Lech Bator tworzy sztukę dla każdego. "Nie trzeba jej rozumieć, liczy się estetyka"

Poroże na wpisało się w twórczość Lecha Batora.
Poroże na wpisało się w twórczość Lecha Batora. Fot. Lech Bogumił/Facebook.com/ Lech Bator
– Kiedy zobaczyłem jego obrazy, po raz pierwszy w życiu pomyślałem, że mógłbym zapłacić za sztukę – powiedział znajomy, który trafił na te prace. Faktycznie, obok tych obrazów nie można przejść obojętnie. Lech Bator, bo o nim mowa, w nieco absurdalny sposób łączy nowoczesność z tradycją. Rozmawiamy z nim o inspiracjach artystycznych i tym, dlaczego w sztuce nie warto doszukiwać się drugiego dna tam, gdzie go nie ma.


Dlaczego jeleń? Ba nie tylko zwykły jeleń, ale jeleń ludzkim ciele i "codziennych" sytuacjach.

Motyw jelenia pojawił się niejako z przypadku, ot tak, jako kolejna kompozycja. Jelenie to sympatyczne stworzenia, więc ten motyw przypadł mi do gustu. Oczywiście z czasem zaczęły się pojawiać pytania o genezę tego akurat zwierzęcia w moich pracach. Motyw jelenia w malarstwie do tej pory kojarzony był z kiczem, z jeleniem na rykowisku, z tanimi landszaftami, które wisiały w towarzystwie meblościanki. Stwierdziłem, że mogę pobawić się tą konwencją, pokazać jelenia w odnowionym wydaniu. Tytuł pierwszej serii obrazów to „ Jeleń nie na rykowisku”.
Biorąc pod uwagę połączenie motywu ludzkiego i zwierzęcego, można by pokusić się o baśniowość czy nawiązania do mitologii, ale pojawienie się graficznych elementów, współczesnych przedmiotów sprawia, że cała kompozycja często staje się abstrakcyjna czy wręcz surrealistyczna. W różnych etapach, pozostając wierny motywowi jeleni malowałem jednak różne serie prac: małe jelonki i sarny, jelenie sportowcy, sytuacje damsko-męskie, jelenie i samochody, eleganckie jelenie, jelenie w klimacie starej fotografii portretowej.

Kim są bohaterowie pana dzieł? Czy maluje pan określone typy człowieka, czy to taki everyman?

Wykorzystanie głowy jelenia sprawia, że każdy może w takim jelonku czy sarnie zobaczyć kogo chce. Staram się nie narzucać konkretnej wersji: kto to jest. Każdy może zinterpretować to co dzieje się na obrazie po swojemu. Natomiast jako, że jestem samcem, na dodatek estetą, mam słabość do eleganckich ubrań: marynarek, poszetek, krawatów. Panowie jelenie są najczęściej elegancko, czasem nawet ekstrawagancko ubrani, sarny natomiast mają atrakcyjne ciała, które często zalotnie odsłaniają. Jak chyba większość facetów lubię też samochody - więc jelenie czasem zamiast w towarzystwie płci przeciwnej pojawiają się oparte o swoje auta.
Skąd wzięły się jelenie i sarny? Są głównym motywem pojawiającym się w pańskich pracach.

Kiedyś w jakimś starym albumie trafiłem na zdjęcie głowy jelenia, zeskanowałem je i wrzuciłem do akurat tworzonego collagu. Efekt okazał się na tyle ciekawy, że szybko stworzyłem całą serię grafik z głowami jeleni. Początkowo były to same głowy, z czasem zacząłem łączyć z nimi ludzkie ciała. Umieszczać moich bohaterów w bardziej realistycznych sceneriach. I tak niestrudzenie eksploatuję ten motyw od kilku lat. Stało się to moim znakiem firmowym. Nie był to z mojej strony zaplanowany zabieg marketingowy, ale wyszło całkiem nieźle.


Mimo że nie mam patentu na jelenie, to wizerunek tego zwierza i moje nazwisko są dość mocno kojarzone, a jeżeli ktoś zna moje prace, to każdego zobaczonego jelenia podświadomie kojarzy z Batorem. Często znajomi czy klienci podsyłają mi zdjęcia z motywem jeleni, na które natknęli się gdzieś na swojej drodze – czasem są to żywe, spotkane gdzieś w lesie jelonki, czasem grafiki, motywy na pościeli, plakaty, okładki książek, figurki czy wystroje witryn sklepowych z jakimś rogatym akcentem. To całkiem miłe.
W pana notce biograficznej znajduje się informacja, że po fascynacji formami graficznymi zainteresował się pan płótnem. Dlaczego? Wyobrażam sobie, że doszedł pan do wniosku, że to bardziej szlachetna i wdzięczna forma artystyczna. Czy można stwierdzić, że płótno jest lepsze od grafiki?

Nie obudziłem się pewnego dnia rano i nie stwierdziłem, że od dziś przerzucam się na malowanie. Zresztą, nadal nie przestałem zajmować się grafiką. Zanim namaluję obraz, zawsze najpierw robię projekt w formie grafiki/collage'u cyfrowego. Łączę ze sobą różne mniej lub bardziej zmodyfikowane elementy, aranżuje nowe sytuacje, umieszczam w nich swoich bohaterów. Na ekranie komputera dużo łatwiej jest manipulować elementami doprowadzając kompozycję do etapu na którym uznaje, że projekt jest gotowy.
Moje pierwsze prace były bardziej graficzne, bardziej abstrakcyjne - głównie proste kształty, cyfry, plamy koloru. Taką grafikę łatwiej było przenieść na płótno. Mimo braku dużego doświadczenia z farbami, zacząłem malować. Wydrukowana grafika, mimo że nie jest to przysłowiowy plakat z IKEA – tylko limitowana edycja, jest taka sama. Każda odbitka jest podpisana i w zasadzie poza innym numerem i koślawością podpisu niczym się nie różni od reszty. Zawsze ceniłem unikatowość, namalowana praca to coś niepowtarzalnego – nawet jeśli chciałbym powtórzyć ten sam motyw ponownie – to będzie inny obraz, inaczej nałożona farba.

Z czasem próbowałem malować coraz bardziej skomplikowane motywy, coraz bardziej realistycznie odwzorowywać postacie. Uczyłem się, jak zachowuje się farba, uzyskiwałem różne efekty. Sam proces malowania zaczął sprawiać mi dużo frajdy. Trzymając się projektu – mogę skupić się na zabawie z samą strukturą farby, nakładać jej wiele warstw, pozwalać jej swobodnie spływać po płótnie, w pewien sposób kontrolować przypadkowość, zamalowywać, domalowywać.

Czyli wbrew pozorom to malowanie daje więcej możliwości?

Ostatnio zacząłem malować także na drewnie, dokręcać czy doklejać różne trójwymiarowe elementy, ubierać pracę w ramy - czasami kilkudziesięcioletnie, wyszukane gdzieś na Allegro czy ofiarowane przez znajomych. Malowanie daje dużo więcej możliwości, to proces który pozwala uczestniczyć w powstawaniu dzieła od pustego płótna do skończonej pracy – coś znacznie ciekawszego i emocjonującego niż odebranie gotowej grafiki z drukarni.
A z czysto pragmatycznej strony – malowanie to nie tyle moje hobby, co źródło dochodu. Nie umiałbym wstawać rano i chodzić do pracy. Robię to, co kocham i w czym czuję się dobrze – od kilku lat udaje mi się funkcjonować sprzedając swoje obrazy. A za obraz, jako za twór niepowtarzalny, moi klienci są w stanie zapłacić dużo więcej niż za wydruk.

Wydaje się, że jest pan artystą już ukształtowanym i odnalazł pan swój styl. Jak pan go odkrywał i kiedy poczuł pan, to jest to, co chce pan malować? Jakby pan go określił?

Szczerze powiedziawszy nie za bardzo to analizowałem. Ale chyba tak jak w każdej dziedzinie – to, gdzie jesteśmy teraz, jest wypadkową tego, co działo się wcześniej. Mój tata był grafikiem, mama – mimo że z wykształcenia polonistka, od zawsze interesowała się designem, aranżacją wnętrz. W domu miałem pełno albumów, gazet wnętrzarskich. Odkąd pamiętam, coś rysowałem, projektowałem.
W szkole nauczyciele zwracali mi uwagę, że zamiast notować, rysuję. Faktycznie ostatnie kilkanaście stron moich zeszytów pokrywały szkice. Uwielbiałem czytać komiksy, tworzyłem dekoracje do szkolnych przedstawień, robiłem gazetki i makiety. Później przez chwile fascynowałem się graffiti, z czasem usiadłem do komputera. Wiele moich później namalowanych projektów powstało w Paintcie. Zawsze lubiłem łączyć elementy, tworzyć coś nowego, robić collage, bawić się kompozycją, skalą, kadrem.

Mam masę pomysłów i sporo już gotowych, czekających na namalowanie projektów. Może nie do końca życia, ale jeszcze przez jakiś czas na pewno nie planuję zmieniać tematyki. Collage malowane na płótnie to chyba najbardziej precyzyjne i jednocześnie ogólne określenie tego, co robię. Mój styl to miszmasz łamany na collage.
Czym inspiruje się pan w swojej sztuce?

Od dziecka miałem dostęp do sztuki, przeglądałem albumy, katalogi, tata zabierał mnie na wystawy. Pewnie dlatego tak bardzo zwracam uwagę na wizualną stronę otaczającego mnie świata, patrzę na niego w pewien sposób. Potrafię dostrzec coś ciekawego w etykiecie słoika z dżemem, wzoru na dywanie, obdrapanej ścianie czy kształcie kałuży. Może to nieco skrajne przykłady, ale generalnie inspiracje znajduję wszędzie. Codziennie przeglądam internet, blogi o sztuce, designie, architekturze.
To wszystko co widzę jakoś we mnie zostaje, filtruje to przez swoją wrażliwość i nastrój i tworząc nowe prace czerpię z tego. Tworząc grafiki pracuję przy komputerze, ale bardzo cenię tradycyjną drukowaną formę. Uwielbiam przedmioty z historią, patyną. Podoba mi się stylistyka vintage, stare afisze filmowe, pastelowe kolory, motyw pin up girls. Z tamtego okresu pochodzi też wiele mebli uznanych dziś za klasyki designu.

Kiedy przeglądam pana prace widzę komiks, lata 50., 60. i oczywiście pochwałę kiczu.
Czy kicz w sztuce jest zły? Co jest kiczem, a co nie jest, chociaż może być powszechnie uznawane jako kiczowate?


Kicz to pojęcie bardzo względne. Weźmy przysłowiowego jelenia na rykowisku. Ktoś kto „nie ma gustu” powiesi go „na serio”, bo „jest ładny”. Z kolei wzięty architekt wnętrz zaproponuje ten obraz ( albo jego współczesną wariację ) swoim klientom jako „fajny” „świadomy kicz” i równie „fajnie” wyceni. Nie jestem fanem dorabiania teorii i decydowania co jest kiczem, a co nie. To nie ma dla mnie znaczenia.

Skupiam się na projektowaniu i malowaniu, a nie na teoretycznej czy wręcz filozoficznej stronie. Takie spory pozostawił bym krytykom sztuki, marszandom, historykom. Uważam, że odbiór tego, co widzimy jest tak indywidualny, że nie ma znaczenia jak coś zostało sklasyfikowane przez kogoś, kto zajmuje się klasyfikowaniem tego, co my oglądamy. Obraz może nam się podobać, albo nie, może robić wrażenie, budzić niepokój, albo pozostawiać nas niewzruszonych.
Jakie inne symbole pojawiają się w pańskich dziełach?

Nie jestem fanem narzucania interpretacji, nie chce sugerować, co mogą symbolizować elementy pojawiające się w moich pracach. Kompozycje tworze intuicyjnie, podświadomie, zwracam uwagę na wizualną stronę. Czasem po prostu jakiś element mi pasuje. I to, że na pracy pojawia się cyfra 1 czy X nie musi oznaczać jednej konkretnej rzeczy. Tak samo fioletowy krawat jelenia nie miał być żadnym manifestem.

Lubię to, co robię, sprawia mi to dużo przyjemności, lubię brak ograniczeń i to, że zaczynając tworzyć mogę pójść w każdą stronę, zaaranżować dosłownie każdą scenerię, sytuację, kompozycję. Cenię wolność, a przy tym co robię, nie muszę poddawać się ograniczeniom czy regułom – wstawać rano i dojeżdżać do biura, nie mam nad sobą szefa ani ustalonych godzin pracy. Mogę malować w nocy słuchając muzyki i pijąc wino, a potem odsypiać cały dzień.

Mogę przyjąć klientów w zawalonej rzeczami pracowni i zrzucić na artystyczny nieład. A jak zdarzy mi się zaspać czy zapomnieć o umówionym spotkaniu, to jakoś mi to wybaczają -„no tak, artysta”.
A do tego wszystkiego muszę przyznać, że moje prace cieszą się sporym zainteresowaniem, coraz częściej biorę udział w różnego rodzaju wydarzeniach artystycznych, moje obrazy trafiają zagranice, udzielam wywiadów i wcale nie głoduję.

Przyjmuje pan zamówienia na dzieła. Jakie prośby i pomysły mają ludzie? Pamięta pan jakąś najdziwniejszą?

Najczęściej takie prace wykonuje na zamówienie związane z jakąś okazją – ślubem, rocznicą, urodzinami. Często ktoś z rodziny czy znajomi mają pomysł, żeby sprawić swojemu bliskiemu nietypowy prezent – wtedy są to sugestie co dana osoba lubi, jakieś charakterystyczne atrybuty, ulubiony kolor, sceneria, pora roku itp. I w takim przypadku faktycznie możemy mówić o symbolice, bo w obrazie może też być przemycona data ślubu czy narodzin dziecka.
Natomiast nie jest tak, że klienci narzucają mi swoją dokładną wizję – projekt to moja wariacja na temat tego, co usłyszałem o bohaterach, którzy mają wystąpić na obrazie. Kilka lat temu namalowałem na zamówienie obraz, w którym pomieszany był klimat disco rodem z lat 80., motyw stworzenia Adama z Kaplicy Sykstyńskiej, duży Fiat, lunapark i walizka wypełniona bułkami, a między tym wszystkim łania w czerwonych szpilkach i jeleń w Nikach i Ray Banach. Obraz był całkiem spory (150x100cm) i oprawiony w złotą ramę. I mimo wcześniejszego zarzekania się, że nie lubię oceniania i szufladkowania, to ta praca z pewnością ocierała się o kicz.

Jak wygląda pana proces twórczy?

Co ciekawe, mimo że myślę, że jestem coraz bardziej sprawny pod kątem technicznym - namalowanie obrazu zajmuje mi znacznie więcej niż kilka lat temu. Kiedyś malowałem bardziej automatycznie, nie rozsmakowywałem się w procesie aż tak. Potrafiłem zacząć malować wieczorem, malować całą noc, chwilę odespać i na kolejnym posiedzeniu już skończyć obraz.

Obecnie zazwyczaj jest to kilka, kilkanaście posiedzeń, muszę mieć ochotę i natchnienie, nie potrafię zmusić się żeby malować nawet zamówiony obraz, jeśli w danym momencie nie czuję tego. Ale nie jest też tak, że nad jednym obrazem spędzam tygodnie czy miesiące. Najczęściej jest to kilka dni, powiedzmmy tydzień. Zdarza mi się też wracać do namalowanych już obrazów i po latach nieco je tuningować.
Ile trzeba zapłacić za pana obrazy, grafiki i druki?

Drukowane prace w formacie 100x70 cm w edycji 10 sztuk na papierze sprzedaję w cenie 600 złotych i 900 złotych za drukowane na płótnie. Obrazy - różnie, w zależności od rozmiaru i stopnia napracowania się, ale można przyjąć, że najczęściej jest to przedział 3,5 -5 tysiąca.

Jakiś czas temu usunąłem obrazy z internetowych galerii czy showoomów, także malowane prace można kupić tylko bezpośrednio ode mnie. Wcześniej wspominałem o unikatowości, nie chciałem, żeby dostępność była jak z supermarketu. Natomiast wydruki można znaleźć na wielu platformach w internecie. Sprzedaję więcej tanich grafik i mniej obrazów, ale za konkretniejsze pieniądze.

Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...

JEST WEEKEND!

POPKULTURA 0 0Wielka niespodzianka w ostatnim sezonie "Wikingów". Pojawi się w nim mocny, polski akcent
DAD:HERO 0 0Znamy świąteczne premiery Netflixa. Da się przeżyć święta bez „Kevina samego w domu” – oto 5 opcji
Diverse 0 0Na pewno masz w szafie ubrania z ich logo. Teraz będą w nich jeździć uczestnicy Rajdu Dakar
0 0Polacy nie potrafią wycenić ani własnej, ani cudzej pracy. Wyżej od człowieka cenimy maszynę
POLECAMY 0 0Uczeń jak mistrz. Oto poseł, który zastąpił Piotrowicza i kroczy jego ścieżką
0 0Takiej inwestycji Zakopane nie widziało. Ksiądz buduje "galerię handlową" przy kościele i Krupówkach
Volvo 0 0Ten samochód to fenomen. Wielu próbowało zrobić podobny, udało się tylko jednej marce
Cinergia 0 0Reżyser “Pokoju” i aktor z “Matriksa” przyjadą do Łodzi. Rusza festiwal Cinergia
dad:HERO 0 0Pierwsze 5 lat jest najważniejsze dla relacji ojca z synem. Przekonałem się o tym na własnej skórze
0 0"Zachwycisz się". Igor Herbut nagrał poruszającą piosenkę dla synka. Zdradził też jego imię
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Michalkiewicz ujawnił dane ofiary księdza. Pytamy, czy mu nie wstyd
0 0Prestiżowa nagroda dla Sekielskiego. Ale widać, że odniósł też inny sukces