Klub muszkieterów. Szef Intermarche opowiada, jak Francuzi kazali mu machać szpadą, przysięgać wierność i być D’Artagnan

Klub muszkieterów. Szef Intermarche opowiada, jak Francuzi kazali mu machać szpadą, przysięgać wierność i być D’Artagnan.
Klub muszkieterów. Szef Intermarche opowiada, jak Francuzi kazali mu machać szpadą, przysięgać wierność i być D’Artagnan. Kadr z YouTube
– Chciałem tylko robić biznes handlowy, a czułem się jakbym grał w filmie kostiumowym – pokazując szpadę i finezyjny kapelusz muszkietera, pan Zbigniew, założyciel sklepu na Śląsku, opowiada o kulisach współpracy z francuską siecią handlową.


Amerykanie słyną, z tego, że ich korporacje najbardziej wyzyskują franczyzowych partnerów. Niemcy są najbardziej uporządkowani i konkretni, a Francuzi? – Intermarche to nie biznes, ale udział w filmie kostiumowym o D'artagnanie i muszkieterach – mówi właściciel jednego z polskich marketów. Na 10 lat trafił do dziwnego świata, gdzie biznes zorganizowany jest na wzór oddziału muszkieterów.


Są w nim szeregowcy tzw. „postulanci”, którzy chcą otworzyć biznes. Przyuczają się o zawodu na praktykach w markecie, płacą krocie za szkolenia. Starsi rangą są postulanci afektowani - ukończyli już szkolenie podstawowe, czekają na okazję do otwarcia sklepu. Wyżsi stopniem są aderoni, czyli szefowie marketów – ich znakiem są szpady i kapelusze w gabinetach. Od nich wyżsi rangą są „asosje”, czyli udziałowcy Intermarche. Nad nimi jest jeszcze rada starszych muszkieterów, decydująca o wprowadzeniu członków do swoich szeregów. Dziwactw jest znacznie więcej.


– Dwa dni w tygodniu musiałem pracować nieodpłatnie dla dobra społeczności wszystkich muszkieterów w Europie, pół procenta obrotu mojego sklepu wpłacałem na utrzymanie rady starszych muszkieterów, większość towarów i usług musiałem kupować od francuskich dostawców albo firm wskazanych przez Intermarche – pan Zbigniew, biznesmen z południa Polski i do niedawna właściciel jednego z supermarketów ujawnia kulisy współpracy z francuską siecią hipermarketów.
I ty możesz mieć supermarket
Niewielu klientów zdaje sobie sprawę, że ponad 260 sklepów Intermarche w Polsce to przedsięwzięcia indywidualnych polskich przedsiębiorców choć zorganizowane pod francuskim szyldem. Wystarczy mieć 400 tys. zł i można założyć własny supermarket. Sieć nauczy biznesu, wskaże działkę, zapewni kredyt w banku i pomoże w budowie - cała inwestycja to ponad 4 mln zł. Teoretycznie spłaca się z przyszłych zysków sklepu.


Kiedy ktoś otwiera supermarket Intermarche, składa przysięgę wierności i podpisuje kartę etyki muszkietera. Szczytne hasła, zasada jeden za wszystkich wszyscy za jednego, o której pisał Aleksander Dumas, sprowadzają się do zakupu większości towarów we francuskim centrum zaopatrzeniowym. – 80, a nawet 90 procent towaru musi pochodzić z bazy zaopatrzeniowej Intermarche. Wszystkie usługi, meble, ulotki reklamowe także oferują Francuzi. Jeśli sami czegoś nie produkują i nie dostarczają, wskażą odpowiednią firmę. W jej cenach zawiera się już marża dla centrali Intermarche. Ten sposób firma z Bondoufle we Francji zarabia na rozwijającym się w Polsce biznesie – opowiada przedsiębiorca.

Sklep od zaplecza
Zbigniew z Intermarche: – Przyznaję, na początku świetnie zarabiałem, pod sklepem miałem auta z rejestracjami z całego województwa. Old Spice sprzedawało się na palety. A jedyny w aglomeracji Real miał 100 mln obrotów rocznie. Kiedy zaczęła rosnąć konkurencja Biedronek , Lidla i innych sieci, szybko dostałem po kieszeni. Produkty, które wstawialiśmy na półkę były niekonkurencyjne cenowo – opowiada.

We Francji Intermarche odniosło sukces, bo liczba marketów na tysiąc mieszkańców jest w tym kraju regulowana tzw. ustawą Galanta. Żaden nowy sklep więc nie powstanie. Można jedynie sprzedać już istniejący. Mało tego, mają własną flotę do poławiania ryb, fabrykę pampersów, sieć restauracji. Roczne obroty przekraczają 40 mld euro. W Polsce biznes handlowy rozwija się na dziko. Biznesmen wylicza, że w jego regionie na mieszkańca przypadało 3500 złotych zakupów rocznie. Z 40 tys. ludzi handel miał do podziału 140 mln zł. Otwierając sklep "na ziemi niczyjej" miał od razu 60 procent udziału w rynku, więc nawet nieduża marża zapewniała zysk przedsięwzięciu. Z czasem obok powstało galeria handlowa i kilka dyskontów. Podzielili rynek i portfele lokalnej społeczności, od razu znalazł się na marginesie wypłacalności.

Przedsiębiorca przekonuje, że w 10-letnich umowach współpracy i kredytach ugrzęzło mnóstwo osób zwabionych świetlaną perspektywą zysków. – Kiedy ponad 10 lat temu byłem na szkoleniu we Francji, byli ze mną kamieniarz, właściciel serwisu samochodowego i inni handlowi naturszczycy – komentuje. – Nie zorientowali się, że tak naprawdę Intermarche nie chodzi o to, aby sprzedać towar w sklepie. Bo oni zarabiają na nas, na franczyzobiorcach, którzy muszą spłacać w czynszu zaciągnięte w spółce zobowiązania. To te opłaty są ich zarobkiem, a obrót towarowy tylko dodatkiem – mówi.

Każdy może zarobić?
Tak działa wiele sieci franczyzowych, w których o prawdziwych zasadach tego biznesu zainteresowani dowiadują się, gdy poniosą już koszty szkoleń, zrezygnują z innej działalności. Siłą rzeczy brną coraz głębiej. Mimo przesłanych pytań przedstawiciele Intermarche nie chcą skomentować tego przypadku. Firma nie podaje też ilu polskich muszkieterów zrezygnowało z działalności.

W branżowych mediach o handlu i franczyzie publikuje teksty, gdzie rekomenduje system jako sprawdzony także w Polsce. Oczywiście nikt nie daje gwarancji na sukces. "Pierwsze większe zyski trzeba zwykle czekać ok. 2-3 lat, do 5 maksymalnie" - czytamy w w jednym z nich. W materiałach promocyjnych, potwierdza wymagania franczyzy, o których wspomina rozmówca naTemat: obowiązkową i darmową pracę na rzecz grupy, milionowe nakłady na sklep.

Gdy niedawno minęło 10 lat umowy z siecią, rozmówca naTemat z ulgą oddał swój wymarzony sklep Intermarche. – Uciekłem spod topora, zrozumiawszy, że przeciętny szaraczek nie ma czego szukać wśród wilków handlu – kończy.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl