Twórca bloga "Filmy, które ryją banie zbyt mocno": Taka produkcja musi zostawiać ślad w psychice

Dominik Stankiewicz Stanley
Dominik Stankiewicz Stanley archiwum prywatne
Dominik Stankiewicz jako Stanley tworzył recenzje muzyczne. Na filmikach widać pokój wyklejony plakatami, jego długie włosy, koszulki z zespołami. Wśród recenzowanych płyt krążki zespołów takich jak Tool, czy Butterfly Trajectory. Od dwóch lat prowadzi bloga "Filmy, które ryją banie zbyt mocno". Od kilku tygodni próbuje swoich sił, jako youtubowy krytyk filmowy i ma coraz więcej fanów. Jakie filmy mają według niego wartość?


Jakie to są filmy, które ryją banię? Dla mnie to na przykład „Martwica mózgu”. A Ty niedawno pisałeś o „Pięknym życiu” Roberta Benigniego.

Z mojego punktu widzenia to jest dość indywidualna sprawa. Zależy jaką miarę do tego przyłożymy. Dla jednego rycie bani to będzie właśnie „Martwica mózgu”, dla innego coroczne powtarzanie „Kevina samego w domu”, kiedy ktoś będzie miał tej tradycji dość i się w końcu zirytuje. A dla innych to będą filmy, które zostawiają ślad w psychice.

Czyli chodzi o filmy, które poruszają?

Tak, coś na zasadzie filmu „Pręgi”. Tak samo działają takie obrazy, jak „Dom Zły”, „Donnie Darko”, czy nawet „Power Rangers”. Nazwa strony stała się już uniwersalna, co jest skutkiem wielu miesięcy pracy. Zależy ona od interpretacji danej osoby, bo jest sporo czytelników, którzy się oburzają, że coś jest za lekkie, zupełnie niepasujące do idei. A z drugiej strony jest bardzo dużo osób, które twierdzą, że nie chodzi o dosłowne rycie bani, czyli jakiś horror lub jak leje się krew. Nie chodzi o to, co cię przestraszy, ale co poruszy.

A jak pracujesz nad blogiem? Codziennie oglądasz filmy?

Generalnie tak. Dużo obrazów omawiam, bo je pamiętam. A sporo jest takich, które nadrabiam na bieżąco. Mam zasadę, że nie oglądam filmów na bieżąco. Tegorocznych widziałem mało. Wolę, jak już kurz opadnie, wtedy mogę sobie na dzieło spojrzeć z dystansu. Bo emocje, które się pojawiają przy samej promocji, zaburzają mi odbiór filmu. Widzę wtedy, że odbiorcy dzielą się na dwie grupy. Na przykład nie widziałem jeszcze nowego "Mad Maxa" w całości, bo ludzie wciąż są podzieleni. Czekam, aż wyjdzie na DVD i sobie spokojnie obejrzę.


Zdarzyło się kilka razy, że zgłosił się do mnie dystrybutor i prosił, żebym w czasie premiery coś obejrzał, a potem zrecenzował. Zgadzam się, ale zazwyczaj to jest kino niszowe. To nie są blockbustery, które ściągają dzikie tłumy do kin. Ponieważ takie filmy nie wywołują emocji wśród widzów, mogę je spokojnie opisać.

Kształciłeś się w kierunku filmu, czy to po prostu twoja pasja?

Mam możliwość opowiadania o tym temacie, ponieważ skończyłem dziennikarstwo, nie filmoznawstwo. Przez to jestem bardziej wiarygodny – jako pasjonat. Blogerem jest każdy, kto zostawia opinię w internecie. Uważam, że jeżeli recenzja ma być dobra, to trzeba być jak Mietek Mietczyński (youtuber, który zamieszcza recenzje złych filmów i zabawne streszczenia lektur szkolnych). On jest wiarygodny, ponieważ nie stwarza dystansu między sobą, a odbiorcą.

Wspomniałeś Miecia, współpracujecie ze sobą?

Jeszcze do tego nie doszło. Miałem z nim bardzo krótki kontakt. Śledzę, co się dzieje na scenie youtubowej, bardzo mi się niektórzy twórcy podobają, są inspirujący. Gdy rozwinę swój kanał, to może zrobię wspólny projekt z Mieciem. Najpierw muszę sprawdzić, czy "Filmy, które ryją banie zbyt mocno" przyjmą się na YouTubie.

Jest ogrom kanałów i trudno się przebić. Bardzo doceniam to, co Mietek robi. Życzę mu jak najdłuższego unoszenia się na tej fali. Kiedy robił swój kanał tylko o filmach, „Masochistę”, to jeszcze nie był tak popularny. Ale kiedy zaczął robić lektury szkolne, to przebił się do czołówki.


Co najbardziej denerwuje cię w złych filmach?

Irytuje mnie wyrachowanie producentów, którzy robią skoki na kasę. Tak było w przypadku „Zmierzchu” i „ 50 twarzy Grey’a”. Wszystko było tam obliczone na pieniądze. Denerwują mnie filmy z dużą kampanią budżetową, które rozczarowują widza. Nie dość, że materiały wyjściowe jako książki są słabe, to filmy są jeszcze gorsze, bo otoczka medialna daje ludziom złudzenie, że idą na coś innego. Z drugiej strony kiedy obejrzę zły film, ale widzę, że twórcy dobrze się przy nim bawili, to jestem w stanie go wysoko ocenić. Tak jak w przypadku „Morderczej opony”. To jest film głupi, totalnie bezsensowny, ale przez niektórych uważany za kultowy.

Tego typu obrazy może nie mają wartości edukacyjnej, ale wartość odmóżdżającą, relaksacyjną. Lepiej obejrzeć to, niż „Grey’a”, który nie dość, że pewne rzeczy bardzo źle pokazuje, to jeszcze manipuluje młodymi ludźmi.

Czy w takim razie „Mordercza opona” jest według ciebie najlepszym najgorszym filmem? Jest jakiś film, który jest uznawany za zły, ale go lubisz?

„Morderczą oponę” lubię, ponieważ zauważyłem tam inne aspekty, niż tylko głupie sceny. Takim filmem jest też „The Room”, czyli film tak źle poskładany i tak źle napisany dialogowo, że jest aż wspaniały. To dzieło z 2003 roku pana Tommy'ego Wiseau. Fabuła jest jednocześnie prosta i skomplikowana, że te teksty są już w pewnych kręgach kultowe. To film dla wąskiej grupy odbiorców. Ma chyba jedną z najniższych średnich ocen zarówno na Filmwebie, jak i na zagranicznych portalach.

Interesują mnie dzieła, które pojawiają się na kanale Sci-Fi. Jakieś piraniokondy kontra rekiny, czy ośmiornice kontra inne stwory. To wszystko wychodzi masowo, co roku. Nie mam danych, czy takie filmy się twórcom zwracają, ale sprawia im to dużo radości. Konwentowi maniacy znają doskonale tego typu produkcje.

Który film najbardziej "ryje banię zbyt mocno", jest najbardziej poruszający?

Na Dyskusyjnym Klubie Filmowym omawialiśmy „Funny Games” Hanekego. To eksperyment na widzu. Zastosowano w nim łamanie czwartej ściany w filmie, czyli bezpośredni zwrot do widza z ekranu. W pewnym momencie bohater pyta, jak twoim zdaniem potoczy się akcja. Tak jak Frank Underwood w House of Cards. Widz jest wywołany do tablicy, zachodzi interakcja. Takie filmy nadają się do refleksji w samotności. To rzeczy najbardziej mi bliskie, ponieważ od nich zaczynałem dwa lata temu, kiedy mój blog startował.

A potem strona ewaluowała w stronę dramatów. Takie kino też bardzo mnie porusza. Na przykład „Chłopiec w pasiastej piżamie”, czy rzeczy, które są bardzo naturalistyczne, bliskie rzeczywistości. Ubrane tylko w metaforę filmu, czegoś, co jest ograniczone czasem i formą. Wpisuje się w to również „Król Lew”, jako jedno z tych dzieł, które robiły na mnie ogromne wrażenie, kiedy byłem dzieckiem.

Czego będzie dotyczył twój kolejny filmik na YouTube?

Mam zagwozdkę, bo albo będę się zajmował czeskimi bajkami z lat od 70-90-tych, albo polskimi wieczorynkami. Zauważyłem, że sentymentalizm bardzo fajnie się przyjmuje i ludzie chętnie przypominają sobie, co oglądali. Filmik o Cartoon Network fajnie się przyjął. Było sporo komentarzy, spore poruszenie, żeby zrobić kolejną część. Na pewno zrobię jeszcze sylwetki reżyserów, aktorów, zestawienia mocnych filmów. Zbliża się okres Halloween, więc będzie zapotrzebowanie na takie tematy. Jeżeli chodzi o bloga, to na tapecie cały czas będzie serial „Fear the Walking Dead”, kolejny sezon „Walking Dead”, „Gra o Tron” i najnowsze „American Horror Story”.

Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Przez dwa miesiące byłam streamerką gier. Oto, czego się nauczyłam
JANDA 0 0Kremy z kolagenem: nie bierz pierwszego lepszego. To skomplikowany składnik
dadHERO 0 0Prawie półtora miliona złotych na polską planszówkę. Skąd ten sukces gry "Beyond Humanity:Colonies"?
0 0Polskiej szkole przydaliby się tacy nauczyciele. "Stowarzyszenie Umarłych Poetów" w teatrze
WYWIAD 0 0Dlaczego faceci nie chcą seksu. Seksuolożka wylicza powody i radzi, jak to zmienić
0 0Słynna fabryka ogłasza zwolnienia grupowe. Miśnieńska porcelana walczy o przetrwanie