Odtwórca postaci Lance'a Armstronga zażywał doping, by przygotować się do roli. "Zrobiłem to na własną odpowiedzialność"

Odtwórca roli Lance'a Armstronga zażywał doping, by przygotować się do roli. "Zrobiłem to na własną odpowiedzialność"
Odtwórca roli Lance'a Armstronga zażywał doping, by przygotować się do roli. "Zrobiłem to na własną odpowiedzialność" Fot. Shutterstock
„Nigdy nie udowodniono mi stosowania środków poprawiających wydolność organizmu” - te słowa jak mantrę powtarzał Lance Armstrong, kiedykolwiek dziennikarze pytali go o doping. Siedmiokrotny zwycięzca Tour de France przez lata oszukiwał cały świat. W opartym na jego losach filmie „Stratega mistrza” świat udało się oszukać Benowi Fosterowi.



W filmie Stephena Frearsa („Niebezpieczne związki”, „Filomena”) amerykański aktor jest tak podobny do niesławnego kolarza, że chwilami widz ma wrażenie, że oto stoi przed nim sam Armstrong – założyciel walczącej z rakiem fundacji Livetrong, ikona popkultury i Mesjasz kolarstwa, który sławiąc chwałę tego sportu jednocześnie niszczył go od środka.

„Armstrong rzeczywiście był niczym gwiazda rocka. (…) W bardzo młodym wieku otarł się o śmierć (…) Z tego mitu heroicznej walki korzystał później (...) Zawsze był najlepszy w mówieniu: „Potrafisz. Jesteś w stanie wygrać. Zobacz, przez co ja przeszedłem, a jestem tu, odniosłem sukces”. A wiara to też lekarstwo. Zbudował sobie coś w rodzaju kościoła, w którym sam obsadził miejsce Mesjasza. (...) Mit Feniksa powstającego w popiołów jest ulubioną narracją milionów.” - mówi w wywiadzie Foster. I przyznaje, że sam stosował doping przygotowując się do tej roli. Z aktorem na festiwalu filmowym w Zurychu rozmawiała Anna Tatarska. „Strategia mistrza” w polskich kinach już od 30 października.

Anna Tatarska: Mam wrażenie, że Lance Armstrong to bardziej mit, ikona, niż żywy człowiek.

Ben Foster: Armstrong rzeczywiście był niczym gwiazda rocka. Stał się nią wraz z rozwojem swojej sportowej kariery, ale to nie wszystko. Najpierw w bardzo młodym wieku otarł się o śmierć, zwyciężył okrutną, do tego - według niektórych wstydliwą - chorobę. Był niezwykle zdeterminowany, można odnieść wrażenie, że zebrał całą energię jaką miał, żeby się z nią rozprawić... To taka termodynamika zmagania ze śmiercią. Z tego mitu heroicznej walki potem korzystał zbierając pieniądze na walkę z chorobą, którą sam wcześniej pokonał. Stymulował potencjał w ludziach. Zawsze był najlepszy w mówieniu: „Potrafisz. Jesteś w stanie wygrać. Zobacz, przez co ja przeszedłem, a jestem tu, odniosłem sukces”. A wiara to też lekarstwo. Zbudował sobie coś w rodzaju kościoła, w którym sam obsadził miejsce Mesjasza. Na ludzi taka retoryka działa, szczególnie w USA. Mit Feniksa powstającego z popiołów jest ulubioną narracją milionów amerykanów.


Udało się Panu zrozumieć jego motywacje?

Opinia publiczna już nie lubi Armstronga. Kiedyś był idolem, teraz jest nikim. A nie jest niemożliwym znaleźć też w tej sytuacji argumenty na jego obronę. To osoba z niezwykle silną motywacją, która z z wielkim hukiem wypadła z publicznych łask. Mówi się, że by przemocowcem, napadał na ludzi. Tak, to prawda – ale sam był atakowany, więc atak był tu formą obrony. Poza tym to nie były personalne przytyki – zagrożenie dotyczyło jego fundacji, jego imperium, które – czy nam się to podoba czy nie – ratowało ludzkie życia. Livestrong zebrało 500 milionów dolarów na badania nad rakiem. To ogromna suma na wydatki zdrowotne. Wyobrażam sobie, że ktoś, kto próbował temu zagrozić, mógł mieć z Lancem problemy.

Jak pod tą gwiazdorską pozłotką szukał Pan człowieczeństwa?

Nie było mi trudno znaleźć dla niego jakieś tam okruszki empatii. Z jednej strony był gwiazdor, ale z drugiej – zwykły gość, który o poranku parzy kawę w gaciach. To, co jako aktor mogę zrobić, gdy konfrontuję się z kimś, kto jest bardziej personą niż osobą, to podejść do sprawy z otwartą głową, ufnie, wręcz naiwnie. Odłożyć na bok jakąkolwiek opinię, ocenę. Zacząć zadawać pytania. Spotykać się z jego kolegami z kolarskiego teamu, przyjaciółmi, mechanikiem, dietetykiem... w ten sposób zaczyna się zbierać kolejne elementy, puzzle. To praca wręcz inżynieryjna.

Czy pośród nich byli ludzie, którzy z Panem nie chcieli rozmawiać?

Wiele osób było na to gotowych, ale kilka – nie. To wciąż bardzo niewygodny temat, tym bardziej, że wielu moich rozmówców miało na koncie udział w tej wielkiej machinie kłamstwa, na jakimś etapie pomagało Armstrongowi w jego wielkiej mistyfikacji, wspierało kulturę dopingu. Żeby na przykład porozmawiać z kimś, kto nie brał, musiałem przepytać osiemnastu zawodników! To taka skala. Całe to środowisko przesycone kłamstwem. Co poniekąd łagodzi wydźwięk zachowania Armstronga. On ne był tylko kłamcą – był kłamcą pośród innych kłamców, w świecie opartym na kłamstwie. Był produktem tego świata.

A sam Lance? Spotkaliście się?

Nie miałem okazji rozmawiać z Lancem podczas zdjęć ani na etapie przygotowań. Nie chciał ze mną gadać.

Nie miało to dla Pana znaczenia?

Może nie ująłbym tego aż tak mocno... Ale teraz i tak jest już za późno, to nie ma znaczenia, bo film powstał. Wiem tylko, że w odpowiedzi na mój wywiad dla „The Guardian” napisał tweeta o treści: „gówno prawda”. Pasowało to do wizerunku kogoś, kto stale współzawodniczy z całym światem [śmiech]. Szanuję to jego wewnętrzne zwierzę, ale nie zamierzam dać mu się zjeść. Film nie został zrobiony ani dla niego ani przeciwko niemu. Ten skandal dotknął wiele osób. „Strategia mistrza” nie jest filmową biografią Armstronga a filmem opartym na jego losach. Główna postać naszego filmu nie jest nim w proporcji jeden do jeden, to jednak twór fikcyjny. Zastanawiamy się raczej nad bardziej ogólną kwestią ludzkiej moralności.

Na sukces Armstronga pracował cały zespół. U was na planie było podobnie?

Pracowałem ze wspaniałymi aktorami – Guillamem Canetem, Jessem Plemonsem, Chrisem O'Dowdem – oprócz nich na planie byli z nami profesjonaliści z świata sportu, których historie takie jak nasza dotknęły osobiście. Otaczali mnie wspaniali ludzie. Ale jednocześnie „Stategia...” opowiada też o pewnym specyficznym rodzaju samotności, który odczuwać można nawet w tłumie. Dla mnie, jako aktora, samotność jest cenna i ważna.

W pewnym momencie filmu widzimy Armstronga, przygotowującego się do konferencji. Patrzy w lustro, ćwiczy, sprawdza, czy wie, co i jak ma powiedzieć przed kamerami. Pan miewał podobne momenty na planie?

Przygotowania do zdjęć to okres zapadania się w pewien określony sposób myślenia, odczuwania... a potem w ciągu dnia trzeba tylko podsycać ogień, żeby cały czas się tlił. Nie przypominam sobie konkretnej chwili, w której upewniałbym się, czy „mój wewnętrzny Armstrong” jest gotowy. Przygotowania były tak intensywne, że chyba nie miałem czasu.

W ramach przygotowania do roli stosował Pan środki dopingujące. To wręcz szaleńczy ruch. Skąd ta potrzeba?

Doping ma specyficzny sposób działania. To coś innego, niż narkotykowy „haj”. Szczególnie, gdy się akurat nie pokonuje górskiego odcinka na trasie jakiegoś touru... Trudno to sobie wyobrazić, jeśli się nigdy tego samemu nie doświadczyło. Doping robi krzywdę ludzkiej psychice. Czasami nie wiedziałem, czy to, co czuję, to wciąż jeszcze zaangażowanie w postać, czy już szaleństwo. Mam wrażenie, że choć fizycznie wróciłem do siebie, to psychicznie wciąż jeszcze się składam do kupy.

Jakie środki Pan przyjmował?

Nie chcę podawać nazw. To eksperyment, który przeprowadziłem na własną odpowiedzialność. Mnie to było potrzebne. Ale nie chcę nikogo namawiać do powtórki.

Rozumiem, że oprócz przyjmowania dopingu nie rozstawał się Pan też z rowerem...

Ta rola rzeczywiście wymagała ode mnie więcej pod względem fizyczności niż to zwykle bywa. Nie jestem na co dzień ani kolarzem ani nawet rowerzystą. Ale to działa tak, że odpowiednio przygotowane, napięte, działające w dany sposób ciało pomaga wykreować odpowiedni stan emocjonalny a ten z kolei przekłada się na grę aktorską.

Pamiętam, jak Channing Tatum i Mark Ruffalo opowiadali mi w wywiadzie do „Foxcatchera”, że trudno było im przyzwyczaić się, że grają poważne, dramatyczne role w kostiumach zapaśniczych z obcisłej lajkry... Dla Pana ten kolarski spandeks też był jakąś psychiczną barierą?

[Śmiech] Wie Pani, wciąż przecież powstają filmy o superbohaterach, a to istne królestwo spandeksu! I wypełniaczy kostiumu, szczególnie w rejonach krocza i klatki piersiowej... Jasne, kiedy pierwszy raz wcisnąłem się w ten prowokacyjnie krótkie szorty a do tego usłyszałem, że mam ogolić nogi, poczułem się nieco dziwnie. U pływaków to zrozumiałe, opór wody, te sprawy – ale na rowerze? Nie rozumiałem, dlaczego ma tak być. Wytłumaczono mi, że po pierwsze tak jest wygodniej masażystom i rehabilitantom a po drugie z ogolonych nóg łatwiej wyciąga się żużel i brud po wypadku. Uznałem ten argument bez wchodzenia w polemikę... Jestem naturalnie bardzo mocno owłosionym mężczyzną i kiedy pierwszy raz pozbyłem się tych wszystkich włosów zostawiając w łazience prawdziwy „dywan” czułem się nagi, było mi nieswojo. Kilka dni trwało, zanim sam siebie przekonałem, że to była dobra decyzja! [śmiech]

Taki aktorski ryt przejścia?

Golenie nóg dla mężczyzny? W pewnym sensie tak. Bardzo swędzący ryt przejścia.

To nie tylko film o Armstrongu, ale też o mediach, kulturze sportowej czy też jej braku ale i o nas – widzach, czytelnikach, fanach.

Oczywiście. To tak samo opowieść o tym, czego oczekujemy od takich historii. Jesteśmy współtwórcami tych narracji jako audytorium, dla którego się je tworzy.... Chciałbym wierzyć, że ten film przyczyni się do dyskusji na ten temat, do rozmowy o wadliwych schematach działania mediów... Ale szczerze wątpię.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
MamaDu 0 0W XXI wieku o seksie fantazjujemy odważniej. Sprawdź, czy idziesz z duchem czasu
DADHERO.PL 0 0Nowy serwis streamingowy wkracza do Polski. Czy to już czas, byś porzucił Spotify?
POLECAMY 0 0Skąd ten zachwyt nad Zandbergiem? 12 mocnych cytatów z wystąpienia lidera Lewicy
0 0"Śpieszmy się kochać kandydatów do TK". Chojna-Duch kpi z decyzji PiS
Żółty Tydzień 0 0Jeden organ, 500 funkcji. Taka jest wątroba. Jakie choroby mogą ją zniszczyć?
0 0Chorujesz na jaskrę i uwielbiasz jogę? To połączenie może nie być dobre dla oczu
WYWIAD 0 0"Zachowanie Klarenbacha było chamskie". Posłanka Wiosny wyjaśnia, dlaczego uparcie chodzi do TVP
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie chcemy nudy, chcemy DRAMY. Ten odcinek "Rolnik szuka żony" zaspokoił odwieczną ludzką potrzebę
RECENZJA 0 0Bez coming outu Elsy, ale wciąż "ma tę moc". O "Krainie lodu 2" znów będzie głośno