Węgrzy się boją. ”Strach jechać przez centrum Budapesztu”. Czy stamtąd imigranci mogą dotrzeć do Polski?

Na dworcu Keleti
Na dworcu Keleti Fot. Shutterstock
Około trzech tysięcy ludzi koczuje koło dworca Keleti i każdego dnia jest ich coraz więcej. Śpią na ulicach i nie zamierzają się stąd ruszyć. Najważniejsze, by dostać się do pociągu, który zabierze ich do Niemiec lub Austrii. By jechać wprost na wymarzony Zachód. Już jednak kombinują, że mogą się tam dostać przez Bratysławę i Czechy. A co, jeśli pomyślą o Polsce? Z Budapesztu do Krakowa jest zaledwie 300 kilometrów. Czy dla uciekinierów z Syrii Polska, jak Węgry, mogłaby się stać krajem tranzytowym?


Wyobraźmy sobie taki scenariusz. Tysiące imigrantów z Afryki nie chce dłużej czekać na dworcu Keleti w Budapeszcie. Nie chcą czekać na miejsce w pociągu do Berlina. Szukają innych dróg, zmieniają pociąg. Jadą do Warszawy. To nadrabianie drogi, w linii prostej około 600 km (i jakby nie było bardziej na wschód niż zachód), a stamtąd jeszcze droga do Niemiec, bo w Polsce – podobnie jak na Węgrzech – nikt z nich zostać nie chce. Czy to realna wizja?
– Nie róbmy paniki z powodu 3 tysięcy imigrantów na dworcu w Budapeszcie. To nie jest dramat Węgier. To dramat tych ludzi, którzy stanęli przed koniecznością ucieczki ze swojego kraju. Mam nadzieję, że Polska nie traktowałaby ich jako dramatu, bo prawdziwy dramat ma Liban, gdzie uchodźcy z Syrii stanowią 25 proc. populacji kraju, czy Turcja, gdzie jest ich dwa miliony. A w Polsce tylko 1600-1700 osób – uspokaja Rafał Kostrzyński z polskiego oddziału UNHCR.


Nie pokazywać małych dzieci
Sytuacja na Węgrzech wydaje się jednak dramatyczna. Tak mówią sami Węgrzy, taki obraz przekazują media. Dantejskie sceny, agresja, płacz – to wszystko zobaczyła Europa, gdy policja zamknęła dla imigrantów Keleti, największy dworzec kolejowy w mieście. Ale prawda jest taka, że Węgrzy boją się coraz bardziej. Nawet media dostały wytyczne, by nie pokazywać zdjęć małych dzieci uchodźców. Co prawda nikt nie powiedział tego wprost, ale odbiór tego zalecenia był jeden – takie zdjęcia mogą tylko potęgować wrażliwość ludzi.

– Węgrzy są coraz bardziej przerażeni. Nikt się tego nie spodziewał. Nikt nie przewidział, że możemy przeżyć taki zalew imigrantów. Aż 90 procent uciekinierów z Syrii nie składa u nas wniosków uchodźczych, tylko ucieka dalej. Chcą jak najszybciej dostać się do Niemiec, a utknęli u nas. I nikt nie pomysłu, co z nimi zrobić – mówi naTemat węgierski politolog Zsolt Kiszelly.

Na nagraniach, które pokazują, co działo się na dworcu Keleti we wtorek, Syryjczycy są agresywni. Mówią wprost, że na Węgrzech jest źle. Nie ma czystej wody, nie ma jedzenia. – Policja na Węgrzech to bardzo źli ludzie – mówi jeden z nich. Dobrzy, według nich, są tylko Niemcy.
– Ci bogatsi idą do przemytników. Płacą 400-600 euro od osoby dorosłej i ciężarówkami są przewożeni do Austrii. Rano, w godzinach największego szczytu. Wtedy mają większą pewność, że nikt ich nie skontroluje – mówi Kiszelly. Ci biedniejsi idą na pociąg. Z samolotów na razie nikt nie korzysta. Nawet nie chodzi o koszta. Raczej o dokumenty. Bo tych większość z nich nie ma.


Ciężarówka znaleziona kilka dni temu w Austrii, w której znajdowały się ciała nawet 50 imigrantów, też była na węgierskich tablicach rejestracyjnych.

Nowa brama Europy
Gdy Europa zaczęła mieć problem z imigrantami, o Węgrzech mało kto mówił. Syryjczycy czy Libijczycy płynęli do Włoch i Grecji, lądowali w Hiszpanii. Ale Węgry? Nawet gdy Victor Orban mówił, że problem jest, a potem rozkazał budowę płotu na granicy z Serbią, spotykał się jedynie z unijną krytyką. Również, gdy okazało się, że w ciągu pół roku na Węgry dotarło 60 tys. imigrantów, nikt się tym raczej nie przejął.

A teraz to właśnie Węgry wyrosły na nową bramę do Europy. Drzwi do raju dla tych, którzy z różnych powodów z Afryki, i nie tylko, uciekają. Główny kraj tranzytowy UE. Tylko w sierpniu, przez granicę z Serbią przedostało się tu 50 tys. ludzi (a wzrost liczby imigrantów w samej Serbii w ciągu ostatnich pięciu lat to aż..2500 procent!).
– Wiosną na Węgrzech mówiło się, że do końca roku możemy mieć w kraju 100 tys. imigrantów. A już jest ich 160 tys. Teraz mówi się, że do końca roku może być ich 300 tys. Jeśli Unia nie pomoże, Węgry same sobie nie poradzą. To jest mały i niezbyt bogaty kraj – mówi znajoma Polka, która od wielu lat mieszka w Budapeszcie.

Ona sama boi się przejeżdżać koło dworca. – To miejsce wygląda strasznie. Są strefy wydzielone dla imigrantów, ale nie dają rady. Mieszkańcy Budapesztu przynoszą jedzenie, kanapki, ale różnice kulturowe są tak duże, że wielu imigrantów to jedzenie nie satysfakcjonuje. Wtedy okazują swoją złość. Na południu kraju też jest źle. Ludzie naprawdę mają dość – mówi.

Ale jest też wielu takich, którzy pomagają uchodźcom. Organizują się na Facebooku, przynoszą jedzenie, ubrania, środki higieniczne, pieluszki dla dzieci. Jedna z na szybko stworzonych grup, Migration Aid, ma na Facebooku 18 tys. zwolenników. Jak pisał serwis EUObserver, wielu jest wolontariuszy, którzy przychodzą pomóc z dobrego serca, ale większość jest takich, którzy robią to z powodów politycznych demonstrując w ten swoją niechęć do antyimigracyjnej polityki rządu Viktora Orbana.

W domu zastała imigrantów
Ale z drugiej strony niechęć do uchodźców też coraz bardziej narasta. Na Węgrzech mówi się, że pod metalowy płot wzmocniony drutem kolczastym, który wybudowano na granicy z Serbią, podjeżdżają autokary z imigrantami. I organizatorzy tych przejazdów mówią wtedy: – Dalej radźcie sobie sami. Co którzy przejdą przez płot, są już w UE. Media pokazują potem, jak są pokaleczeni. – Nie mają jedzenia, dlatego w wioskach na południu dochodzi do kradzieży, głównie warzyw, czy owoców z pól, ale też włamują się do domów – mówi Kiszelly.
Yasser, Syryjczyk

Najlepszy czas na przekroczenie granicy serbsko-węgierskiej to między 2 a 5 rano. Trzeba poczekać na samochód policyjny, który przejeżdża co 10 minut, a potem znikasz w lesie. Czytaj więcej

Jedna ze stacji telewizyjnych rozmawiała z kobietą, mieszkanką takiej wioski, która nigdy wcześniej – jak wszyscy jej sąsiedzi – nie zamykała drzwi na klucz. Aż do chwili, gdy poszła do sklepu, a po powrocie zastała w domu kilku imigrantów. Zabrali jej całą żywność, którą miała w kuchni. Byli głodni, wycieńczeni. Ale kobieta też była biedna. – Imigranci nie pytają, oni po prostu biorą – przyznaje politolog. A to mało komu się podoba.

Media cytują też rolników, którzy narzekają na straty. Sadownik, który uprawia brzoskwinie, mówił, że w tym roku nic nie sprzeda, bo wszystko zjedli imigranci.
Niechęć do nich potęguje też fakt, że nie chcą z węgierskimi służbami współpracować. Mówi się na przykład, że wielu wcale nie jest Syryjczykami, że kupują paszporty, bo pod płotem na granicy znaleziono już wiele podartych dokumentów. Mówi się też, że dostają skądś pieniądze, do banków przychodzą przelewy. A także, że wcale na biednych nie wyglądają. – Tak po babsku rozmawiam ze znajomymi. I wszyscy zwracają uwagę, że są w markowych ciuchach, dobrze ubrani – mówi Polska z Budapesztu.

Rafał Kostrzyński oburza się na takie opinie. – Uciekać przed wojną może każdy. Nawet ktoś w markowych ubraniach. Większość imigrantów potrzebuje ochrony międzynarodowej, choć na pewno są również osoby, które nie powinny takiej ochrony dostać. Każdy kraj ma jednak pełne prawo, by decydować o tym, czy wpuścić taką osobę, czy zawrócić – mówi.

To źli ludzie, dobrzy tylko Niemcy
Do Węgrów UE już przypięła łatkę kraju, który imigrantów nie chce i odgradza się od nich murem. Sam Orban ostrzega właśnie w wywiadzie dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung", że kryzys związany z uchodźcami może doprowadzić do wybuchu w całej Europie. Dziś spotyka się w tej sprawie z szefami Parlamentu Europejskiego, Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej. Cały czas domaga się pomocy UE.

Ale tak naprawdę Budapeszt radzi sobie, jak może. I przekonuje, że działa zgodnie z unijnym prawem. Bo nie wolno po Strefie Schengen podróżować bez ważnych dokumentów, a imigrantom wydaje się, że zwykły bilet wystarczy. – Oni nie mogą tego zrozumieć, że również podróżując po strefie Schengen muszą mieć paszport i wizę. Pokazują bilety, mówią, że mogą jechać dalej. A nie mogą. Koło się zamyka. Powtarzają jedynie, że na Węgrzech zostać nie chcą. Że jak najszybciej chcą się dostać do Niemiec. Natychmiast– mówi Kiszelly. Z tego względu na razie wydaje mu się nieprawdopodobne, by imigranci chcieli przez Polskę podróżować do Berlina.

– Droga przez Polskę byłaby dłuższa i przez to wiązałaby się z większym ryzykiem kontroli. Poza tym taniej jest przez Słowację, czy Czechy. Ale jak się sytuacja rozwinie? Tego nie wie nikt – mówi.

napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl