Święta da się przeżyć, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Święta da się przeżyć, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Fot. Shutterstock

Pocztówka świąteczna: uśmiechnięta wielopokoleniowa rodzina i pełno prezentów pod kształtnym, anielsko oświetlonym drzewkiem. Rzeczywistość: gromada wkurzonych ludzi, którzy najchętniej daliby sobie zamiast opłatka, karpia z jak największą ilością ości. Znasz to?

REKLAMA
Świąteczne bajki, bożonarodzeniowe filmy, ogólnie panujące i przejmujące radość, miłość, wybaczenie. Czyż święta to nie najpiękniejszy czas w roku? Otóż nie. Przez 365 dni jakimś cudem udaje nam się unikać rodzinnych obiadków, marudzących dzieci kuzynki, wiecznie pytających o przyszłe-ewentualne prawnuki dziadków i stale niezadowolonej z naszego beznadziejnego jestestwa teściowej. A tu proszę! – Tylko bądźcie punktualnie, pamiętasz jak w tamtym roku musieliśmy wszyscy na was czekać… – słyszysz w słuchawce wwiercający się niczym najnowszy i za razem najgłośniejszy model wiertarki udarowej głosik. – Tak, tak mamusiu, będziemy na pewno – odpowiadasz najsłodszym tonem, jaki jest w twym rezerwuarze środków mówionych. Przy okazji zaciskasz pięści, ziemia się zapada, pioruny uderzają, a kolędy grają w wersji heavy metalowej.
Czy tak musi być co roku?! Ile można?! Naprawdę większość z nas nie wierzy już w świętego Mikołaja – nie musimy udawać, że jesteśmy grzeczni, żeby dostać prezent. Zastanawiam się czasami, co by się stało gdyby jednak w ten piękny, grudniowy wieczór stanąć przed wszystkimi i krzyknąć: „Pobudka, koniec tej farsy! Ciebie nie mogę znieść, bo jesteś największym pozerem, jakiego znam. I do tego zdradzasz moją siostrę, a ona głupia ci wybacza. Droga ciociu, z premedytacją się z tobą nie widuję, bo wiecznie krytykujesz moją niechęć do posiadania dzieci. Kochana mamusiu, jak jeszcze raz zadzwonisz do mnie z pretensją, że nie ugotowałam twojemu synkowi wystarczająco dobrego obiadu, to nie ręczę za siebie. A ty drogi kuzynie, oddaj mi w końcu kasę, którą pożyczyłam ci przy okazji twojego kolejnego genialnego biznesu. I tak wiedziałam, że nie wypali!”. Uff… lżej? Nie sądzę.
Być może na chwilę świat okaże się innym, ale nie bez powodu trzęsienia ziemi zalicza się do kategorii „katastrofy naturalne”. Skoro mamy w sobie taki wulkan emocji, co by już pozostać przy przyrodniczych metaforach, to może warto pomyśleć o gaszeniu pożaru w nieco mniej alarmowym okresie? Na pewno znajdzie się choć jeden powód, a być może jeszcze lepiej – choć jedna osoba – której nie chcielibyśmy takiej katastrofy zgotować? Być może ukochana babcia liczy na naszą obecność. I nawet jeśli w opinii teściowej nasze jestestwo jest beznadziejne, to ktoś chciałby mimo wszystko w nim uczestniczyć. I chciałby byśmy my uczestniczyli w jego. Czy chociażby z tego drobniutkiego powodu nie byłoby warto przecierpieć z uśmiechem na ustach te kilka pierogów z kapustą?
Sam fakt świąt jest prawdopodobnie odrobinę zbyt lichy, aby nagle stwierdzić: „Hej, właśnie wcisnęłam w swojej głowie przycisk delete i kocham wszystkich, którzy zaszli mi za skórę”. Na szczęście nikt nas do tego nie zmusza i zaraz po wyjściu z wigilii możemy dalej pławić się w swoim hejcie. Warto, czy nie warto to zupełnie inna kwestia, ale pamiętajmy – nie my jedni czujemy się w tym czasie, jak siedzący na tykającej bombie żołnierze na froncie. Ale też nie my jedni, dla większego dobra, powinniśmy czasami zatrzymać język za zębami i spróbować odnaleźć się na kolorowej świątecznej pocztówce. Nie da się? To może tego karpia z największą ilością ości, którego chcieliśmy dać innym, powinniśmy położyć na swoim na talerzu.

Napisz do autorki: katarzyna.milkowska@natemat.pl