Przez zmianę władzy i jej decyzje kadrowe świetnie wyszkoleni polscy żołnierze i funkcjonariusze, którzy odejdą teraz ze służby,  licznie zasilą prywatne firmy wojskowe z całego świata.
Przez zmianę władzy i jej decyzje kadrowe świetnie wyszkoleni polscy żołnierze i funkcjonariusze, którzy odejdą teraz ze służby, licznie zasilą prywatne firmy wojskowe z całego świata. Fot. Oleg Zabielin / Shutterstock.com

Gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, a następnie zaczęło przejmować pełną władzę w państwie od chwycenia za miotłę kadrową, korki od szampana leciały w górę nie tylko w siedzibie tej triumfujące partii, ale i w kilku nietypowych korporacjach z całego świata. Tych działających w sektorze tzw. private military contractors, bo to one, dzięki zwycięstwu i polityce PiS, wkrótce obłowią się w świetnych nowych prywatnych żołnierzy, na wyszkolenie których nie muszą wkładać ani centa.

REKLAMA
Kogo wymiotą miotłą PiS?
Już kilka dni po zmianie władzy ze swoich stanowisk polecieli szefowie najważniejszych służb. Ostra miotła kadrowa przeleciała przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencję Wywiadu, Służbę Wywiadu Wojskowego i Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, a później także przez Centralne Biuro Antykorupcyjne. W mediach najgłośniej mówi się dziś o dymisjach szefów tych instytucji, ale w tle następuje kadrowa erozja, bo znaczna część podwładnych szykuje się do odejścia ze służby razem z dawnymi szefami. Tyle "efektu Kamińskiego".
Jak przyznaje nasz rozmówca pracujący dla jednej z prywatnych firm wojskowych w roli headhuntera w regionie Europy Wschodniej, największe nadzieje jego branża wiąże od dawna z "efektem Macierewicza", czyli falą dymisji i zwolnień, która oczekiwana jest w Wojsku Polskim. – Nasza korporacja z kilkunastoma oficerami o różnym profilu wyszkolenia rozmawiała już na długo przed 25 października. Było przecież od dawna wiadomo, jakie będą w Polsce polityczne rozstrzygnięcia i oni nie chcieli czekać – stwierdza.
I podobno wcale nie chodzi tu o wysoko postawionych dowódców. Na takich zresztą tzw. "firmom najemniczym" wcale bardzo nie zależy. Oni mogą co najwyżej robić za twarze firmy, mieć status doradców. Najcenniejsi są żołnierze jednostek specjalnych, wojskowi informatycy, inżynierowie, czy piloci i inni członkowie załóg śmigłowców.
– W latach 2005-2008 mieliśmy w Polsce prawdziwe zbiory w tym temacie. Bo kolejne odejścia ze służby generowały nie tylko bezpośrednie dymisje, lecz także decyzje o nowej obsadzie. Żołnierze i funkcjonariusze nie chcieli pod pewnymi ludźmi służyć, wiec wybierali aktywną emeryturę lub nową ścieżkę kariery w sektorze prywatnym – słyszymy.
Pod Błaszczakiem też nie wszyscy chcą służyć
To, że na celowniku korporacji z sektora PMC są nie tylko żołnierze, ale także funkcjonariusze podlegli nowemu ministrowi spraw wewnętrznych Mariuszowi Błaszczakowi potwierdza w rozmowie z naTemat także Robert, policjant z wieloletnim doświadczeniem w Centralnym Biurze Śledczym Policji.
Robert
funkcjonariusz CBŚP

Takie "ogłoszenia" o naborze do prywatnych korporacji ochroniarskich, czy wojskowych rozchodzą się w jakiś sposób zawsze. Ich nośnikami są zwykle koledzy, którzy sami odeszli ze służby do takich przedsiębiorstw. Gdy odgórna miotła nie wymiata mało kto jednak się decyduje, bo to często oznacza jednak ryzykowne wyjazdy...

- Teraz jest jednak trochę inaczej. Jeśli potwierdzą się kadrowe spekulacje dotyczące nowej obsady "góry", to sam chętnie przyjąłbym taką ofertę - stwierdza. Policjant z ponad 10-letnim stażem tłumaczy nam też, dlaczego prywatne firmy wojskowe tak zacierają ręce na "ofiary zmian politycznych" w MSW, MON i służbach specjalnych.
– Mogą teraz pozyskać nawet kilkaset osób, które legitymują się nie tylko doświadczeniem, ale i naprawdę najwyższej światowej klasy wyszkoleniem. Które zajmuje lata i kosztuje średnio kilkaset tysięcy złotych za jednego człowieka. Tymczasem oni pozyskują takich operatorów, saperów, czy śledczych praktycznie za darmo. Dostają prezent od polskiego podatnika, który wcześniej łożył na ich wykształcenie – wyjaśnia nasz rozmówca.
Bo 8 lat spokoju psuło rynek...
Potwierdza to pracujący od dłuższego czasu w jednej z brytyjskich prywatnych firm wojskowych Jerzy, za którym wcześniej 11 lat służby w różnych jednostkach specjalnych.
Jerzy
były komandos, pracownik brytyjskiej prywatnej firmy wojskowej

Takim instytucjom, jak nasza opłaca się nawet czarować dwukrotnie, albo i trzykrotnie wyższą niż w wojsku pensją, by zachęcić dobrego specjalistę. Przez to, że polska scena polityczna przez ostatnie 8 lat była ustabilizowana "rynek", na którym pracują nasi headhunterzy się trochę popsuł. Trzeba było nowych ludzi urabiać, a niewielu poza emerytami się kusiło. A najbardziej opłaca nam się inwestycja w ludzi tak w środku służby. Już wyszkolonych, a zarazem w najlepszej kondycji, którzy na długie lata mogą zostać z nami.

– Sytuacja polityczno-społeczna w Polsce jest obecnie tym lepsza dla takiej rekrutacji, że tacy żołnierze to ludzie ok. 30-tki, którzy przyszli do woja i zrobili w nim karierę za ekipy Tuska. To tacy ludzie, których nowa władza nazywa lemingami, a oni niezbyt wyobrażają sobie służyć pod panem Antonim – stwierdza Jerzy.
*Ze względów bezpieczeństwa wszystkie imiona rozmówców zostały zmienione. Prawdziwe dane pozostają do wiadomości redakcji.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl