
Prezydent Andrzej Duda pojawił się w Gdańsku na koncercie "My naród" z okazji 35-lecia "Solidarności". Tłum zebrany na terenie Stoczni Gdańsk entuzjastycznie przyjął szefa państwa - podobnie jak przewodniczący "Solidarności" Piotr Duda. Prezydent mówił o istotnej roli, jaką odegrały związku zawodowe w Polsce i o tym, jak ważna jest muzyka... rockowa.
REKLAMA
– Przyjąłem to zaproszenie z wielkim wzruszeniem, bo kiedy rodziła się "Solidarność", miałem osiem lat. Nie brałem udziału w "Solidarności", ale cieszę się, że są tu dziś ci, którzy "Solidarność" wtedy tworzyli i doprowadzili do tego, że Polska wyszła zza żelaznej kurtyny. Gdyby nie oni, nie byłoby tego. Ale cieszę się, że są tu także ludzie dużo młodsi od "Solidarności", bo to jest urzeczywistnienie tej samej idei. Idei budowania wspólnoty wielu pokoleń rodaków – mówił prezydent ze sceny.
Na koncercie nie pojawił się Lech Wałęsa - obecnie przebywa za granicą, ale na obchodach pojawili się za to inni byli przewodniczący "Solidarności": Marian Krzaklewski i Janusz Śniadek, obecnie polityk PiS.
Prezydent Duda po raz kolejny zasygnalizował, że jest z muzyką za pan brat. Wcześniej dał się poznać m.in. jako znawca piosenek powstańczych, a w Gdańsku podkreślił niebagatelne znaczenie mocniejszej muzyki w czasach, kiedy powstawała "Solidarność". – I cieszę się, że obchody zaczynamy od koncertu rockowego, bo wiemy, jak ta muzyka była ważna w tamtych czasach, jak wiele ta muzyka zrobiła dla budowania poczucia siły. Swoją obecnością dziękujemy dzisiaj tym artystom. "Solidarność" była, jest i będzie! – powiedział.
Szef "Solidarności" Piotr Duda i obecny prezydent od kampanii prezydenckiej są sojusznikami. Przewodniczący związków poparł wówczas konkurenta Bronisława Komorowskiego w zamian za dopełnienie warunków umowy programowej. Prezydent Duda zobowiązał się wtedy m.in do obniżenia wieku emerytalnego i powiązania uprawnień emerytalnych ze stażem pracy, przywrócenia odpowiedzialności państwa za zdrowie obywateli, a także do zapewnienia wzrostu minimalnej płacy do poziomu 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia i wyeliminowania tzw. "śmieciówek". Na razie szef "Solidarności" najwyraźniej nie traci nadziei na realizację swoich postulatów przez prezydenta.
