
W polskich szkołach są równi i równiejsi. Dzieci już w podstawówce, a potem w gimnazjum poddawane są osądom rówieśników, które czasami potrafią bardzo głęboko zranić. Zwłaszcza kiedy "nie masz" lub "cię nie stać". Dzieci, jak też ich rodzice, robią wszystko, żeby nie wyjść na "biednego".
– No, biedni mają gorzej – mówi Piotrek, 11-latek z warszawskiej podstawówki. – Mamy takiego kolegę w klasie, który do szkoły chodzi cały czas w tym samym ubraniu. I się z niego naśmiewają, bo nie ma fajnego dresu ani dobrych butów do gry w piłkę. Ostatnio zaczęli go przezywać śmierdziuchem, chociaż moim zdaniem on w ogóle nie śmierdzi – wyjaśnia uczeń. A za bezkarnym naśmiewaniem się nierzadko idą gorsze inwektywy i zbiorowe męczenie.
Jestem zniesmaczona. Mały wrócił ze szkoły zapłakany. Kolega go wyzwał od szmaciarzy, bo nie stać go na markowe ciuchy, że nosi szmaty i ma beznadziejną kurtkę, a do tego musi "donaszać"po starszym bracie. Fakt, faktem nie kupuję dzieciom markowych ciuchów, bo zwyczajnie mnie nie stać. Staram się kupować w miarę na czasie – na wyprzedażach, albo w outletach. Czasami też jakaś koleżanka podrzuci coś po swoich dzieciach. Nie oszczędzam jedynie na butach. Chłopiec, który się z niego śmiał, zawsze jest trendy – ma to,co najnowsze w kolekcjach. Fajnie, niech dzieci noszą ciuchy jakie chcą, ale to rola rodziców, żeby wytłumaczyć, że nie można się wyśmiewać z innych dzieci. Dzisiaj mały nie chciał w ogóle ubrać się i iść do szkoły.
Moja córka jest na etapie "metek" bo koleżanki w klasie mają. Nie chcę aby czuła się gorsza i staram się jej to wytłumaczyć, że metki nie są ważne. Niestety, dzieci potrafią być bezwzględne i moje tłumaczenie jest na nic. Niektóre dziewczynki potrafią nieraz zajrzeć za kołnierz żeby sprawdzić, z jakiego sklepu ma się bluzkę. Współczuje mojemu dziecku że musi przebywać z takimi "potworkami".
Z takiego założenia wychodzi wielu rodziców, którzy wyposażają swoje dzieci tak, aby nie odbiegały od reszty klasy. Nikt nie chce, żeby jego dziecko było wyzywane od śmierdziuchów, biedaków i szmaciarzy. Młodzi uczniowie wracają do domu i wywierają nacisk na rodzicach. O tyle skutecznie, że żaden rodzic nie chce stygmatyzacji swojego dziecka przez "kiepski" ubiór.
Myślę, że problem można rozwiązać bardzo prosto – mundurki. Mieszkam w Irlandii i tu nikt nie słyszał o rewii mody w szkołach jaka panuje w Polsce. Mój starszy syn właśnie zdał maturę i do ostatnich dni chodził w uniformie. Biała koszula, czarne spodnie, krawat, pulower i obowiązkowo czarne buty. Na początku się buntował i wyśmiewał, ale z biegiem czasu mundur do szkoły stał się czymś tak normalnym, jak mycie zębów. Szkoła to nie miejsce na porównywanie naszywek, a co za tym idzie zasobności rodziców.
Napisz do autorki: kalina.chojnacka@natemat.pl
