Ewa Kopacz nie ma szans na utrzymanie przywództwa w PO. Teraz zacznie się walka na całego.
Ewa Kopacz nie ma szans na utrzymanie przywództwa w PO. Teraz zacznie się walka na całego. Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Platforma poniosła klęskę i straciła około 100 mandatów. Po pierwsze, oznacza to odejście z partii dużej części działaczy. Po drugie, ci, którzy zostaną, będą musieli wybrać nowego szefa partii. Ale wcale nie jest pewne, że zostanie nim Grzegorz Schetyna. Grupa polityków, którzy są przekonani, że noszą buławę w plecaku jest znacznie większa.

REKLAMA
Ponad 14 punktów procentowych przewagi Prawa i Sprawiedliwości nad Platformą Obywatelską to nie tylko ogromny sukces tej pierwszej partii, ale też ogromna klęska tej drugiej. Dlatego szybko zaczną się tam rozliczenia. Bo chociaż po ośmiu latach PO traci władzę, to nadal będzie największą partią opozycyjną. A to spore wpływy i spore pieniądze. Przede wszystkim pokaźna subwencja z budżetu.
Poza tym PO nadal rządzi w większości województw i największych miastach w Polsce. Podsumowując: jest się o co bić. Bo oczywiste jest, że ten wynik, to koniec kariery Ewy Kopacz nie tylko jako szefowej rządu, ale też jako szefowej PO. Szczególnie, że Ewa Kopacz na starcie kampanii deklarowała, że na jej czas bierze ster w swoje ręce. I to ona bierze pełnię odpowiedzialności.
logo
Fot. Zrzut ekranu z twitter.com/ZalewskiPawel
Dlatego kiedy PiS będzie układało nowy rząd, w Platformie Obywatelskiej będzie trwała ostra walka o władzę. Już pojawiają się głosy nawołujące do wymiany kierownictwa PO. – Jestem osobiście przekonany, że Platformie potrzebne jest nowe przywództwo – mówił w Bydgoszczy Radosław Sikorski. – To, że partia była dowodzona jednoosobowo, bardzo energicznie, przez Ewę Kopacz, która bardzo ciężko pracowała w tej kampanii, oznacza także jednoosobową odpowiedzialność za wynik i jestem przekonany, że Ewa Kopacz będzie wiedziała, co zrobić – kontynuował były Marszałek Sejmu.
Dzisiaj murowanym kandydatem zdaje się być Grzegorz Schetyna, przez wiele lat "pierwszy po Tusku", a później jego główny konkurent. W tamtej konkurencji Schetyna przegrywał, być może gdyby nie wyjazd Tuska byłby dzisiaj poza partią lub na jej marginesie. Decyzja Ewy Kopacz o wzięciu Schetyny do rządu dała mu wiatr w żagle i pozwoliła na odbudowywanie wpływów. Dzięki temu "ludzie Scheta" trafili na listy i jeśli dostaną się do Sejmu, pomogą mu w marszu po władzę w PO.
Sam (jeszcze przez kilka tygodni) szef MSZ mówi, że potrzebna jest "nowa Platforma" i przeanalizowanie tego, co się stało. – Musimy wyciągnąć wnioski, musimy sobie poważnie porozmawiać o wczorajszym dniu, o dzisiejszym i o tym, co przed nami – mówił na swoim kieleckim wieczorze wyborczym. Schetyna zdecydowanie znowu jest zawodnikiem wagi ciężkiej, ale nie jedynym.
Silną pozycję ma też Tomasz Siemoniak. Przez ostatnie cztery lata szef kluczowego resortu obrony, od ponad roku wicepremier. We wrześniu ufało mu 24 proc. Polaków, co nie wydaje się może miażdżącym poparciem, ale ważniejszy jest niski elektorat negatywny – tylko 7 proc. badanych stwierdziło, że szefowi MON nie ufa. U wspomnianego już Grzegorza Schetyny ten wskaźnik jest ponad trzykrotnie wyższy (23 proc.).
Siemoniakowi zdecydowanie brakuje za to rozpoznawalności i ludzi w strukturach. O ile to pierwsze można łatwo nadrobić (ilu z was rok temu znało Beatę Szydło? Albo Andrzeja Dudę?), o tyle w tym drugim Schetyna zdecydowanie góruje. I to nie tylko nad Siemoniakiem.
Wiele zależy od tego, jaki model zmian wybierze PO. Może postawić na utwardzanie partii, na zamykanie się w swoim żelaznym elektoracie i czekanie, aż PiS pokaże brzydką twarz, a wyborcy przyjdą prosić PO o wybawienie ich spod panowania Kaczyńskiego. Ale może też postawić na próbę walki o więcej, a przede wszystkim walki inaczej. Nie strasząc PiS-em, ani nie oczekując od wyborców nagrody za kilometry autostrad i tysiące Orlików.
Wtedy PO musiałaby postawić na nową, niezużytą jeszcze twarz. Zresztą próbowała to zrobić tuż po przegranych wyborach prezydenckich. Wtedy starano się wypchnąć do pierwszego szeregu takich polityków jak Jarosław Wałęsa czy Rafał Trzaskowski. I to w tym drugim wielu widzi przyszłego lidera PO.
Zakładając, że Platforma na razie nie ma dość przywództwa kobiet, o władzę w partii może też spróbować sięgnąć Hanna Gronkiewicz-Waltz. Dzisiaj to wiceszefowa ugrupowania, liderka samorządowego filaru partii, na którym po przegranej w wyborach parlamentarnych będzie się opierała partia. To do urzędów miejskich i marszałkowskich trafią politycy i działacze, którzy nie dostali się do Sejmu, a przede wszystkim ci, którzy stracili miejsca w urzędach, ministerstwach i spółkach.
Wybór Gronkiewicz-Waltz byłby też odwrotem od kursu, który przyjęła Ewa Kopacz. I który – według wielu – przyniósł klęskę. Po odejściu Tuska PO mocno skręciła na lewo, oddając PiS-owi miejsce w centrum, a jednocześnie wykańczając Zjednoczoną Lewicę, która nie była w stanie konkurować z PO. Ten kurs – jak widać – się nie opłacił i być może teraz w PO wahadło wychyli się w drugą stronę.
Niewykluczone, że wkrótce w kolejce po władzę ustawi się ktoś jeszcze. Platforma na razie jest w szoku. A taki stan tym bardziej zwiastuje jazdę bez trzymanki. Finalnie może ona wyjść partii na dobre, oczyścić ją, ale może też ją dobić. Przetrwać w opozycji to nie łatwa sztuka i potrzeba na to równie silnego lidera, co do rządzenia.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl