Praca sędziego piłkarskiego do łatwych nie należy.
Praca sędziego piłkarskiego do łatwych nie należy. Fot. Malgorzata Kujawka / Agencja Gazeta

Bez szatni, ze słabym wynagrodzeniem i znienawidzony przez wszystkich na boisku. Tak wygląda życie sędziego piłkarskiego w niższych ligach.

REKLAMA
Robert ma 29 lat, na co dzień pracuje w administracji miejskiej, a w weekendy "biega z gwizdkiem". W młodości sam kopał piłkę, ale uprawianie sportu zakończył w drużynach uniwersyteckich. Już w liceum znalazł przyklejone na boiskowej lampie ogłoszenie, które – jak się okazało – zasiało w nim ziarno.
"Masz ukończone 16 lat, wykształcenie minimum gimnazjalne, obywatelstwo polskie, biegle posługujesz się językiem polskim i masz dobry wzrok? Zgłoś się na kurs sędziowski oPZPN" (okręgowy Pomorski Związek Piłki Nożnej).
Kilka lat temu furorę zrobił film "Gwizdek". Obraz opowiadał historię Marcina Batki, młodego sędziego piłkarskiego prowadzącego mecze w niższych ligach.
Drzwiami po nogach
Sam kurs był płatny, ale nie było drogo – około 200 zł – i trwał około trzy miesiące. Łącznie odbyło się kilkanaście spotkań, podczas których uczono się zarówno teorii, jak i praktyki. Całość kończyła się egzaminem. Potem złożenie papierów w związku i jest się w "bazie sędziów."
Teraz jednak zastanawia się nad swoją przyszłością. Powodem jest m.in. chamstwo ze strony piłkarzy, kibiców i działaczy. Wiele razy padał ofiarą zaczepek i gróźb. Najgroźniejsza sytuacja przytrafiła się w jednej z miejscowości na Żuławach Gdańskich. Po meczu sędzia wsiadał do auta. W pewnym momencie jeden z kibiców podbiegł i kopnął w drzwi samochodu, które prawie zmiażdżyły kostkę sędziego. Zdarzeniu przyglądali się piłkarze i znajomi z drużyny, z którą krewki fan sympatyzował.
Incydent wpisał do protokołu pomeczowego. Jako że wydarzył się na parkingu już po zawodach, klub nie został ukarany. Takie sytuacje, jak zapewnia Robert, zdarzają się jednak niezwykle rzadko. – To nie jest tak, że po meczu drżę o własne życie – tłumaczy Robert. I dodaje: – Na meczach potrafi być jednak nieprzyjemnie. Bluzgi to standard, zdarzyło mi się, że podchmielony kibic jednej z drużyn oddał mocz na moje auto.
Na rękę 40 zł
Robert doskonale pamięta pierwszy swój mecz w roli sędziego. Jak wspomina, ze związku dostał chorągiewki, gwizdek i formularze. Sędziów liniowych "nominował" spośród zawodników rezerwowych grających ze sobą drużyn.
– To byli trampkarze z Sopotu. Grają mecze w dwóch połowach po 35 minut. Byłem lekko zestresowany, ale nie było problemów. Nawet było do mnie nieco pretensji. Podyktowałem rzut wolny za rękę tuż za polem karnym. Zawodnicy i trener narzekali, że była "nabita", a cały kontakt dłoni z piłką był przypadkowy. Pamiętam też, że popełniłem błąd spisując żółtą kartkę dla zawodnika o nietypowym nazwisku Bomba. Napisałem chyba Pompa – wspomina sędzia.
Przez kolejne miesiące Robert poprowadził kilkadziesiąt meczów. — Brałem wszystko, jak leci. Na studiach została mi wtedy praktycznie tylko magisterka do napisania i miałem dużo czasu, a pieniądze się przydawały – wspomina Robert. – W najlepszym czasie potrafiłem w weekend poprowadzić pięć meczów w różnych miastach – dodaje.
Młody sędzia nie ukrywa, że zaczął sędziować po to, by dorobić. Pieniądze, które na ostatnim roku studiów i podczas szukania pracy były kołem ratunkowym, teraz wydają się mu niewielkie.
Za mecz seniorów Robert inkasuje około 90 złotych. Juniorzy to 50-60 zł - z tym, że podane ceny są brutto, więc trzeba je uszczuplić o kilkanaście złotych podatku. Do tego dochodzi dojazdówka - rzadko jednak przekracza 25 zł. Nie są więc to spore pieniądze. Warunki pracy natomiast nie należą do rewelacyjnych, sędziowie często muszą się przebrać pod chmurką lub w prywatnym samochodzie.
Gwizdek na kołek?
Robert, sędzia piłkarski

Radko zdarza się jak nie usłyszę kilku nieprzyjemnych uwag pod swoim adresem i docinków na moją rodzinę.

Robert narzeka, że działacze, którzy najczęściej są po prostu przyjaciółmi drużyny, często traktują moment podpisania protokołu i rozliczenia jak spotkanie z trędowatym. Młody sędzia zauważa jednak, że są też przejawy sympatii. Zawodnicy gospodarzy zapraszają go na... "piwko po meczu". I to często gdy nie wygrają spotkania. Robert odmawia, ale czasem ucina sobie kilkanaście minut pogawędki o pracy, piłce lub samochodach.
Jakie najczęściej słychać okrzyki? Tu jest cały przekrój. Od stosunkowo delikatnych "naucz się sędziować", "sędzia do okulisty" po wszelkie wulgaryzmy, których nie można tu cytować, na takich jak "ty bimberruro", "pokemonie jeb..y" czy "z PO jesteś, że w łapę bierzesz?", kończąc.
Co ciekawe, jeżeli chodzi o chamstwo, to najgorzej jest w rozgrywkach... juniorskich. Tam bowiem spotyka się z agresją zarówno rodziców, jak i dzieci. Wspomina nawet, że rozsierdzony ojciec wypytywał go, gdzie pracuje krzycząc, że ma znajomości i załatwi mu zwolnienie. Roberta denerwuje też symulowanie fauli i roszczeniowa postawa wśród młodzieży. Ale są też "trzeszczące piszczele" w ligach okręgowych. Tam częściej musi uspokajać twardą grę niż wyłapywać symulanctwo.
Teraz jednak chce zakończyć swoją przygodę z boiskiem. Nie ma już sił, by za niewielkie pieniądze rezygnować z wolnych weekendów.
– Nigdy jakoś specjalnie nie wiązałem przyszłości z sędziowaniem i od dwóch sezonów coraz rzadziej jeżdżę na mecze. Czasem jednak wezmę zlecenie sędziowania turnieju z okazji święta osiedla, lub halowej ligi biznesu. Wtedy pieniądze są lepsze - za kilka godzin jest to 200-300 złotych. Do tego mniej stresu, a więcej kultury. Dlatego zapewne niedługo będę sędziował już tylko w takich imprezach – mówi Robert.

Napisz do autora: piotr.celej@natemat.pl