Tomek Michniewicz poza Polską spędza 6 miesięcy w roku
Tomek Michniewicz poza Polską spędza 6 miesięcy w roku fot. Darek Golik

Muzułmanie podkładają bomby. Muzułmanie dzielą się ostatnim kawałkiem chleba z chrześcijaninem. Amerykanie szerzą demokrację. Amerykańskie drony zabijają pakistańskie dzieci. Polscy żołnierzy sił specjalnych to bohaterowie. Polscy weterani to ludzie wyrzuceni na margines społeczeństwa.

REKLAMA
Musiał zwiedzić pół świata, by zrozumieć, że wszystko jest względne. Przemierzyć 52 kraje, by przekonać się, że oprawca to nierzadko tylko owca w wilczej skórze, a dzisiejsza ofiara to jutrzejszy kat. Mowa o słynnym dziennikarzu i reportażyście Tomku Michniewiczu i jego najnowszej książce „Świat równoległy”, której premiera będzie miała miejsce dzisiaj. Podróżnik jak zwykle zapuszcza się w niebezpieczne rewiry. W rozmowie z naTemat.pl opowiada, jakie historie przywiózł tym razem do Polski.
logo
Tomek Michniewicz jako pierwszy polski dziennikarz dostał się do słynnego więzienia San Quentin w Kalifornii. fot. Tomek Michniewicz
Gdy czytałam „Świat równoległy”, towarzyszył mi strach. Bałam się ja, bałeś się Ty. Bali się wieśniacy z pakistańsko-afgańskiego pogranicza, bali się zamknięci w białych gettach bogatsi mieszkańcy Johannesburga. Bali się nawet oprawcy: recydywiści z wyrokiem dożywocia, złodzieje i gwałciciele. Co jest z tym strachem? Dlaczego jest go tak wiele w naszym życiu?

No właśnie jest go mniej, niż nam się wydaje. Świadomie opisałem historie, które nas przerażają. W mojej książce czytelnik znajdzie więc fundamentalistów islamskich, zdesperowanych imigrantów zarobkowych z całej Afryki, gangi, więzienia i – na deser – „wariatów” dla funu skaczących ze skał bez spadochronów.

Zacne towarzystwo.
Krok za krokiem staram się dostarczyć kolejne dowody na to, że większość strachów to jedynie efekt naszej wyobraźni. Próbuję pokazać sytuację i zjawisko z różnych perspektyw. Wprowadzam do narracji kolejnych świadków, dołączam badania i statystyki. Po chwili okazuje się, że najwięksi ryzykanci to chłodni profesjonaliści, a posądzani o kolaborację z talibami Pakistańczycy to zwykli ludzie, których nie obchodzi, w jakich bogów wierzy Europa, tylko czy ich dzieci będą miały bezpieczne jutro.

By się o tym osobiście przekonać, musiałeś dotrzeć aż pod samą Nangę Parbat, gdzie dwa lata temu talibowie zamordowali grupę zagranicznych turystów. Nie było bezpieczniejszych sposobów na ustalenie faktów?
Uważam, że to jedyny sposób, by zrozumieć, co tam się dzieje naprawdę. Nie wierzę w dwuminutowe relacje w wieczornym wydaniu wiadomości przygotowywane na podstawie agencyjnych depesz i informacji z internetu. Zwłaszcza że media mają tendencję do pokazywania rzeczywistości w bardzo okrojony sposób. Wybierają zdarzenia, które wzbudzają emocje widzów. Nie dowiemy się więc o tysiącach udanych skoków wingsuit, uważanego za jeden z najniebezpieczniejszych sportów ekstremalnych świata. Media opowiedzą o tym jednym ze śmiertelnym skutkiem. Podobnie dzieje się w przypadku Pakistanu, który w efekcie jest w Europie postrzegany jako epicentrum zła.
logo
Ognisko gdzieś na pograniczu pakistańsko-afgańskim. fot. Tomek Michniewicz
A jak jest naprawdę?
Chciałem pokazać, że Pakistan to nie tylko masakra szkoły w Peszawarze, zabicie wspinaczy pod Nanga Parbat czy porwanie i śmierć polskiego inżyniera Piotra Stańczaka. Chciałem spojrzeć na islamski fundamentalizm oczami ludzi, których nikt nigdy o zdanie nie pytał – zwykłych mieszkańców północy Pakistanu. Zadawałem pytania. „Co myślicie o tych brodaczach w turbanach i kałasznikowem pod pachą? Jesteście z nich dumni? Popieracie ich?”.

Jakie odpowiedzi dostałeś?
Nienawidzą i boją się talibów w jeszcze większym stopniu niż my. To raczej oni, a nie biali przybysze, są prawdziwym celem terrorystów. Obcokrajowcy stanowią zaledwie 5 proc. ofiar zamachów terrorystycznych w Pakistanie. To wojna wewnątrz świata islamskiego, a my obrywamy rykoszetem.
Z jednej strony bronisz muzułmanów, z drugiej – serwujesz czytelnikom obrazy, które świadczą o tym, że święci to oni nie są. Jakie masz w końcu zdanie?
Złożone, niejednoznaczne, bo taki jest islam, i taka jest też reszta świata. W „Świecie równoległym” w przeciwieństwie do poprzednich moich książek usunąłem siebie z narracji. Nie znajdziecie więc żadnych gotowych odpowiedzi. Będzie natomiast dużo pytań. Czytelnik będzie musiał odpowiedzieć na nie sam.
logo
Wyznawcy sufizmu (nurtu mistycznego w islamie) w meczecie Data Darbar fot. Tomek Michniewicz
Nie boisz się wywołać gniewu czytelników? W końcu najbardziej lubimy czytać książki, z którymi się zgadzamy.
Uważam, że zwłaszcza przy tak trudnych tematach trzeba być zadufanym ignorantem, żeby uważać swoje zdanie za prawdę ostateczną. Prawd jest tyle, ilu jest ludzi na świecie. I każdy jest przekonany, że wie najlepiej. Wszyscy w swoją prawdę wierzą równie mocno. Spójrz, owszem, istnieje terroryzm islamski. Ale obok niego jest też terroryzm żydowski, chrześcijański, a nawet buddyjski. To powinno każdemu dać do myślenia.

W książce jest jedna ciężka scena, która dotyka do żywego. Chodzi o zarzynanie wielbłądzicy na oczach jej dziecka. Zwierzę do końca zachowuje świadomość. Ryczy, boi się. Opisujesz rozpacz małego wielbłąda, nadmierne okrucieństwo rzeźnika i zainteresowanie gapiów z komórkami w rękach. Ta scena wręcz prowokuje, by wykrzyczeć: dzikusy!
Taki sposób uboju jest nie do przyjęcia w naszym kręgu kulturowym. Tyle że warto zastanowić się, czy w europejskich rzeźniach nie dzieją się rzeczy o wiele gorsze. Różnica jest tylko jedna: nie widzimy tych zwierząt. Widzimy zafoliowane kawałki mięsa w hipermarkecie. Nie oceniam, w tej książce jedynie pokazuję takie sceny i stawiam pytania. Nie daję żadnych odpowiedzi.
Tak samo nie nadaję moralnej oceny scenie, w której opisuję akcję polskich komandosów w Ghazni. Żołnierze wdzierają się do domu afgańskiej rodziny w przekonaniu, że znajdą tam terrorystów. Okazuje się, że w domu nie ma żadnych talibów, a podczas akcji przypadkowo ginie dwójka dzieci. Kto zawinił? To jest wojna. Może informator kłamał, a może terroryści dostali cynk i przenieśli się gdzie indziej. Takie sytuacje zdarzają się niestety często, w operacjach jednostek wszystkich krajów. Wojska zachodniej koalicji po 15 latach od ataku na World Trade Center postrzegani są jako agresorzy. O tym też niechętnie mówimy w Polsce.
logo
fot. Tomek Michniewicz
Łatwo jest poruszać się po kraju w szatach agresora?
Nigdy nie miałem z tego tytułu problemów. Zwykli ludzie nie mają nic wspólnego z polityką. Zajmują ich inne problemy. Trzeba wysłać dziecko do szkoły, kupić coś na obiad, zadbać o zdrowie. Polityka i ulica to dwa zupełnie różne światy. Gdziekolwiek na świecie w dowolnej wiosce na każdego radykała przypada stu mężczyzn, którzy zaproszą mnie na herbatę.
Zapuszczasz się w miejsca, gdzie nie mają wstępu zwykli obserwatorzy. Jednym z nich jest więzienie San Quentin w Kalifornii, gdzie wyroki odsiadują najgorsi kryminaliści. Jesteś pierwszym polskim i drugim europejskim dziennikarzem, którego stopa postała na terenie zakładu. Jak udało się dostać pozwolenie?
Wysyłałem prośbę za prośbą. Swoją zgodę musiał wydać nie tylko kalifornijski departament więziennictwa, ale także Waszyngton i sama dyrekcja San Quentin. Cały proces trwał 8 miesięcy. Do ostatniej chwili nie miałem pewności, czy się uda. Poleciałem do Kalifornii, nie mając jeszcze w rękach zgody.
logo
Więźniowie San Quentin w obiektywie Tomka Michniewicza fot. Tomek Michniewicz
Starania były warte rezultatu?
Myślę, że tak. To jest unikatowy materiał. Dzięki temu mogłem pokazać inną odsłonę Kalifornii, zupełnie różną od tej telewizyjnej. Z Doliną Krzemową i blichtrem Hollywood sąsiadują dzielnice, w których toczy się nieustająca wojna o wpływy i pieniądze, teren, narkotyki.
Jednemu z kryminalistów z wyrokiem dożywocia zadajesz pytanie, czy zmieniłby coś w swoim życiu, słyszysz odpowiedź: „Wychowałem się w Inglewood (niebezpieczna dzielnica Los Angeles – przyp. red.). Nigdy nie miałem żadnego wyboru”. Mamy w końcu ten wybór czy nie?

Zawsze mamy wybór, tyle że często nie jest on łatwy. Zasłaniając się zrządzeniem losu czy przeznaczeniem, próbujemy podświadomie zrzucić z siebie odpowiedzialność za własne czyny. To, że Troy urodził się w Inglewood, nie oznacza, że jego przeznaczeniem było więzienie. W tej dzielnicy mieszka sto tysięcy innych osób, które jednak do San Quentin nie trafiły. Np. matki pracujące na dwa etaty, usiłujące jakoś związać koniec z końcem, nakarmić swoje dzieci i wysłać je do szkoły.
Czy w świecie mediów społecznościowych jest sens ryzykować własne bezpieczeństwo i zapuszczać się w niebezpieczne rewiry tylko po to, by powiedzieć czytelnikowi „nie jesteś skazany na zło”?
Obecnie każdy jest nie tylko odbiorcą, lecz i twórcą informacji. Problem w tym, że dzielimy się na naszym profilu na Facebooku treściami, które są wyrazem naszego subiektywnego zdania, ale udają fakty, „prawdę”. Większość z nas nie ma czasu, chęci i możliwości, by dogłębnie zbadać każde zjawisko. I w tym widzę rolę takich reporterów jak ja. Uważam, że stereotypy czy zwykła niewiedza są równie niebezpieczne, co wszelkiej maści radykalizmy. Świat nie jest ani czarny, ani biały. Dookoła pełno kolorów i szarości. „Świat równoległy” to opowieść nie tylko o trudach życia, ale też historie o niezwykłej sile człowieka, determinacji w dążeniu do celu, dobru, miłości.
logo
"Świat Równoległy" od jutra w księgarniach. fot. materiały prasowe
Tomek Michniewicz – polski dziennikarz, reportażysta i fotograf. Podróżuje przez sześć miesięcy w roku. Na koncie ma wiele nagród, w tym nominację do National Geographic „Traveler”. Autor wielu audycji – w tym programu „Inny Świat” w telewizji TTV, audycji „Reszta świata” w Jedynce czy „Trójka Przekracza Granice” w Trójce. Autor czterech książek: „Samsara”, „Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów”, „Swoją drogą”. Najnowsza „Świat równoległy” już od dzisiaj dostępna dla czytelników w księgarniach.