Są aktorami, ale nie chodzą na castingi, bo wolą tworzyć na YouTube. To najbardziej profesjonalny kanał w Polsce

Wywiad z Grupą Filmową Darwin
Wywiad z Grupą Filmową Darwin Zdjęcie pochodzi z facebook.com/GrupaFilmowaDarwin
Grupa Filmowa Darwin to najbardziej profesjonalny kanał na polskim YouTube. Jego pomysłodawcami są dwaj absolwenci Krakowskiej PWST: Jan Jurkowski i Marek Hucz. Nie tworzą dla gimbazy, a dla świadomego widza ze specyficznym poczuciem humoru. Właśnie przekroczyli magiczną barierę 100 tys. subskrypcji.

Można nazwać was youtuberami?

Janek: Dzisiaj właśnie myślałem o tym.

Marek: I co wymyśliłeś?

J: Działamy na YouTube, ale miarę możliwości staramy się być przede wszystkim filmowcami. Nie tworzymy vlogów, nie występujemy prywatnie jako Janek i Marek ze swoimi poglądami, tylko odgrywamy wyreżyserowane sceny. Tego uczyliśmy się na studiach.
Wasz kanał to portfolio, które pozwala pokazywać aktorskie umiejętności?


M: Już dawno przestało nim być. Może na początku chcieliśmy dzięki niemu zaprezentować możliwości. Być może traktujemy, to również jako wizytówkę, ale nie naszego aktorstwa, tylko prezentację filmów jakie chcemy robić, bo marzymy o tych pełnometrażowych.

Na początku myśleliśmy, że będzie jak w amerykańskim śnie, że ktoś się do nas odezwie z jakiegoś studia i zaczniemy z nim współpracować. Ale tak robiliśmy i robiliśmy i nikt się nie pojawiał. Zrozumieliśmy wtedy, że sam YouTube daje nam szansę rozwoju. Niestety mamy jednak ograniczone budżety.


I z biegiem czasu nadal nikt się nie odzywał?

J: Na pewno nikt kto chciałby nam sfinansować w pełni jakiś projekt. Całe szczęście pojawili się ludzie, którzy chcą z nami współpracować nie oczekując za to wynagrodzenia. My nic jeszcze na tym nie zarabiamy i nie za bardzo mamy jak płacić innym, chociaż niektórym jednak trzeba. Aktorzy to nasi koledzy ze studiów, nasz operator Karol Pupiec nic od nas nie chce, podobnie jak nasza fantastyczna charakteryzatorka Beata Borowska.

M: Mamy mnóstwo znajomych na Facebooku. Śledzimy, co u kogo się dzieje, często prosimy o pomoc, a oni chętnie się zgadzają. Efektami specjalnymi zajmuje się Marek Wodziński, mamy już nawet swojego kompozytora Piotra Arciszewskiego. Nasza idea i wizja łączy ludzi i to jest rewelacyjne.
Wiecie jak odnoszą się do waszej twórczości byli profesorowie?

J: Słyszałem, że jedna pani pedagog bardzo pozytywnie zareagowała, że fajnie, że nie siedzimy bezczynnie i nie czekamy, aż coś samo przyjdzie, tylko realizujemy swoje pomysły. Rozpowszechnia nas wśród młodszych studentów. Nasza mistrzyni również pozytywnie się odnosi, z resztą była nią przez 4 lata, więc zawsze nas wspierała. O reszcie ciężko coś powiedzieć, ponieważ nie mamy kontaktu.

Chodzicie jeszcze na castingi?

M: Ja praktycznie w ogóle.

J: Nie.

M: Byłem w zeszłym roku może na 2-3, ale są one strasznie czasochłonne. Spędza się na nich ze 4 godziny i tylko czeka na swoją kolej. Mam wtedy poczucie, że mógłbym w tym czasie robić zupełnie coś innego.

J: Ja tam nie mam do nich szczęścia.

Po skończeniu szkoły teatralnej mieliście zderzenie z rzeczywistością?

J: Nigdy nie miałem żadnych większych oczekiwań, by robić wielką karierę. Dostałem się do szkoły za pierwszym razem, więc byłem wtedy optymistą. Zakładałem, że będzie dobrze.

M: Spotkanie z Jankiem wiele zmieniło w moim życiu. Dzięki temu nie kończyliśmy szkoły „pojedynczo”, tylko razem. Mieliśmy pełno pomysłów, które chcieliśmy zrealizować. Nie odczułem żadnego zderzenia z rzeczywistością. Rozeszliśmy się na kilka miesięcy, ale potem wróciliśmy.

Człowieka może zaboleć przeskok, że zapierdziela się kilka lat, ma się mnóstwo zajęć, a gdy kończy się szkołę i nie ma się szczęścia, na co składa się wiele czynników, to mnóstwo zdolnych ludzi nagle nie ma co robić.

My mamy szczęście, bo od razu zaczęliśmy pracować. Zaczęliśmy też Darwina, który nie przynosi na razie ani pieniędzy ani uznania, ale tworzenie własnej wizji jest jak silny narkotyk. Nie potrzebuje się wtedy niczego innego, bo to daje taką satysfakcję.

J: Może to jednak rozleniwić. Po 5 lata szkoły, gdy wykonywało się czyjąś wizje i nagle zaczyna się tworzyć coś własnego, to już później trudniej się komuś podporządkować.

M: Gdy zasmakuje się własnego tworzenia, trudniej wejść z kimś we współpracę. Jest to męczące, ale daje satysfakcję.

Kłócicie się podczas tworzenia scenariusza?

M: Na tyle się znamy, że wiemy jak razem pracować. Czasem piszemy osobno, ale zwykle wspólnie. Zawsze się konsultujemy.

J: Swoje teksty daję często Markowi, by ten je "dośmieszył", bo mam problem z dowcipem. Marka teksty z kolei poprawiam stylistycznie czy dramaturgicznie. Jak mamy już pomysł to idzie to bardzo sprawnie. Kłótni nie ma, bo jeszcze nigdy nie musieliśmy pisać na siłę.

Jak byliście jeszcze w szkole teatralnej, to mieliście taki zeszycik, w którym zapisywaliście swoje pomysły. Ile z nich zostało już zrealizowane?

J: To, co było w tym zeszycie, tak naprawdę mamy już w laptopie

M: Przecież ci go ukradną.

J: Ale ja to wszystko wysyłam sobie regularnie mailem.

M: Teraz się pewnie włamią na skrzynkę… Świetnie…

J: Przyjmijmy, że mieliśmy 10 pomysłów, ale tak naprawdę było ich dużo więcej, to zrobiliśmy już 5, a na kolejne 5 do dzisiaj nas nie stać. Na pewno powstały z niego “Wielkie Budowle” oraz “Mistrz Motyl”.
Macie jakiś odcinek, nad którym naprawdę się napracowaliście, a widzowie niekoniecznie go docenili?

J: Tak, ten z Edisonem i Teslą. Może dlatego, że to pierwszy odcinek, który został opublikowany na nowym kanale po kilkumiesięcznej przerwie?

M: Mieliśmy wtedy naprawdę trudne pogodowe warunki, to był styczeń. Pierwszy raz w "Konfliktach" próbowaliśmy innej konwencji, do tej pory polegały one głównie na wymianie dialogowej. Spróbowaliśmy kina akcji, to było dla nas naprawdę trudne zadanie. Efekt końcowy nie został do końca pozytywnie przyjęty.

Może też trochę przestraszyliśmy widownię. Całe szczęście, wprowadziliśmy szorty i inne formaty. Otworzyliśmy sobie ścieżkę do innych rzeczy, które chcemy robić. Starego kanału nie ma co roztrząsać, nic stamtąd nie spotkało się z bardzo pozytywnym odbiorem. Mieliśmy małe liczby, ale nie przejmowaliśmy się tym, bo tworzenie tych filmów sprawiało nam przyjemność.

Macie swoją grupę wiernych widzów, którzy nazywają się Darwiniści. Gdzie się zrzeszają?

M: Mają swoją grupę na Facebooku i jest ich tam już około 2,5 tys. To jeden z najfajniejszych wyników tego, co robimy. Jak potrzebujemy statystów na plan to oni nigdy nie zawodzą. Na piątek mamy już zadeklarowanych 11 osób.

Z tego co mi wiadomo, raz to wy zawiedliście

J: Tak, mieliśmy kręcić teledysk do pierwszej naszej piosenki, ale wysypała się nam lokacja dzień przed nagraniem. Zdecydowaliśmy, że na razie zdjęcia odpuszczamy, ale część osób miała już kupione bilety na przyjazd, więc w zamian zaproponowaliśmy im spotkanie u nas z herbatką i soczkiem. Wpadło 9 osób.

Impreza się udała?

J: To za dużo powiedziane, bo to był dzień. Pokazałem im materiały, które wtedy jeszcze nie były opublikowane, kostiumy, rekwizyty i było całkiem przyjemnie.

Ile kosztuje was wyprodukowanie jednego odcinka?

J: To zależy. Staramy się robić wszystko coraz lepiej, a to wiąże się z kosztami, bo trzeba wynająć dobry sprzęt. Kiedyś potrafiliśmy nakręcić 5 odcinków Budowli w dwa dni i to kosztowało nas 5 tys. zł.

Gdy nagrywaliśmy pierwszy set "Wielkich Konfliktów" w 4 dni, to zrobiliśmy 8 odcinków za niecałe 6 tys. zł. Obecnie tworzymy jeden odcinek dziennie. Chcemy przedstawiane sytuacje opowiadać w jak najbardziej filmowy sposób.

Jeżeli chcemy to robić tak jak to robią nasi koledzy po fachu z Zachodu to te koszta będą spore.

Otrzymujecie już jakieś propozycje współpracy reklamowej?

M: Teraz jest taki moment, że stuknęło nam 100 tys. subskrypcji. Coś ruszyło i pojawiają się rozmowy z markami. Mamy też managerkę, kochaną Madzię Jaźwińską i, że tak powiem - kombinujemy. Otrzymujemy również zlecenia na realizację filmów.
Przed nagraniem robicie próby?

J: Zależy do czego. Jeżeli mamy np. "Balladynę" to wcześniej spotkaliśmy się z dziewczynami na przegadanie tekstu i ustalenie kierunków. Znaliśmy się wcześniej z Anią i Natalią, więc wiedzieliśmy, że zrealizują dokładnie to co chcemy.

M: Zawsze też rozmawiamy z operatorem Karolem, by wyjaśnić mu jak mają wyglądać ujęcia. Tak samo ostatnio widzieliśmy się z Beatą, by powiedzieć jakie kostiumy będą potrzebne na listopad, aby nie było później sajgonu.

Myślicie już o listopadzie?

Tak, chociaż w maju planowaliśmy wrzesień i niewiele z tego wyszło. Na pewno mamy już scenariusze do połowy następnego roku. Nagrane trzy "Konflikty", "Płachtę na byka".

Planujecie pełnometrażowy film?

M: Musimy go traktować jako element drogi, bo to nie jest coś, co można zrealizować w przyszłym roku. Zmieniamy się, ewoluujemy. Właśnie jesteśmy w trakcie tworzenia największego szorta, na który składa się już co najmniej 7 dni zdjęciowych.

Najpierw chcemy zrobić krótki metraż, ok. 30 min, być może na festiwal. Film pełnometrażowy na pewno się pojawi w odpowiednim momencie. Nie ma co się targać. Mamy wiele pomysłów do zrealizowania. Jeżeli tylko pojawią się inwestorzy to wtedy go zrobimy. Nie śpieszy się nam.

Mieliście kiedyś jakiś kryzys?

J: To nie był kryzys, ale w styczniu 2014 roku kiedy przeprowadziliśmy się do Warszawy daliśmy sobie rok na ruszenie Darwina. Razem zamieszkaliśmy, wzięliśmy się za to i jeżeli by nie wypaliło, to mieliśmy wyjechać do Kanady, by zostać szczęśliwymi poławiaczami ryb.

M: Ten "rok" już się skończył, więc teraz leci drugi. Ruszyły wtedy "Konflikty", coś się zaczęło dziać, pojawili się ludzie… Zresztą mieliśmy plan, by przekroczyć liczbę 100 tys. subskrypcji do 31 sierpnia. Przebiło 1 września o 1 w nocy.

Oglądacie w ogóle jakieś polskie kanały na YouTube?

J: Generalnie mało oglądamy polskiego YouTube’a. Nie dlatego, że coś mi się nie podoba, ja po prostu wolę amerykańskie programy.

M: Nie śledzimy go praktycznie w ogóle. Poznaliśmy Krzyśka Gonciarza, Mietka Mietczyńskiego, z którym nagraliśmy “Płachtę na byka”, spoglądamy na gamera Izaka, z którym zresztą się skumaliśmy i oglądamy Lisie Piekło. Każdy z nich robi dobrą robotę.

Praca na planie to najprzyjemniejszy moment ze wszystkich etapów produkcji?

M: Najprzyjemniejszym jest chyba ten, gdy wymyślamy, choć i tutaj szybko zaczynają się problemy, kiedy zaczynamy analizować, co uda nam się zrealizować.

J: Lubimy też moment, gdy publikujemy już efekt końcowy na YouTube i obserwujemy pierwsze reakcje. Zawsze czytamy te 100 czy 200 komentarzy. Stresujemy się wtedy bardzo. Wiadomo, chcemy, by ta reakcja była pozytywna. Na samym planie zdjęciowym trzeba zrealizować plan działania. Mamy ograniczenia czasowe.

M: Fajnie jest też wtedy, gdy np. ugadujemy się z Beatą w sprawie kostiumów, charakteryzacji, a ona pokazuje nam to co stworzyła i jest to jeszcze lepsze niż myśleliśmy. Podobnie jest wtedy, gdy widzimy efekty stworzone przez Marka, które są 10 razy lepsze niż te, które mieliśmy w głowach.

Często wcielacie się w postaci Boga i Jezusa. Spotykacie się z tego powodu z negatywnymi reakcjami?

M: Tak, ale naszym celem nigdy nie było obrażanie niczyich uczuć religijnych ani wybicie się na kontrowersji, czy też skandalu. Jeżeli już pojawiają się hejty, to są one bardzo skrajne jak: “Zróbcie coś takiego o islamie. Chciałabym zobaczyć wasze głowy nabite na pal”.

Większość osób na szczęście rozumie, że to nasz wewnętrzny świat, w którym bóg ma na imię Rafał. Zresztą pod każdym filmem jest napisane, że wszystkie sytuacje przedstawione w odcinku nie mają na celu obrażanie niczyich uczuć ani poglądów. Jest to kanał satyryczny. Świat w nim przedstawiony jest rzeczywistością alternatywną do naszej.

Na tym też polega YouTube, że jeżeli coś nam nie pasuje to można w każdym momencie taki filmik wyłączyć. Nie jesteśmy w publicznej telewizji i nie otrzymujemy pieniędzy z abonamentu. Nie chcemy też nikogo moralizować. Podejmujemy tematy, które w większości widz powinien znać i z tego właśnie wynika cały dowcip. Zawsze dajemy współczesny kontekst.
Wszyscy na pewno są ciekawi, jaka historia kryje się pod piosenką “Orki z Majorki”

M: Jest piękna! Jej pierwsza wersję, zresztą bardzo wzruszającą usłyszałem, gdy byłem 11-letnim chłopcem podczas religijnego obozu. Była tam taka Ola, która zwariowała na punkcie orek po filmie “Uwolnić orkę” i wymyśliła sama całą piosenkę o tych zwierzętach pod muzykę Michaela Jacksona.

Padały tam słowa “Orki są takie piękne, tak pięknie skaczą i, że Pan Bóg stworzył walenie i bawił się z nimi”. Przez te wszystkie lata została w mojej głowie i na studiach była moją przyśpiewką.

Kiedyś jechaliśmy z Jankiem samochodem i tak zaczęliśmy rozbudowywać jej tekst. Fragment zaśpiewaliśmy na kanale Krzyśka Gonciarza w “Zapytaj beczkę” i spotkaliśmy się z jej pozytywną reakcją.

Ola wie?

Pewnie dowiedziała się, mam ją w znajomych na Facebooku, ale nic nie skomentowała.

Ucierpieliście fizycznie podczas tworzenia, któregoś z odcinków?

M: Raz prawie Darwin się rozpadł… Najbardziej chyba przy odcinku o Tesli i Edisonie, bo nagrywaliśmy walkę.

J: Można powiedzieć, że systematycznie obrywam od Marka. Gdy robiliśmy kiedyś odcinek o Stonehenge to dostałem w tył głowy wielkim kamieniem. Wtedy Marek zapomniał zamortyzować uderzenie. Chyba nie jest do końca świadomy długości swoich rąk.

M: Najgorsze jest to, że wcale nie chce się zrobić nikomu krzywdy. Pod koniec dnia zdjęciowego wszystko się nawarstwia: jest zimno, pada, humory już nie są tak dobre i popełnia się tego typu błędy. Ale na przykład kiedy robiliśmy „Adam vs Wąż” to bardzo pogryzły nas komary. Na szczęście na planie jeszcze na nikogo nie spadła lampa.

Gdzie obecnie gracie?

M: Ja gram na komputerze. Ostatnio w Wiedźmina 3, polecam. Moje spektakle na razie poschodziły, zajmuję się tylko Darwinami.

J: A ja mam w Kaliszu 3 tytuły „Versusa”, „Fantazego” i bajkę „Diabełka Pawełka”. W Białymstoku “Rewizora”, w Warszawie jestem na zastępstwie w “Mistrzu i Małgorzacie”. W Krakowie z kolei gram „Skowyt” i „Pelcię”, z którą będę teraz jeździł po Polsce.

Napisz do autorki: patrycja.marszalek@natemat.pl

Władcy sieci od teraz także na Facebooku! Polub nas!
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...