Debata odbywała się pod dyktando partii, a nie wyborców, których przedstawicielami byli dziennikarze.
Debata odbywała się pod dyktando partii, a nie wyborców, których przedstawicielami byli dziennikarze. Fot. facebook.com/BeataSzydlo

Panowie dyrektorzy z telewizji sprawili, że przez dwa wieczory oglądaliśmy para-debaty. Prowadzący dziennikarze zamiast zadawać pytania uprawiali autolans, wygłaszając kazania. Z kolei kandydaci mówili co chcieli, zupełnie ignorując pytania. Ustalona formuła nie dawała też szansy na interakcję.

REKLAMA
Często o młodych reporterach, którzy nie mają jeszcze wiedzy i odwagi, by egzekwować od polityków odpowiedzi na pytania mówi się pogardliwie "stojaki na mikrofony". Politycy uwielbiają rozmawiać ze stażystami, bo mogą im powiedzieć co tylko chcą, mając świadomość, że nikt im nie przerwie. Podczas debat przed wyborami parlamentarnymi w rolę takich "stojaków" wcielili się prowadzący te dwa starcia.
Prowadzący bez władzy
To przykre tym bardziej, że to szanowani, doświadczeni dziennikarze, którzy potrafią ostro przyciskać swoich rozmówców. Jednak ich szefowie zgodzili się na skrajne umniejszenie ich roli. Wspomniała zresztą o tym Dorota Gawryluk na początku poniedziałkowej debaty, narzekając na mocno ograniczoną rolę prowadzących. Dlatego próbowali oni nadrobić podczas zadawania pytań, które czasem trwały dłużej niż odpowiedzi. Więcej pisze o tym w naTemat Dominika Majewska.
Dlaczego było tak źle? Bo telewizje kompletnie skapitulowały przed partiami i dały sobie narzucić warunki. Takie warunki, które właściwie uniemożliwiały sensowną dyskusję. Po pierwsze pytania musiały być takie same, co już narzucało ich dużą ogólnikowość. Po drugie – i chyba najważniejsze – dziennikarze nie mogli dopytywać uczestników, przez co na czas odpowiedzi przestawali być prowadzącymi, tracili kontrolę nad audycją.
Niewolnicy słupków
Politycy byli zachwyceni, bo mogli opowiadać co chcieli. Szczególnie intensywnie korzystały z tego Ewa Kopacz i Beata Szydło podczas pierwszego spotkania. Prowadzący mogli tylko później z żalem konstatować, że panie nie odpowiadają na ich pytania. Zamiast narzekać, powinni podziękować swoim szefom.
Bo telewizyjni decydenci, którzy są zakładnikami oglądalności, stali się zakładnikami partii. Sztaby miały świadomość, że debaty będą się cieszyły ogromną oglądalnością (i tak było, pierwszą obejrzało 8,26 mln widzów, drugą 6,7 mln), a szefowie stacji nie będą mogli sobie pozwolić na wypuszczenie takiej okazji z rąk. Dlatego stawiali ostre warunki, na które telewizje się zgodziły.
Czas na zmiany!
Tymczasem kolejność powinna być odwrotna: to telewizje organizują debaty, więc to one powinny ustalać warunki. Komu nie pasuje, niech nie bierze udziału – straci okazję do pokazania się przed wielomilionową widownią, a do tego narazi się na ataki konkurencji i krytykę mediów. Wszak kapitulanctwo nigdy nie jest dobrze widziane.
Telewizje organizujące debaty powinny więc postawić kilka twardych warunków. Przede wszystkim "nasi dziennikarze to dziennikarze, nie automaty do zadawania pytań". Po drugie debata jest od debatowania, a nie od wygłaszania oświadczeń. Dlatego sztywne zasady dające kandydatom 30 sekund na ripostę albo komentarz są po prostu bez sensu. To tak, jakby sędzia stał na ringu i mówił "proszę, teraz może pan wywieść cios", a po chwili mówił przeciwnikowi "proszę, teraz pana kolej".
Do tego potrzebna jest jednak solidarność między głównymi telewizjami, a niestety nie zawsze jest z nią dobrze. Dlatego dobrze, gdyby do kolejnych wyborów stacje doszły do porozumienia, zawarły pakt i obiecały sobie, że wspólnie będą walczyć o jak najlepsze z punktu widzenia wyborców warunki debaty. Bo to przecież o wyborców, a nie o polityków chodzi.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl