Polski bloger napisał o ataku imigrantów na granicy Włoch i Austrii. “GW”: Historię wyssał z palca

Kamil Bulonis opisał zachowanie imigrantów na granicy Włoch i Austrii. Ale czy jego relacja jest prawdziwa?
Kamil Bulonis opisał zachowanie imigrantów na granicy Włoch i Austrii. Ale czy jego relacja jest prawdziwa? Fot. Facebook / Kamil Bulonis
Po sieci krąży facebookowy wpis Kamila Bulonisa – polskiego przewodnika, który miał być świadkiem ataku imigrantów na autokar z turystami przy granicy Włoch i Austrii. Wybijają szyby, wywracają auta, rzucają fekaliami – tak napisał o uchodźcach Bulonis. Problem w tym, że ta historia może być zmyślona... Właśnie zdementowała ją włoska policja.


Wpis Bulonisa stał się hitem, nie tylko polskiego internetu. Niechętni uchodźcom komentatorzy uznali go za zapowiedź tego, co może czekać nas, gdy migranci przyjadą do Polski.

“Półtorej godziny temu na granicy Włoch i Austrii na własne oczy widziałem ogromne zastępy imigrantów. (…)Ta potężna masa ludzi, to absolutna dzicz. Wulgaryzmy, rzucanie butelkami, głośne okrzyki. Widziałem jak otoczyli samochód starszej Włoszki, wyciągnęli ją za włosy z samochodu i chcieli tym samochodem odjechać” – napisał 4 września Bulonis.

Dalej opisywał: “Autokar, w którym się znajdowałem z grupą, próbowano rozhuśtać. Rzucano w nas gównem, walili w drzwi żeby je kierowca otworzył, pluli na szybę... Pytam się w jakim celu? Jak ta dzicz ma się zasymilować w Niemczech? Czułem się przez chwilę jak na wojnie... “.
Kamil Bulonis

Staliśmy trzy godziny na granicy przez którą ostatecznie nie przejechaliśmy. Cała grupa w kordonie policji została przetransportowana z powrotem do Włoch. Autokar jest zmasakrowany, pomazany fekaliami, porysowany, wybite szyby. I to ma być pomysł na demografię? Te wielkie potężne zastępy dzikusów? Wśród nich właściwie nie było kobiet, nie było dzieci - w przeważającej większości byli to młodzi agresywni mężczyźni...

Choć polski przewodnik w kolejnych wpisach przekonywał, że jego relacja prawdziwa, pojawia się wiele znaków zapytania. Pierwsi zaniepokoili się co bardziej sceptyczni internauci, dopytując Bulonisa o szczegóły, m.in. o miejsce zdarzenia. Z kolei “Gazeta Wyborcza” pisze dziś wprost – Bulonis wyssał tę historię z palca. To wniosek po rozmowach dziennikarzy z włoskimi policjantami.
"Gazeta Wyborcza"

Sprawdzamy na posterunkach carabinieri, u włoskich służb z rejonu drogi SS621, Tyrolu Południowego, rejonu Bolzano oraz ich austriackich odpowiedników. Wszędzie dementi: - Zarówno my, jak i główna komenda prowincji w Bolzano nie mieliśmy takiego zgłoszenia. Ani w ostatnich dniach, ani wcześniej. Tym bardziej w rejonie drogi SS621. To wiejski region, gdzie uchodźcy nie mieliby czego szukać - mówi Francesco Bianco, oficer prasowy policji granicznej w Brennero.

Okazuje się też, że oburzone wpisem Bulonisa są władze prowincji Balzano. – To jakiś przykry internetowy żart kogoś niepoważnego – powiedział pracownik biura prasowego. I zapowiedział "kroki prawne".

Co na to sam zainteresowany? Jeszcze bardziej się pogrążył. W e-mailu do "Wyborczej" przedstawił nową wersję wydarzeń. "To jest granica na wpół dzika. Moja grupa brała udział w rekolekcjach i my nie przekraczaliśmy granicy, jadąc do Austrii, jedynie uczestniczyliśmy w rekolekcjach odbywających się w górskim opactwie. Oczywiście, niestety nie udało nam się dostać do Capelli i część rekolekcyjną odbyliśmy w hotelu San Fior we Włoszech. Policja kazała nam się wycofać" – napisał.


Szkoda, że policja nic o tym nie wie.

Źródło: "Gazeta Wyborcza"
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...