Szkoła rządzi się swoimi prawami, zwłaszcza kiedy opiekunowie nie widzą.
Szkoła rządzi się swoimi prawami, zwłaszcza kiedy opiekunowie nie widzą. Fot. Agnieszka Sadowska / AG

W polskich szkołach są równi i równiejsi. Dzieci już w podstawówce, a potem w gimnazjum poddawane są osądom rówieśników, które czasami potrafią bardzo głęboko zranić. Zwłaszcza kiedy "nie masz" lub "cię nie stać". Dzieci, jak też ich rodzice, robią wszystko, żeby nie wyjść na "biednego".

REKLAMA
Ostatnio przez media przetoczyła się skandaliczna sprawa podstawówki w Gryficach, gdzie dzieci, których codzienne posiłki opłaca Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, obiady jadły na plastikowej, jednorazowej zastawie. Z kolei ci, którzy opłacali żywienie z własnych funduszów – na ceramicznej. Przez to te dzieci, których rodziców nie było stać na zafundowanie obiadu szkolnego, czuły się gorsze od reszty.
Mr Lumpeks
– No, biedni mają gorzej – mówi Piotrek, 11-latek z warszawskiej podstawówki. – Mamy takiego kolegę w klasie, który do szkoły chodzi cały czas w tym samym ubraniu. I się z niego naśmiewają, bo nie ma fajnego dresu ani dobrych butów do gry w piłkę. Ostatnio zaczęli go przezywać śmierdziuchem, chociaż moim zdaniem on w ogóle nie śmierdzi – wyjaśnia uczeń. A za bezkarnym naśmiewaniem się nierzadko idą gorsze inwektywy i zbiorowe męczenie.
Mama
wypowiedź z forum

Jestem zniesmaczona. Mały wrócił ze szkoły zapłakany. Kolega go wyzwał od szmaciarzy, bo nie stać go na markowe ciuchy, że nosi szmaty i ma beznadziejną kurtkę, a do tego musi "donaszać"po starszym bracie. Fakt, faktem nie kupuję dzieciom markowych ciuchów, bo zwyczajnie mnie nie stać. Staram się kupować w miarę na czasie – na wyprzedażach, albo w outletach. Czasami też jakaś koleżanka podrzuci coś po swoich dzieciach. Nie oszczędzam jedynie na butach. Chłopiec, który się z niego śmiał, zawsze jest trendy – ma to,co najnowsze w kolekcjach. Fajnie, niech dzieci noszą ciuchy jakie chcą, ale to rola rodziców, żeby wytłumaczyć, że nie można się wyśmiewać z innych dzieci. Dzisiaj mały nie chciał w ogóle ubrać się i iść do szkoły.

Sam Piotrek, tak jak pozostali chłopcy z klasy, na WF nosi tylko markowe buty, dres i gadżety piłkarskie. I mają je prawie wszyscy. Jednak to "prawie" oznacza wykluczenie "niektórych". – Jasiek nie ma taty i się wydało, że jego mama kupuje ciuchy w lumpeksach. Widział go mój kolega. No i poszła fama, że jego stara kupuje stare rzeczy i teraz jest Mister Lumpeksem – dodaje Piotrek.
Diamo
wypowiedź z forum

Moja córka jest na etapie "metek" bo koleżanki w klasie mają. Nie chcę aby czuła się gorsza i staram się jej to wytłumaczyć, że metki nie są ważne. Niestety, dzieci potrafią być bezwzględne i moje tłumaczenie jest na nic. Niektóre dziewczynki potrafią nieraz zajrzeć za kołnierz żeby sprawdzić, z jakiego sklepu ma się bluzkę. Współczuje mojemu dziecku że musi przebywać z takimi "potworkami".

Karolina z Warszawy, matka trójki dzieci, wie jak bezwzględne potrafią być dzieci dla siebie nawzajem. W związku z męczeniem przez klasę najpierw jej syna, a także innych dzieci, których rodzice nie mogli sprostać niepisanym wymaganiom szkoły, zaczęła współpracować ze szkolnym pedagogiem i nauczycielami nad uświadomieniem dzieciom, że to nie "szata zdobi człowieka".
Jednak taka praca jest bardzo trudna, ponieważ wszechobecny konsumpcjonizm bardzo mocno wciąga dzieci w walkę o "fejm". – Młodzież jest owładnięta konsumpcjonizmem i wchłania bezrefleksyjnie każdy kolejny trend, także po to, by dorównać rówieśnikom, ale też dlatego, że nie ma narzędzi, by przeciwstawić się propagandzie globalnych koncernów. Stan posiadania w prostej linii przekłada się na fejm, bo tak dzisiaj nazywamy "lans" – mówi Marcin Teodorczyk, bloger i współpracownik miesięcznika „Problemy Opiekuńczo-Wychowawcze”.
logo
Na wf wygodne i sportowe obuwie? Niepisanym wymogiem jest też dobra marka. Fot. Lorimer Images/Shutterstock
Rodzice prędzej się zadłużą niż pozwolą dziecku cierpieć
Z takiego założenia wychodzi wielu rodziców, którzy wyposażają swoje dzieci tak, aby nie odbiegały od reszty klasy. Nikt nie chce, żeby jego dziecko było wyzywane od śmierdziuchów, biedaków i szmaciarzy. Młodzi uczniowie wracają do domu i wywierają nacisk na rodzicach. O tyle skutecznie, że żaden rodzic nie chce stygmatyzacji swojego dziecka przez "kiepski" ubiór.
– Uczniowie, których rodzice jak ja to mówię mieli mało czasu, a dużo pieniędzy, zapewniali tym dzieciom wszystko. W trzeciej klasie podstawówki zaczął się wyścig o to kto ma lepszy telefon i najnowszą Fifę. Ja z zasady nie chce dziecka wyposażać w takie rzeczy, chcę wychowywać je w innym duchu. Ale bez współpracy z nauczycielami i dobrego programu, który np. wprowadza mundurki i zakazuje przynosić gadżetów do szkoły, to się nie uda – mówi Karolina. I dodaje, jak ciężkie staje się to obciążenie dla rodziców, którzy chcą dawać, ale nie mają za co.
Jak twierdzi w rozmowie z naTemat Marcin Teodorczyk, autor książki „Zakaz wstępu! O młodzieżowej (pop) kulturze i relacjach społecznych” rodzice sami biorą udział w wyścigu o bycie "lepszym". – Pokolenie 30-40-latków jest bardzo słabym ogniwem jeśli chodzi o wychowanie i przekazywanie wartości – to również od nich młodzież nabiera złych nawyków, a do tego dorośli są zbyt zapracowani i nie mają czasu, siły, chęci i zwyczajnie polubili galerie handlowe, gdzie mogą wydawać ciężko zarobione pieniądze, często poprzez zadłużanie się – tłumaczy.
Ewa
wypowiedź z forum

Myślę, że problem można rozwiązać bardzo prosto – mundurki. Mieszkam w Irlandii i tu nikt nie słyszał o rewii mody w szkołach jaka panuje w Polsce. Mój starszy syn właśnie zdał maturę i do ostatnich dni chodził w uniformie. Biała koszula, czarne spodnie, krawat, pulower i obowiązkowo czarne buty. Na początku się buntował i wyśmiewał, ale z biegiem czasu mundur do szkoły stał się czymś tak normalnym, jak mycie zębów. Szkoła to nie miejsce na porównywanie naszywek, a co za tym idzie zasobności rodziców.

– Adaś to ma nowy telefon, więc ja też chcę, Ania lepszy piórnik i tak dalej. Tyle że dziecko, które nie ma ani piórnika, ani nawet telewizora, zaczyna wierzyć, że jest gorsze bo nie ma Playstation. I wypada z gry. To jest wyścig. A kto nie ma to przegrywa –mówi Karolina. Jej zdaniem szkoła zamieniła się w jakiś pokaz "kto jest lepszy".
Jak pokazały raporty ostatnie raporty Towarzystwa Edukacji Antydyskryminacyjnej („Dyskryminacja w szkole – obecność nieusprawiedliwiona”) i Związku Nauczycielstwa Polskiego („Czytanki o edukacji – dyskryminacja”), to właśnie bieda ucznia jest największym czynnikiem generującym stygmatyzację i dyskryminację (obok orientacji homoseksualnej). Mechanizm stygmatyzacji działa w dwóch kierunkach – gdy ktoś na podstawie jakiejś cechy czy przesłanki mówi, że jesteś gorszy, to zaczynasz w to wierzyć i dopasowujesz swoje zachowanie do oczekiwań społecznych, więc skoro jesteś gorszy, to ci się np. mniej należy albo nie zasługujesz na więcej (np. na lepszą ocenę). Bieda wynika z różnych czynników, zwłaszcza środowiskowych, i różnie się objawia, więc jest to bardzo trudna kwestia, dla dziecka czy nastolatka.
– Dziecko chodzi do szkoły po to, żeby się uczyć. I właściwie socjalizować, a nie po to żeby być wytykane palcami, bo tata mu nie kupił nowych korków. Szkoda, że tak mało uwagi poświęca się rozwiązaniu tego problemu w szkołach – dodaje pani Karolina. Jak zatem należy reagować, aby problem w polskich szkołach zniknął?
Zdaniem Teodorczyka poprzez pogadanki i warsztaty antydyskryminacyjne. Należy też pracować nad zmianą postaw uczniów poprzez uwrażliwianie ich na problem wykluczenia społecznego powodowanego biedą. – Mamy całe grono świetnych trenerów antydyskryminacyjnych, którzy mają odpowiednie narzędzia do pracy z uczniami. Jednak trzeba to robić mądrze, tak samo jak mądrze trzeba pomagać osobom biednym, by ich nie upokarzać – dodaje specjalista.

Napisz do autorki: kalina.chojnacka@natemat.pl