fot. archiwum prywatne

Tak, jestem gadżeciarzem. Choć na przestrzeni lat to moje gadżeciarstwo ewoluowało. Zaczynałem jako dzieciak od składania zestawów LEGO Technics, które wtedy wydawało mi się skomplikowane technologicznie bardziej niż prom NASA. Później odkryłem zegarki. Podkradałem ojcu jego Casio i Citizeny a następnie… rozbierałem je na czynniki pierwsze aby sprawdzić jak to jest, że te wskazówki same chodzą dookoła tarczy. Szczerze mówiąc parę takich przygód skończyło się dla mnie bolącym tyłkiem, ale nie powstrzymało mnie to przed dalszą eksploracją wnętrza czasomierzy. Aż do czasów, gdy zaczęła się szerzyć moda na telefony komórkowe. W przeciągu miesiąca potrafiłem zmieniać aparat kilkukrotnie, a w szczytowej formie kupowałem uszkodzone sztuki, naprawiałem je i odsprzedawałem z całkiem przyzwoitym – jak na licealistę – zyskiem.

REKLAMA
Gadżety rosły wraz ze mną – najpierw osiągnęły rozmiar samochodów (choć tych w życiu nie rozbierałem i nie naprawiałem tylko używałem na wszelkie znane ludzkości sposoby), aż w końcu – domu jednorodzinnego. Serio. Ostatnio moim ulubionym gadżetem jest mój własny dom. Postanowiłem bowiem, że będzie inteligentny. I oczywiście poczułem nieodpartą chęć osobistego tchnięcia w niego tej inteligencji.
logo
fot. archiwum prywatne
W sytuacji gdy zlecacie jakieś zewnętrznej firmie wykonanie „inteligentnej instalacji” w domu to najpierw przyjeżdżają panowie z udarami i przez dwa dni kują wam wszystkie ściany zamieniając salon, kuchnię i sypialnię w gruzowisko. Bo przecież trzeba położyć kable. Dużo kabli. Tak dużo, że środek chałupy zaczyna przypominać wnętrze zderzacza hadronów. A cała zabawa niewiele mniej niż on kosztuje. Gdyby moja żona coś takiego przeżyła (o ile w ogóle), to dzisiaj w tym miejscu chwaliłbym się przed wami najwyżej jakimś inteligentnym kartonem na dworcu Warszawa Wschodnia. Dlatego zdecydowałem się na inną opcję – bezinwazyjną. Czyli system bez kabli, w którym poszczególne urządzenia porozumiewają się ze sobą drogą radiową.
Po porównaniu ofert kilku producentów (nie ma ich wiele) padło na Somfy Tahoma. Dlaczego? Wybaczcie, ale racjonalnie wam tego nie wytłumaczę. Po prostu moja gadżeciarska intuicja podpowiedziała mi, że centralka całego tego systemu będzie świetnie wyglądała na półce nad telewizorem. Jest po prostu ładna – minimalistyczna, elegancka, co doskonale koresponduje z moim poczuciem estetyki. No i mruga światełkami z czego z kolei bardzo zadowolony wydaje się nasz bez przerwy leżący przy niej kot.
Oczywiście centralka to nie wszystko. Wraz z nią kupiłem specjalne moduły (oznaczane są jako io-homecontrol) do sterowania oświetleniem, scenami, roletami, bramą garażową i wjazdową, markizą na tarasie, a także czujniki temperatury, wiatru i nasłonecznienia. Uzbierało się tego trochę, ale po zsumowaniu kosztów wyszło, że i tak zapłaciłem 40 proc. ceny, jaką musiałbym wydać na system z okablowaniem (np. KNX). No i wtedy się zaczęło…
logo
fot. archiwum prywatne
Najpierw przez cały wolny weekend dłubałem śrubokrętem w gniazdach, wyłączając co pięć minut prąd w całym domu, w związku z czym żona nie mogła nastawić prania, zmywarki, ani nawet ugotować obiadu. Za to gotowała się sama w sobie. Kiedy już wszystko podłączyłem (samodzielnie da radę zrobić to każdy, kto potrafi odróżnić niebieski kabelek od brązowego i wie gdzie w domu/mieszkaniu znajdują się bezpieczniki) przyszedł czas programowania. Wracałem z pracy późnym popołudniem i od razu siadałem do laptopa.
Jakoś komputery zawsze były dla mnie mało pociągające pod względem gadżeciarskim w związku z czym obecnie moja sześcioletnia córka posługuje się nimi sprawniej niż ja. Ale mimo to zaprogramowanie scen w Somfy poszło mi całkiem sprawnie. Cały interfejs TaHomy okazał się bowiem bardzo przejrzysty i intuicyjny. Tak intuicyjny, że już po pięciu daniach, w piątek wieczorem, znalazłem czas aby przeprosić żonę. Grubo po północy musiała zejść na dół po wodę, mleko dla dziecka i coś tam jeszcze. Gdy wróciła na górę stwierdziła, że jak zwykle w całym rozespaniu zapomniała pogasić światła w kuchni, łazience i korytarzu. A wtedy ja tylko cyk – jeden klawisz w telefonie – i zapadły egipskie ciemności.
Rano sama poprosiła mnie o zainstalowanie w jej telefonie aplikacji TaHoma i tonem nie znoszącym sprzeciwu zażądała abym pokazał jej „nad czym to w takim pocie czoła pracowałem przez cały tydzień”. Gdy zobaczyła jak zaraz po wschodzie słońca samoczynnie rozwija się markiza nad tarasem, a zewnętrzne żaluzje zmieniają położenie aby ograniczyć nagrzewanie się wnętrza była naprawdę pod dużym wrażeniem. Ale i tak najbardziej zachwyciła ją scena „Wychodzę z domu”: jeden klawisz w smartfonowej aplikacji wyłączający wszystkie światła, zamykający bramy, zasuwający rolety i załączający alarm.
To oczywiście dopiero pierwsze spostrzeżenia po uruchomieniu całego systemu. Jak zda egzamin w dłuższej perspektywie i codziennym użytkowaniu (nie ukrywam, że nie mam zamiaru go oszczędzać, już planuję nowe sceny i dokupienie kilku modułów)? Czas pokaże. Ale zapowiada się obiecująco. Zupełnie jak moje małżeństwo w nowej, bardziej inteligentnej rzeczywistości.

Partnerem tekstu jest Somfy.