Bieda ma płeć i wiek: jest samotną kobietą po 60-tce. Odstaw bajki o księciu, póki nie jest za późno

„Utrzymuje mnie mąż”, „Widocznie tyle jestem warta”, „Alimenty to taka pensja”. Witamy w świecie finansowych sierot
„Utrzymuje mnie mąż”, „Widocznie tyle jestem warta”, „Alimenty to taka pensja”. Witamy w świecie finansowych sierot Fot. Anna Hałat-Kruczyńska


100 lat po uzyskaniu praw wyborczych wciąż bredzimy o księciu i jego białym rumaku. Takim, co pojawi się znikąd, obsypie prezentami i zabierze w opływający w mleko i miód świat. Ssiemy te historie z mlekiem matki i tego samego uczymy nasze córki. Nie widzimy nic złego w tym, że zrzekamy się odpowiedzialności za prowadzenie rodzinnego budżetu na rzecz mężczyzn. Szybciej też godzimy się na niekorzystne warunki pracy. – Jest to prosta droga do ekonomicznej niewoli – tłumaczy w rozmowie z naTemat.pl Dominika Nawrocka, propagatorka wiedzy finansowej wśród kobiet.


Co to takiego? – Niewolnikiem ekonomicznym jest każdy, kto ze względu na pieniądze musi postępować wbrew swojej woli – dodaje. Skoro potępiamy przemoc fizyczną i psychiczną, dlaczego nie wystrzegamy się tej ekonomicznej? – Dosyć – powiedziała Dominika Nawrocka i w oparciu o własne bolesne doświadczenia napisała poradnik „Kobieta i Pieniądze. 7 kroków edukacji finansowej dla kobiet”.


Dlaczego akurat dla kobiet?

Bo bieda w Polsce ma twarz kobiety. W ujęciu statystycznym uosobieniem człowieka biednego w Polsce jest właśnie kobieta lat 60+ bez regularnych źródeł dochodu. Utrzymuje się z prac dorywczych i jest z reguły samotna.

Brzmi jak nocny koszmar. Dlaczego tak się dzieje?

Nierzadko przekazujemy prawo do decydowania o naszym portfelu i warunkach życiowych komuś innemu. I nie chodzi tu jedynie o utrzymywane przez mężów żony. Mój przekaz dotyczy także kobiet pracujących, które nie chcą albo nie umieją zarządzać własnymi finansami. No bo przecież „mąż zna się lepiej”, a „ja nawet tabliczki mnożenia nie pamiętam”. Singielki też niech się mają na baczności, zwłaszcza te żyjące w trybie „od pierwszego do pierwszego”. Dotyczy to też samotnych matek, które alimenty traktują jako źródło dochodów, albo pogodzonych ze swoją niedolą i niską pensją pracowniczek.


Co je łączy?

Nie panują nad własnym budżetem, skazują się więc na przymus godzenia się na warunki, które im nie odpowiadają. Zarówno w relacjach z mężczyzną, jak i pracodawcą. Kiedyś dostając reprymendę od szefa, złapałam się na myśli, że oto ja, dorosła osoba, pozwalam, by ktoś mnie karcił i niesprawiedliwie oceniał. Godziłam się na to, bo każdego miesiąca dostawałam od tego człowieka pensję. Ja to nazywam ekonomiczną niewolą. Droga do niej zazwyczaj wygląda tak. Najpierw szkoła, najlepiej z wyróżnieniem. Następnie studia, praktyki, wreszcie pierwsze własne pieniądze. Decydujesz się na zakup auta. Tego fiata kochasz całym sercem i machasz do smutnych ludzi w komunikacji miejskiej.

Później pierwszy awans. Doznajesz olśnienia – przecież z czerwonym audi byłoby Ci w życiu jeszcze lepiej. Sprzedajesz fiata, zaciągasz kredyt, spłacasz raty. – Idzie żyć – myślisz. Poznajesz tego jedynego. Wspólne wakacje – nie żaden tam Szczyrk, tylko Dominikana. Życie układa się jak po maśle. Rezygnujecie z wynajmowanego lokum i decydujecie się na własne mieszkanie. – Po co mamy spłacać czyjś kredyt hipoteczny – myślisz. Spłacasz więc swój. Później dziecko, koszty rosną, ale jakoś dajecie radę. Poza tym mąż ogarnia. Reflektujesz się w chwili kryzysu. Rozwód czy separacja, a Ty zostajesz sam na sam z rachunkami i świadomością, że nie masz nic.

A jak było w Pani życiu? Zawsze była Pani finansowo ogarnięta?

Bynajmniej. Ocknęłam się dopiero wówczas, gdy mocno zabolało. Przechodziliśmy z mężem kryzys małżeński. Niby lata starań, wspólnie gromadziliśmy nasz majątek, ale de facto została mi tylko moja pensja. Był to bardzo traumatyczny epizod w moim życiu. Na szczęście nie zarabiałam najgorzej. Tymczasem jest wiele kobiet, które muszą zaczynać od zera.

I postanowiła Pani przestrzec rodaczki, pisząc książkę?

Najpierw był kryzys, a później lata nauki i praca nad sobą. Studia doktoranckie w SGH, setki książek o finansach, dziesiątku kursów. Długo biłam się z myślami, wychodziłam z założenia, że mogę pokazać się światu ze swoimi pomysłami dopiero wówczas, gdy stworzę coś na miarę jaja Fabergé. Wybrałam jednak działanie. Pierwsze lody z pisaniem przełamałam, zaczynając prowadzić bloga o finansach. To publikowane tam treści złożyły się na całokształt mojej książki. Jest skierowana do każdej kobiety, zarówno tej zarabiającej 1,5 tys. zł miesięcznie, jak i tej z pensją sięgającą 10 tys. zł.

Jest to kolejny poradnik w stylu psychologii sukcesu rodem z USA? Typu „zrób plakat marzeń i uwierz w siebie”?

Nic z tych rzeczy. Tłumaczę, jak się zaprzyjaźnić i polubić z pieniędzmi i sprawić, by to one pracowały dla nas, a nie my dla nich. Ten stan nazywam wolnością finansową – wówczas pracujemy dlatego, że chcemy, a nie musimy. Opisuję 7 konkretnych kroków oraz podstawowe pojęcia ze świata finansów, które z nowomowy naukowej przekładam na język ludzki. Nagle okazuje się, że nie jest to żadna czarna magia, tylko podstawa podstaw, z którą powinnyśmy wchodzić do dorosłego życia.

Skoro jest to takie proste, dlaczego wiele kobiet ma problem ze spinaniem budżetu?


Bo niestety przedsiębiorczości nie uczą w szkołach ani w domu. Moja mama zawsze powtarzała „pokorne ciele dwie matki ssie”. Tymczasem pokora w zarabianiu pieniędzy nie zawsze pomaga. To właśnie jej brak mobilizuje nas do działania i zmiany swojej sytuacji. Schemat, który Polki wynoszą z domów, często oscyluje wokół następujących haseł. Ucz się, staraj się, zdobądź ciepłą posadkę, odejdź na emeryturę. A powinno być: zdobądź posadkę, zbierz kapitał, załóż własną firmę, inwestuj.

Nie bez znaczenia tu jest też wiara, w której jesteśmy wychowywani. Może to przekładać się na bierność, bo przecież wszystko w rękach Boga czy losu. No i wreszcie, to nasze powszechne przekonanie, że bogaci nie mają duszy, a pieniądze są brudne.

A nie są?

Pieniądze są naprawdę OK. Nie są celem, tylko środkiem: do marzeń, wysokiej samooceny, wygodniejszego życia, rozwoju, wreszcie lepszego zdrowia. Gdy przestajemy bać się o to, czy nam starczy do wypłaty, pozbywamy się nerwic, depresji i innych nieprzyjemności.
Dobra, to od czego zacząć?

Od głowy.

Wiedziałam.

Opowiem pewną historię. Mój blog czyta mnóstwo kobiet, widzę pełne entuzjazmu komentarze. Prawda jest jednak bezlitosna: użytek z wiedzy, którą się dzielę, robi zaledwie garstka czytelniczek. Uruchomiłam online kurs wiedzy finansowej. Chęć udziału zgłosiło 200 kobiet, zaledwie 80 z nich uruchomiło kurs, a do jego końca wytrwa zaledwie 20. I tak z całym życiem: chcemy, ale nie działamy.

Załóżmy, że jestem wystarczająco zmotywowana, by w drodze do milionów zacisnąć pasa i żyć o suchym chlebie...


Stop, a co wspólnego to ma z moją książką?

Jak to? To nie będzie wyrzeczeń i łez?

Oszczędzanie jest smutne. W żadnym wypadku jednak nie powinnyśmy popadać w inną skrajność – rozrzutność. Mądre zarządzanie to klucz. W tej całej historii chodzi nie o cięcia, tylko o generowanie nowych przychodów i pozyskanie środków na inwestycje, które prowadzą do pomnażania majątku.

Pani Grażyna z Grójca, lat 50. Skąd ma wiedzieć, z czym się je to inwestowanie?

Nie mylić z oszczędzaniem i odkładaniem pieniędzy na lokatę. Banki nie dopłacają, nie zarabiamy więc pieniędzy, lokując tam oszczędności. Ten aspekt szczegółowo omawiam w swojej książce, jak i to, skąd brać pomysły na własny biznes, jaki rodzaj działalności gospodarczej najlepiej założyć oraz przestrzegam przed najczęściej popełnianymi błędami i opowiadam, gdzie szukać finansowania na realizację naszych pomysłów.

Jakie jeszcze rubryki – prócz wydatków na życie czy inwestycje – powinny się znaleźć w budżecie każdej kobiety?


Należy uwzględnić wydatki na przyjemności, bo większość naszych przychodów przeznaczamy na podstawowe potrzeby życiowe, a trzeba mieć też w życiu przyjemności, nie same wyrzeczenia. Uczę, aby planować fundusze w ramach budżetu właśnie na przyjemności i zabawę. A najlepsze jest to, że jest wręcz obowiązek wydania wszystkich tam zgromadzonych pieniędzy w danym miesiącu. Kolejny ważny punkt to „dobro”. Należy na niego przeznaczyć 5 proc. swoich dochodów.

Dlaczego?

Bo jestem przekonana, że dobro wraca. I mam tu na myśli zarówno ten materialny, jak i niematerialny wymiar. Jesteśmy ludźmi, a nie maszynami, dlatego wartości, których nie da się obliczyć za pomocą kalkulatora, są dla nas arcyważne.

Droga na szczyt będzie trudna i długa?


Nie jest tak, że nagrodę dostaniemy dopiero w sędziwym wieku. Nic bardziej mylnego. Im bardziej zmotywowane jesteśmy, tym większe szanse na szybki sukces. Natomiast z trudnościami trzeba się liczyć. Właśnie jestem w trakcie windykacji, bo jeden z moich klientów nie uregulował rachunku z moją firmą. To są tylko przejściowe problemy. Są po to, by je rozwiązywać. Pocieszające jest to, że z biznesem jest jak ze sportem. Bolą mięśnie, leją się z nas siódme poty, ale dzięki wysiłkowi nasza kondycja się poprawia i z każdym kolejnym zajęciem jest coraz lżej.

Tylko jak tu być zmotywowaną, gdy odnosimy porażkę albo boimy narazić się na śmieszność?

Nie ma porażek, są tylko doświadczenia. Gdybym ciągle się bała albo wstydziła się za to, że nie jestem doskonała, to bym nie zrobiła ani kroku do przodu. My, kobiety jesteśmy solą tej ziemi, to od nas, wychowujących dzieci, zależy, jacy ludzie będą mieszkali na ziemi. Jesteśmy też świetnie zorganizowane, dlatego nic prócz nas samych nie stoi na przeszkodzie, by wieść dostatnie i szczęśliwe życie.

Więcej o tym, jak przejąc kontrolę nad własnym portfelem, przeczytasz w książce „Kobiety i pieniądze. 7 kroków edukacji finansowej dla kobiet”, której premiera odbędzie się w niedzielę 6 grudnia.
Dominika Nawrocka – przedsiębiorczyni i inwestorka, zawodowo związania z branżą marketingową, mama dwójki dzieci. Prowadzi firmy specjalizujące się w marketingu i wsparciu sprzedaży w internecie. Pomaga wprowadzać nowe marki na rynek i wspiera inne przedsiębiorcze kobiety. Więcej o Dominice przeczytasz na jej blogu.