
Dilerzy drożdżówek schodzą do podziemia. Rząd rozprawił się ze sprzedawcami białej śmierci, czyli mąki i cukru, zakazując sprzedaży drożdżówek w szkołach. Rozkwita czarny rynek, a słodkie bułki nielegalne w sklepach zaczynają krążyć pod ławkami w drugim obiegu. Kto na tym skorzysta? Na razie wiadomo, kto straci – małe piekarnie.
O co chodzi?
Pierwszego września weszły nowe przepisy dotyczące żywności, która może być sprzedawana w szkołach. Chodzi o sklepiki, automaty z żywnością, bary i stołówki szkolne. I o to, by była tam zdrowa żywność. Nie ma już mowy o batonikach, chipsach i wysoko słodzonych gazowanych napojach. Za to mają być świeże warzywa i owoce. Czytaj więcej
Sprawdzam, jak jest gdzie indziej. Telefon odbiera Joanna Łysik-Gajur z "Piekarni Łysik" w Katowicach. – Jestem wściekła – mówi niemal na dzień dobry. – Sprawę trzeba nagłośnić, ludzie nie zdają sobie sprawy, co się stało – tłumaczy mi, zanim jeszcze zadałem jakiekolwiek pytanie. – Ktoś wrzucił frytki i drożdżówki do jednej kategorii śmieciowego jedzenia i to mnie oburza – mówi właścicielka piekarni.
Nie można mówić, że piekarze wyrabiają śmieciowe jedzenie! Wszystko zostało postawione do góry nogami jeśli chodzi o tendencje dietetyczne. To, co kiedyś było dobre i pozytywne, dziś jest traktowane na równi z fast foodem. Nie dajmy się zwariować!
Zakazane drożdżówki to kolejny cios w branżę piekarsko-cukierniczą. Spożycie pieczywa w Polsce jest najniższe od ponad 20 lat, a tylko 2014 roku upadło około 300 piekarni. Dziś na rynku działa około 9 tys. piekarni, czyli o 3 tysiące mniej niż jeszcze 10 lat temu. Jest to spowodowane między innymi modą na zdrowy tryb życia, który dla wielu oznacza rezygnację z pieczywa.
Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl
