
Targi śniadaniowe, eko spotkania na trawie w centrum Warszawy, czy warzywa „prosto od rolnika”? Postanowiliśmy ruszyć na wschód i sprawdzić co czeka nas na XVI Ogólnopolskim Dniu Ogórka w Kruszewie. To jest prawdziwa atrakcja. Zero udawania. Myślisz, że to obciach i typowo „wiejska zabawa”? Dzień Ogórka to jedno z lepszych wydarzeń, na jakie trafiliśmy w tym roku.
Impreza rozpoczęła się od polowej mszy świętej. Ksiądz na scenie, ławki na trawce. Na luzie, ale z należytą powagą. Po mszy odbyło się oficjalne otwarcie, w którym uczestniczyli miejscowi politycy, działacze i inne ważne osobistości z okolic – Jak sama nazwa wskazuje, tematyka święta obraca się wokół ogórka. Okolice Kruszewa słyną z upraw tego warzywa oraz z tajnych przepisów jego przetwórstwa – Piękny wstęp zrobił prowadzący imprezę, a chwilę później na scenie zaczęły pojawiać się miejscowe zespoły. Przed nami było jeszcze ładnych kilka godzin zabawy. Co zaskoczyło? Tłumy, które od samego początku opanowały Kruszewo.
Podczas festynu można spróbować nowych smaków ogórka, dowiedzieć się co nieco na temat jego rodzajów i uprawy, a przy tym dobrze się bawić. Festynowi towarzyszą stoiska z wyrobami ludowymi i produktami regionalnymi. Uczestnicy mogą zakupić swojskie wędliny, chleb, ser, kapustę, miód i oczywiście ogórki pod każdą postacią. Warto jest być na takiej imprezie chociażby po to, aby oddać się degustacji produktów lokalnych.
Kupiłam dzisiaj sękacz, miód z imbirem, kiszoną kapustę, ogórki, smalec, pierekaczewniki i bułeczkę z rusztu z cynamonem. Spore zakupy, ale warto. Wszystko wygląda tu przepięknie, aż ślinka cieknie. W mieście trudno jest dostać takie jedzenie świeże i ze sprawdzonych źródeł.
Nie brakowało też straganów, które przede wszystkim kojarzą nam się z „wiejską” zabawą. Zabawki, biżuteria, kapelusze i inne nikomu niepotrzebne sprzęty, które pomimo wszystko wzbudzają w nas taką radość. Wiatraczki, balony, pierścionki. Wszystko, jak należy. Obok rzecz jasna rękodzieła. Drewniane łyżki, łyżeczki, miseczki i wikliniane kosze. Lokalni twórcy nie próżnują.
Co ważne, tego typu imprezy nie skupiają się tylko i wyłącznie na konsumpcji. Są znakomitą okazją do promocji lokalnych dokonań artystycznych. Zespół Narwianki, który wyszedł na scenę, jako pierwszy, obchodzi w tym roku swoje 30-lecie. To nie byle rocznica. Kilka pokoleń pań dumnie zaprezentowało się na scenie. Ubrane z regionalne stroje śpiewały piosenki, które pochodzą z okolic. Inny zespół folkowy, który pojawił się na scenie to Jesienny Liść. Większy i wydawać by się mogło, bardziej profesjonalny zespół. Równie piękne i kolorowe stroje. W Warszawie takie cuda tylko w Cepelii.
Podobnie, jest to znakomita okazja do wspierania pamięci o historii regionu. Żyją jeszcze ludzie, którzy byli świadkami trudnych lat dla Polski. Jedną z takich osób jest pani Regina Krysiewicz. Urodziła się ona w Kruszewie, była żołnierzem Armii Krajowej i przymusowym robotnikiem. Pracowała w fabrykach niemieckich, a potem była przymusowo wcielona do batalionów roboczych Armii Czerwonej, gdzie jak się dowiedzieliśmy – Na mrozie i zimnie prała mundury rannych i zabitych żołnierzy sowieckich – Pani Regina otworzyła wystawę Stowarzyszenia Pamięć i Tożsamość Skała "Kruszewo przed laty". Jest to zbiór kilkudziesięciu zdjęć, jak powiedział organizator mocno ograniczony warunkami technicznymi. Przedstawiają one dzieje i ludzi, którzy przed laty służyli i mieszkali w okolicach Kruszewa.
Cała impreza toczyła się wokół szkoły, która mieści się w przepięknym budynku ozdobionym kolumnami. Organizatorzy zadbali o miejsca parkingowe, scena i stragany były profesjonalnie przygotowane, widać było ochroniarzy. Obok straganów była też przestrzeń dla dzieci, z dmuchanym zamkiem i torem wyścigowym.
Niektórzy jadąc na „wiejską” imprezę nastawiają się, że będzie przaśnie i nie sprosta ona ich wymaganiom „wielkiego” świata. Duży błąd. Gdyby nie takie imprezy, wiele z naszej kultury by umarło. Na co dzień nie zdajemy sobie z tego spawy, ale trafiając pośród tłum ludzi, dla których jest to ważne wydarzenie, zdajesz sobie nagle sprawę, że to właśnie tam jest prawdziwe życie. W Warszawie, czy innych dużych miastach, często tylko tworzymy imitację „wiejskiego życia”. Warzywka od rolnika, sery prosto od kozy, naturalne miody. Takie modne, takie drogie, takie eko. A wystarczy tylko wyjechać za miasto. Wszystkie tego typu atrakcje zyskują nagle jeszcze więcej.
Mam mieszane odczucia, jeśli chodzi o tego typu imprezy. Przyjechałam z Białegostoku z ciekawości. Nie wiedziałam, że będzie tu tyle ludzi. To mnie bardzo zdziwiło. Z jednej strony trochę śmieszą mnie występy tego typu i lokale klimaty. Z drugiej, myślę, że jest to świetna rozrywka dla ludzi, którzy mieszkają w okolicach. Jedzenie jest faktycznie pyszne, jest bardzo kolorowo, okolice są śliczne. Przyjemnie spędzona niedziela, to na pewno.
Napisz do autorki: katarzyna.milkowska@natemat.pl
