
„Bardzo mroczny, dość brutalny” - takimi słowami określił swój film reżyser, Denis Villeneuve. Nie jest to opis adekwatny, bo sugeruje, że „Sicario” to thriller, a zaszufladkowanie go w tej kategorii byłoby dość krzywdzące.
REKLAMA
Fakt, że film miał swoją premierę w Cannes, a sam Villeneuve był wcześniej nominowany do Oscara za „Pogorzelisko”, po drodze zgarniając kilka innych festiwalowych wyróżnień za „Labirynt”, pozwala mieć nadzieję, że po dwóch godzinach spędzonych w kinie nie będziemy zastanawiać się jedynie nad tym, jak bardzo realistycznie (lub nie) wyglądały manekiny udające wmurowane w ściany gnijące ciała.
Rozwiewając na wstępie wszelkie wątpliwości – trup, jak to w „kinie akcji”, ściele się dość gęsto – w końcu „sicario” to po hiszpańsku „płatny zabójca” (lub „cyngiel” jak woli polski tłumacz). Villeneuve nie buduje jednak napięcia tanimi hollywoodzkimi chwytami, zalewając ekran hektolitrami krwi. Walkę z terroryzującymi meksykańskie pogranicze narkotykowymi kartelami opisuje przez pryzmat postaw, jakie w odniesieniu do bestialstwa przyjmują jego bohaterowie. I choć główną postacią jest tu kobieta, reżyserowi udaje się uniknąć taniego dydaktyzmu i „matczynej mądrości” której postać grana przez Emily Blunt mogłaby łatwo stać się symbolem.
Kate Mercer (Blunt), agentka FBI, trochę przypadkowo, zgadza się dołączyć do rządowej komórki, której zadaniem jest zwalczanie działających w Teksasie narkotykowych grup przestępczych. Szybko okazuje się jednak, że oddział, mimo że przez amerykanów finansowany, nie składa się jedynie z obywateli tego kraju, jej członkowie, zamiast w EL Paso, narkotykowych bonzów łapać będą w niesławnym Cuidad Juárez, gdzie nie ma „grup przestępczych” tylko „carteles”.
W Juárez nie ma również żadnych praw, których jego stróże musieliby się trzymać. Mercer przekonuje się o tym już podczas pierwszej akcji. Kiedy do kolumny policyjnych SUVów zbliżają się samochody z podejrzanie wytatuowanymi pasażerami, nowi koledzy Mercer nie wahają się przed rozpętaniem krwawej jatki. Należy zaznaczyć, że cała akcja ma miejsce w długim na kilka kilometrów i rozległym na parę pasów korku do odprawy granicznej. Obecność cywilów, czy ich bezpieczeństwo to żaden argument w mieście, którego mieszkańcy z życiem żegnają się codziennie, nawet wychodząc rano do sklepu po bułki. Kogo interesuje, czy zginą z ręki lokalnego mafioza czy stróża porządku, działającego w imię wyższego dobra?
Brak procedur, sztywnych ram, wytycznych – tego umysł agentki pojąć nie potrafi. Ciekawe, że tym, na co pomstuje Mercer, kiedy konwój zawija w końcu do amerykańskiej bazy, nie jest widok ulicy, na której nagie, zmasakrowane ciała wiszą na hakach niczym wieprzowe tusze w rzeźni, ani liczba cywilów, która mogłaby, i pewnie zginęła, podczas strzelaniny. Zarzuty, jakie kieruje w stronę dowódcy akcji – Matta (Josh Brolin) dotyczą naruszenie granic tego, co prawnie dozwolone. „Boarder's been moved” („Granice się przesunęły”) - odpowiada zrozpaczonej Mercer Matt, ciamkając beztrosko gumę.
Kontrast pomiędzy amerykańskim rozumieniem „prawa i porządku”, a meksykańską rzeczywistością, zyskuje realny wymiar w osobie Alejandra (Benmicio del Toro) – „prawnika” formalnie doradzającego grupie, a w rzeczywistości toczącego osobistą wendettę przeciwko narkotykowej mafii. Mercer, mimo że poznaje krwawe reguły jakimi rządzi się walka z cartelem, nie chce ich zaakceptować. W związku z tym odpowiedź na pytanie, czy dla zasady przeciwstawiania się złu przemocą można znaleźć usprawiedliwienie, pozostaje do rozstrzygnięcia przez widzów.
"Sicario" wchodzi do polskich kin 25 września.
Artykuł powstał przy współpracy z firmą Rabbit Action
