![Fot. [url=http://bit.ly/1I11ii2]Nux[/url] / [url=http://bit.ly/1kvyKWi]CC-BY SA 3.0[/url]](https://m.natemat.pl/e0d515f4263164264540cc52884af7fd,1500,0,0,0.jpg)
Jazz postrzegany jest jako muzyka trudna w odbiorze. Być może z tego właśnie powodu niektóre ze stojących przed Halą Torwar osób ściskających w rękach bilety na koncert Deutsche Bank Invites Miller/Możdżer/Namysłowski: wyglądały, jakby w ostatniej chwili rozważały jeszcze, czy wejść do środka.
REKLAMA
A pokusa była – po drugiej stronie ulicy Legioniści ogrywali właśnie Chojniczankę. Jeśli ktoś, widząc zakręcane kilka razy ślimaki kolejek do wejścia na Torwar, zdecydowałby się zdradzić kulturę wyższą, może jeszcze zdążyłby zobaczyć, jak Stojan Varens wylatuje z boiska za rozbicie brutalnym kuksańcem nosa Marcinowi Biernatowi. Sądząc jednak po tym, że większość miejsc na sali była wypełniona, na dezercję chyba nikt się nie zdecydował. I bardzo słusznie, bo energia, jaką na scenie wytworzyła ósemka Marcusa Millera zawstydziłaby jedenastkę zarówno Stanisława Czeresowa, jak i Mariusza Pawlaka.
Koncert Deutsche Bank Invites Miller/Możdżer/Namysłowski w przeciwieństwie do meczu 1/4 Pucharu Polski, był imprezą towarzyską, a pomiędzy „drużynami” Możdżera i Millera panowała pełna współpraca. Muzycy zaliczali gościnne występy w swoich setach, a do bramki zarówno jednego, jak i drugiego strzelał legendarny polski saksofonista Zbigniew Namysłowski.
Pierwsza połowa koncertu należała do Leszka Możdżera, który na scenie pojawił się w asyście Larsa Danielssona i Zohara Fresco. Wprowadzenie publiczności w kameralny nastrój, właściwy koncertom z udziałem możdżerowego pianina, kontrabasu Danielssona i bębnów obręczowych, w których specjalizuje się Fresco, nie było zadaniem łatwym, biorąc pod uwagę rozmiary hali widowiskowej. Doświadczonym muzykom nie potrzeba było jednak dużo czasu, żeby słuchacze zapomnieli o tym, że zamiast na drewnianych krzesłach jazzowego klubu siedzą na plastikowych krzesełkach trybun.
Duże ożywienie wywołało oczywiście pojawienie się gościa specjalnego. Zbigniew Namysłowski przypomniał, że nie pierwszy raz spotyka się z Możdżerem. – Nagraliśmy kiedyś razem płytę, „Secretely & Confidentionally”. Leszek wybrał z niej dwa utwory, które jeszcze pamięta – żartował saksofonista. – Te dwa były najłatwiejsze. Zbyszek nie gra teraz takich prostych rzeczy, zazwyczaj koncertuje w klubach dla 30 osób, które potrafią zrozumieć taką muzykę – odciął się po przyjacielsku Możdżer. Dowodem tego, że wykonawcy darzą się sympatią również muzycznie, było idealne zgranie podczas wykonania dwóch utworów: „Letters Never Sent” i „Very Sad Bossa”.
W drugiej części, kiedy inicjatywę na scenie przejęła ekipa Millera, trzech sułtanów jazzu wykonało wspólnie kompozycję Namysłowskiego - „Kuyaviak Goes Funky”. Miller, mimo że z niełatwym utworem poradził sobie świetnie, skromnie wyznał: – Myślicie, że wiem, jak się gra kujawiaka? Wcale nie – powiedział z uśmiechem.
Miller z zespołem wykonali kompozycje z najnowszego albumu – „Afrodeezia”, a przerwy pomiędzy utworami basista zapełniał opowieściami o koncepcji, jaka przyświecała jego powstaniu i wspominał sesje z muzykami z całego świata, które nadały jej szczególny, multikulturowy charakter. Paradoksalnie, szeroko pojętej „muzyki świata” zaznaliśmy na Torwarze stosunkowo niewiele. Dominantą większości kawałków wybranych przez Millera była funkowa energia i rockowy sznyt, który na scenę wzniósł gitarzysta – Adam Agati. Nie zabrakło również solówek znakomitego Mino Cinelu (który w pewnym momencie do pomocy w sekcji perkusyjnej zaprzągł nawet Leszka Możdżera).
Końcówkę, na którą złożyły się „Son of Macbeth” i „Blast”, przeżyć było ciężko – schodki Torwaru nie sprzyjają bowiem spontanicznym pląsom, a energia i siła płynące ze sceny, z siedzeń aż wyrywały. Początkowi sceptycy dostali więc najlepszy dowód na to, że jazzowa ekstraklasa potrafi na głowę pobić tę piłkarską.
