pewnie powiedziałby pan, że liczy pan na zwycięstwo. Jak więc chce pan pokonać rywali z PiS i PO, którzy są silni w Krakowie i okolicach?
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem faworytem, bo część wyborców głosuje na szyldy. Poza tym PO i PiS wydadzą na kampanię pewnie po 30 mln zł. Ale już rok remu w wyborach na prezydenta Krakowa udało mi się pokonać kandydatkę PO, a z kandydatem PiS przegrałem.
Liczę więc, że teraz uda mi się pokonać kandydatów obydwu wielkich partii. Zresztą wydaje mi się, że Polacy mają już trochę dość partii. Sensacyjny wynik Pawła Kukiza był po części także efektem protestu przeciw zdominowaniu polityki przez partie polityczne.
Rozumiem, że temu ma pomóc także pana walka z finansowaniem partii z budżetu?
Tak.
Tylko dzisiaj nic nie wskazuje na to, żeby to referendum było ważne.
Niestety pułap 50 proc. frekwencji jest bardzo wysoki. Kampania jest anemiczna, poniekąd przykryta przez kampanię wyborczą. Partie o tym nie mówią, media też. Ale właśnie dlatego my, jako Kierunek Zmiana angażujemy się w kampanię, staramy się przypominać Polakom o głosowaniu. Ciągle nie tracę nadziei, że będzie to 50 proc.
Nie lepiej skupić się na kampanii parlamentarnej?
Moim zdaniem to referendum jest bardzo ważne, bo system finansowania jest patologiczny. W tej kadencji partie z subwencji dostały 296 mln zł. Wydają to na wina, cygara, garnitury, ochronę prezesa z jednej partii. Politycy nie muszą się z tego rozliczać, a przez to są zepsuci; posługują się rynsztokowym językiem, co słychać na nagraniach, są oderwani od rzeczywistości, mają postawę pogardy. Przypomnę cytat z pani Bieńkowskiej, że tylko idiota pracuje za 6 tys. zł.
Chodziło o jednego z wiceministrów. Człowiek z takim zakresem odpowiedzialności w prywatnej firmie zarabiałby wielokrotnie więcej.
No tak, ale kiedy duża część Polaków pracuje za wielokrotnie więcej, osoba pełniąca funkcję publiczną nie może z taką pogardą odnosić się do takich zarobków. Ten brak empatii, brak zrozumienia zwykłych ludzi, wynika z tego, że politycy, szczególnie na kierowniczych stanowiskach w wielkich partiach mają za darmo, za nic dostęp do partyjnej kasy.
I mogą te pieniądze wydawać na co chcą. Platforma wynajmowała boisko dla premiera Tuska, a skarbnik głupio tłumaczył, że to w ramach realizacji celów statutowych partii. Takie zachowania muszą demoralizować polityków. Dlatego likwidacja finansowania i zastąpienie go odpisem od podatku PIT byłaby ogromnym krokiem do uzdrowienia fundamentów polskiej polityki.
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
