Na Kongresie Kobiet były panie z całej Polski, także ze wsi.
Na Kongresie Kobiet były panie z całej Polski, także ze wsi. Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta

Na Kongres Kobiet przyjechały ze wsi oddalonej o ponad 200 kilometrów. Jest to dla nich ważny dzień, na który czekały. Udowadniają tym samym, że Kongres Kobiet to nie tylko miejsce dla pań z wielkomiejskich korporacji.

REKLAMA
We wsiach Kongres Kobiet jest równie ważny
Pochodzą ze wsi w gminie Józefów nad Wisłą, która leży w województwie lubelskim. Jechały około trzech godzin. Zostaną niestety tylko na pierwszy dzień Kongresu, ale jak mówią i to dla wielu z nich jest wyzwaniem. Nie jest łatwo nawet na dobę wyrwać się z wiejskiego życia, w które kobiety często same się wtłaczają.
Monika, Wioleta i Patrycja przyjechały w grupie około 25 kobiet. Miało być ich 40, niestety nie wyszło. Ubolewają nad tym, ale jak powiedziała Wioleta - dzieje się też tak dlatego, że wiele kobiet traktuje to, jako wycieczkę. – Na zasadzie, ty nie jedziesz, to ja też nie będę jechała. Nie będę miała się z kim bawić? Bo nie będę miała może z kim siedzieć w autobusie? Nie wiem, tego nie rozumiem akurat – przyznaje.
Wioleta
pochodzi ze wsi, drugi raz na Kongresie

Zdarzają się kobiety, które idą z czasem do przodu, ale są też takie, które się zatrzymały. Na wsi często się słyszy: trzeba robić, trzeba robić. Też miałam wpajane, że powinnam tylko pracować i pracować. Teraz nauczyłam się tego, że po to robię, aby mieć jakąś przyjemność. I ja na przykład tu przyjeżdżam dla przyjemności, żeby się oderwać od tego co się tam dzieje.

Odskocznia, ucieczka, radość, siła
Kongres Kobiet stał się dla nich w dużej mierze odskoczną od niełatwej rzeczywistości. – Może tego tak nie widać, ale kobiety na wsi są ograniczone przez mężczyzn. Nie przyznają się wszystkie do tego, ale rzeczywiście tak jest. Jest bardzo ciężko cokolwiek zorganizować na wsi, a wyciągnąć je do stolicy to już w ogóle – mówi Patrycja.
Patrycja jest sołtyską w swojej wsi i o organizacji wyjazdów na Kongres Kobiet może dużo powiedzieć. Sama przyjechała po raz piąty, wyjazd dla mieszkanek swojej wsi zorganizowała po raz drugi. Aktywizuje kobiety, chociaż wcale nie jest to takie łatwe. Często same dla siebie stają się największym hamulcem.
Dlaczego? Według Wiolety panuje duża niechęć i stagnacja. – Kiedy pytam: jedziesz na kongres? A nie, nie mam czasu, bo jabłka, bo pole, bo śliwki, a bo obiad trzeba ugotować, a bo dziecko trzeba odebrać ze szkoły. Moim zdaniem to jest jedno wielkie „nie chce mi się” – opowiada. Podobną tendencję zauważa inna moja rozmówczyni: „Ja jak powiedziałam, że bym pojechała to matka na to: na co będziesz jechała, na co ci to potrzebne, tam cię jeszcze nie było? Już, że trzeba coś robić, dzieci są w domu, obiad kto ugotuje.”
Jest moc, są chęci
Tym bardziej powinniśmy docenić zapał tych kobiet. Ich grupa, chociaż niewielka, to panie w wieku od dwudziestu kilku do ponad siedemdziesięciu lat. Były gotowe zostawić swoje codzienne obowiązki i wyruszyć na spotkanie i debaty z kobietami z całego kraju. Nie ukrywają, że zobaczenie znanych twarzy to też dla nich ważna sprawa. W końcu nie wszyscy mają okazję zobaczyć na żywo chociażby panią premier. Jak same mówią, to głównie z ciekawości przyjechały na Kongres. Są zainteresowane tematami, które na wsi często są jeszcze tabu. Wioleta podkreśla, że dla niej szczególnie ważny jest panel związany z rodzicielstwem. Patrycja dodaje, że z roku na rok jest inaczej: „Podoba mi się i chciałabym zarazić większą liczbę kobiet do udziału w takich imprezach, takich przedsięwzięciach.”

Zmierzyć się ze światem, złamać tabu

Wioleta jest drugi raz na Kongresie, ale nie jest to dla niej taki po prostu zwykły wyjazd. W rozmowie ze mną powiedziała, że będąc tu po raz pierwszy, nie potrafiła do końca się odnaleźć. – Wiedziałam bardzo ogólnie dlaczego tu przyjechałam, ale nie do końca rozumiałam, na czym polega Kongres Kobiet. Nie wiedziałam o co tu chodzi. Ale kiedy zobaczyłam, bardzo chętnie znowu przyjechałam w tym roku i mam nadzieję, że przyjadę też w przyszłym i następnym, i następnym. Uważam, że warto i mam nadzieję, że kobiety na wsi też w końcu, albo się postawią mężom, albo zrobią „solidarność jajników” i też przyjadą.
Powodów jest wiele
Co jeszcze im to daje? Na pewno więcej luzu i poczucie, że są ważne. Ich głos się liczy i nie muszą uciekać się do prostych stereotypów. Mogą żyć tak, jak chcą, a nie tylko spełniać zachcianki innych. Jedna z nich powiedziała bardzo mądrą rzecz: "Mnie się wydaje, że kobieta w każdym dniu powinna znaleźć chwilę dla siebie. Tylko dla siebie. Czy to będzie kąpiel, czy to będzie bieganie, czy to będzie oglądanie telewizji. Powinna w każdym dniu, chociaż na pół godziny, odłączyć myślenie o zwykłej codzienności."
Taką przestrzenią jest też Kongres. Nie jest tylko i wyłącznie patformą intelektualnych wymian pomiędzy elitą. Jeżeli może być miejscem, które staje się azylem, to również powinno to być jego dumą: "Kongres taki jest, dwa dni tylko dla kobiet. Wyłączenie się. Odłożyłam telefon. Nie myślę o tym, co się dzieje w domu. Co prawda odkładamy pewne obowiązki na ten dzień, ale to jest dla nas dzień relaksu. Dzień, o którym od dawna rozmawiałyśmy i cieszyłyśmy się na niego."
Patrycja
sołtyska wsi w gminie Józefów nad Wisłą

Daje też na pewno siłę. Zarażamy się pozytywną energią. To nam daje Kongres Kobiet przede wszystkim. Oby więcej.

Niezwykle silne kobiety, które nie boją się iść po prąd. A jestem w stanie sobie wyobrazić, że wielu ludzi w ich otoczeniu Kongres Kobiet potraktuje jako niepotrzebną fanaberię. Są dowodem na to, że jest to miejsce dialogu dla wszystkich z nas. Dziewczyny w gminy Józefów nad Wisłą już planują kolejny wyjazd. Za rok pewnie też się spotkamy. Oby tylko z ich wsi przyjechało co najmniej dwa razy tyle kobiet.

Napisz do autorki: katarzyna.milkowska@natemat.pl