
„Trudne snapy” to coś czego jeszcze nie było. Serial, który stworzyli studenci jest parodią nie tylko paradokumentalnych produkcji największych stacji telewizyjnych, ale też gwiazd z pierwszych stron gazet. Co jest w nim wyjątkowego? Odcinek możesz zobaczyć tylko przez 24 godziny. Nowe realia, nowe możliwości, czyli jak można wykorzystać Snapchata.
REKLAMA
Kreatywni w social media
Młodzi ludzie, którzy postanowili stworzyć nową jakość. Serialu, który dostępny jest tylko przez dobę, jeszcze nie było. Jest to produkcja w stylu „home made”, która idealnie wpisuje się zarówno w formę, jaką jest Snapchat, jak i w styl ich serialu. Do promocji wykorzystują też Facebook i Instagram. Coraz śmielej wkraczaj do sieci i nie boją się wykorzystywać najnowszych źródeł komunikacji.
Młodzi ludzie, którzy postanowili stworzyć nową jakość. Serialu, który dostępny jest tylko przez dobę, jeszcze nie było. Jest to produkcja w stylu „home made”, która idealnie wpisuje się zarówno w formę, jaką jest Snapchat, jak i w styl ich serialu. Do promocji wykorzystują też Facebook i Instagram. Coraz śmielej wkraczaj do sieci i nie boją się wykorzystywać najnowszych źródeł komunikacji.
Jeden z udostępnionych przez nich filmików jest parodią "Kuchennych Rewolucji" i bohaterów programu. Zarówno Magda Gessler, jak i pracownicy przedstawionej restauracji są mocno przerysowani, ale idealnie oddają cechy, z których najbardziej się śmiejemy. Restauratorka zastaje "tosterię", którą zmienia w "barszczarnię". Co ważne, nazwisko właściciela inspiruje ją do stworzenia unikatowego dania - barszczu Sosnowskiego. Nie musimy chyba tłumaczyć, jak się to kończy. Inny odcinek nosi tytuł "Mit o mocarzu". Odnosi się oczywiście od kultury starożytnej, z nutką współczesnych dopalaczy.
Co to jest za pomysł, jak na to wpadliście i po co?
Irmina: Wszystko wyszło przez przypadek. Przyjaźnimy się już kilka lat. Siedząc razem, dla żartów nagraliśmy snapy w stylu paradokumentalnym, o przygotowywaniu pizzy. Później znajomi napisali, bo na początku było to na moim prywatnym snapie, że jest śmiesznie, fajnie i żebyśmy nagrywali więcej. Stwierdziliśmy w sumie, że dobra, czemu nie. Założymy sobie już takiego oficjalnego Snapa, żeby nie zaśmiecać głupotami znajomych. I tak oto powstały „Trudne snapy”.
Nazwa mówi sama za siebie.
Nazwa wyszła w miarę naturalnie, bo miała być nawiązaniem do, wszystkim chyba znanych, „Trudnych spraw”. W sumie zaczęliśmy nagrywać odcinki dla znajomych. Nie wiem jakim cudem zaczęły nas dodawać następne osoby, następne i następne.
A ile macie teraz obserwujących na Snapie?
Na Snapchacie nie da się zobaczyć ile masz realnie obserwujących, możesz zobaczyć ile osób zobaczyło twojego snapa. Tak naprawdę nie wiadomo więc ile mamy obserwujących, ale wyświetleń mieliśmy około 2,5 tysiąca. Są to tylko unikalni użytkownicy, nie wiadomo jednak czy nie wyświetlali filmików po kilka razy.
Na Facebooku macie już ponad 3 tysiące fanów.
Tak, około 3,5.
A ile nagraliście już odcinków swojego serialu?
Osiem. Z tym, że tylko dwa są w internecie. Na snapie to jest bardziej unikatowe. Nie ma takiej zajawki, jak to oglądasz na komputerze. Kiedy widzisz filmik w swoim telefonie i wiesz, że to będzie dostępne tylko przez 24 godziny, to robi się to bardziej wyjątkowe. Jest to coś czego jeszcze nie było.
Dwa filmiki są udostępnione na Facebooku. Co dalej, YouTube?
Tak. Na razie spędzamy wakacje oddzielnie, ale udało nam się mimo wszystko zrobić jeden odcinek zdalnie. Nieco to jednak utrudnia sytuację, bo niestety nie można logować się w tym samym czasie na jedno konto na snapie. Te odcinki, które wrzuciliśmy na Facebooka, są po to, aby ludzie o nas nie zapomnieli. Teraz chcemy zająć się YouTubem.
To co chcemy przygotować, to będzie coś zupełnie innego. Będzie to coś dodatkowego. Nie chcemy wrzucać tam „Trudnych snapów”, chcemy poszerzać grono odbiorców tam, gdzie zaczęliśmy, czyli na Snapchacie. Mogliby pomyśleć: „Nie, nie będziemy oglądać filmiku, bo zaraz wrzucą go i tak na YouTuba, czy Fejsa.”
Czyli „Trudne Snapy” zostają na „Snapie”.
Tak, zdecydowanie. Na YouTube będziemy robić całkowicie inne rzeczy, które będą dotyczyć różnych aspektów trudnego życia. Będziemy w śmieszny sposób mówić o zmaganiu się zwykłego szarego człowieczka ze smutną codziennością. O takich rzeczach, o których nikt nie mówi, a trzeba o nich powiedzieć. Takie abstrakcyjno-kontrowersyjne tematy.
Inna kwestia, że nie wzięliście się znikąd.
Z Atiną studiowałyśmy razem dziennikarstwo, a Jacek pracuje w agencji reklamowej. W miarę obczajamy co dzieje się w sieci.
Jak w takim razie widzicie ten projekt w przyszłości?
Jest to przede wszystkim forma wielkiej zabawy. Sami się z tego strasznie śmiejemy, mamy wielki ubaw, kiedy to nagrywamy. Ktoś pisze, że jesteśmy super, że dawno nie było czegoś takiego w internecie, to jest miłe.
Zdajemy sobie sprawę, że Snapchat jest już teraz potężnym narzędziem social media i zapewne będzie w najbliższym czasie święcił jeszcze większe triumfy. Spójrzmy chociażby na te najbardziej znane blogerki. Snapchat ogranicza się bardzo wąskim zakresem zainteresowanych, ale jak już ktoś kogoś followuje, to jest to jego zaufany odbiorca. Nie nastawiamy się na żadną kasę, ale może coś się z tego rozwinie.
Macie jakieś kanały, którymi się inspirujecie? Czy jest ktoś taki w internecie, kto podsuwa wam pomysły?
Nie, nam pomysły podsuwa życie. To, co aktualnie dzieje się wokół nas. To są nasze pomysły.
A jaki jest odbiór? Mówisz, że dostajecie wiadomości, że dawno nie było czegoś takiego. To są raczej pozytywne komentarze, czy zdarzaj się już hejty?
Na początku nie mieliśmy nawet swojego fanpage’a, więc trochę nie było jak konfrontować się z odbiorcami. Ludziom się raczej nie chciało na Snapie pisać prywatnych wiadomości. Sama się w ogóle dziwię, komu chce się pisać w internecie hejty. Komu chce się komentować na Pudelku? Hejtów było dosłownie kilka, pojedyncze przypadki. Ogólnie odbiór jest pozytywny. Wszyscy piszę, że jest super, że jest to nowe. Bardzo nas to cieszy i bawi. A jak coś bawi, to jest super.
Napisz do autorki: katarzyna.milkowska@natemat.pl
