Jarosław Kaczyński zapewnia, że opozycja będzie w jego państwie szanowana, ale sympatycy jego partii powszechnie grożą tym, którzy PiS nie chcą popierać.
Jarosław Kaczyński zapewnia, że opozycja będzie w jego państwie szanowana, ale sympatycy jego partii powszechnie grożą tym, którzy PiS nie chcą popierać. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

W jednym ze spotów wyborczych PiS instruuje swoich sympatyków, jak niestrudzenie powinni namawiać wszystkich wokół do tego, by ci 25 października poparli ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Niestety przybrało to przerażającą wręcz formę, bo zamiast merytorycznych zachęt w oczy wyraźnie rzuca się kampania, w której zwolennicy PiS walczą o swoje ludzi mających opinie i poglądy nie po ich myśli zastraszają zmasowanymi obelgami lub groźbami nieprzyjemnych konsekwencji, które mają ich czekać po wyborach.

REKLAMA
Strach nie głosować na PiS...
Skalę tej kampanii opartej na zastraszeniu elektoratu przeciwników widać przede wszystkim w internecie, gdzie wygłoszenie opinii niekorzystnej dla Prawa i Sprawiedliwości, lub pozytywnej dla Platformy Obywatelskiej to ryzyko wystawienia się na atak sympatyków Jarosława Kaczyńskiego, Beaty Szydło i prezydenta Andrzeja Dudy. Na ostatniej prostej przed wyborami uderza to przede wszystkim w dziennikarzy i blogerów. Na przykład w ten sposób popularny na prawicy bloger AntyKomor próbuje sprawić, by krytyczne wobec PiS materiały nie pojawiały się w naTemat:
Czego się bać? W komentarzach mniej popularnych sympatyków PiS przewijają się zwykle trzy groźby. Tych, którzy pracują w firmach i instytucjach zależnych od państwa straszy się zwolnieniem. Na ludzi zatrudnionych w sektorze prywatnym też jest straszak w postaci tego, iż ich firmy zbankrutują, bo zostaną zbojkotowane przez państwowych partnerów. PiS-owców najbardziej cieszy jednak wykorzystywanie faktu, iż oficjalnie mówi się już o "listach egzekucyjnych" w mediach publicznych.
Kogo straszyć takimi argumentami się nie da, tych prawica wpisuje na listę ludzi, których po wyborach nowa Polska nie będzie już potrzebowała. Na jej czele wydaje się być szczególnie znienawidzony przez PiS dziennikarz Jarosław Kuźniar, któremu sympatycy Jarosława Kaczyńskiego składają ostatnimi czasy takie "propozycje":
Bez komentarza, bez reakcji
To jedynie wycinek tego, jak krewcy sympatycy PiS pracują na sukces swojej partii na ostatniej prostej przed wyborami. Jedynie te przykłady, które najbardziej rzucają się w oczy i które spotkały nas samych. W dyskusjach polskich użytkowników Twittera, czy Facebooka taką "narrację" można zauważyć jednak co chwila także miedzy osobami, które nie należą do brutalnego świata mediów i polityki, gdzie trzeba mieć nieco grubszą skórę.
Co najgorsze, politycy PiS ani się od takiego powszechnego zachowania swoich zwolenników nie odcinają, ani nie wzywają do powściągnięcia emocji i poszanowania przeciwników. Symptomatyczne jest też, że PiS nie znalazł się w gronie tych ugrupowań, które przyłączyły się do kampanii obywatelskiej "Wybieram bez hejtu". Można więc mieć obawy, iż kroczące po zwycięstwo ugrupowanie zechce spełnić po wyborach także takie oczekiwania.
Jak ocenia w rozmowie z naTemat politolog prof. Kazimierz Kik, PiS pierwszy powinien takie zachowania sympatyków ostro skrytykować, bo szkodzą one wizerunkowi partii i nawet w ostatnich dniach kampanii wyborczej mogą obrócić się przeciw faworytom do zwycięstwa.
– W partii Jarosława Kaczyńskiego muszą odciąć się od ludzi, którzy ewidentnie nie pozwalają im wyrwać z radykalizmu. Jeśli PiS nie da sygnału, że nie po drodze mu z ludźmi postępującymi w taki sposób, będzie to oznaczało, że ich rzeczywiście akceptuje. To nie będzie korzystne, bo im więcej tych gróźb będzie, tym partia będzie traciła – stwierdza.
Prof. Kazimierz Kik
politolog

To przypomina dawne czasy PRL... Wócwzas, gdy ktoś wyrażał jakiekolwiek wątpliwości wobec przewodniej roli partii, spotykał się z podobnym "potępieniem publicznym". Trzeba mobilizować przyzwoitych ludzi do wykazania dezaprobaty dla takich zachowań. Ci ludzie nie mogą czuć się nosicielami poczucia sprawiedliwości...

Prof. Kik przyznaje, że sam jest od dłuższego czasu adresatem podobnych ataków, ale przed strachem chroni go wieloletnie doświadczenie w polityce, które sprawia, że skóra staje się grubsza. Naukowiec podkreśla jednak, że sprawy zaszył tak daleko, iż na całkowite "olewanie" pogróżek wpisanych w kampanię wyborczą polskie społeczeństwo nie może sobie pozwolić.
Czas na reakcję
– To jest zdziczenie, obok którego nie można przechodzić obojętnie. Opinia publiczna musi się przebudzić i nie obawiać się przeciwstawienia temu, by prymitywi polityczni znaleźli sobie jakiekolwiek miejsce. Takie zachowania cechują ludzi o najniższych instynktach, którzy nie nie stanowią żadnej wartości dodanej dla żadnego ugrupowania, także dla Prawa i Sprawiedliwość – stwierdza politolog.
Warto podkreślić, że sam Jarosław Kaczyński prawie co dnia zapewnia, że w jego nowym państwie będzie szanowało się opozycję, ale zdaje się mieć jedynie na myśli opozycję parlamentarną. Zwykli ludzie mogą czuć się więc naprawdę zagrożeni. Pamiętajmy jednak, że karty do głosowania są anonimowe i na szczęście nikt po 25 października nie będzie mógł nas rozliczać z tego, przy czyim nazwisku postawiliśmy krzyżyk.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl