
Przełom lat 80-tych i 90-tych to w Polsce był wyjątkowo trudny okres. Jednym ze skutków ubocznych bolesnych przemian był dramatyczne wysoki odsetek maleńkich Polaków trafiających do sierocińców, czy zmuszonych do życia w rozbitej rodzinie. Dziś tamta trauma jest w pokoleniu 20-30-latków, którzy byli dziećmi niechcianymi i 40-60-latków, którzy przed laty dzieci porzucili. Wielu z nich po latach rozłąki łączy jedno wspólne marzenie. Tak dzieci, jak i rodzice chcą spotkać się i porozmawiać o tym "dlaczego". To może okazać się jednak bardziej bolesne niż wszyscy sądzą...
Spełniając marzenia Okres świąteczno-noworoczny często bywa katalizatorem dla decyzji o tym, by wreszcie odważyć się na rozpoczęcie takich poszukiwań. Tak było w przypadku Adriana, 26-latka z Jeleniej Góry, który poszukiwania biologicznych rodziców rozpoczął przed Bożym Narodzeniem 2013 roku.
– Gdy pochodzi się z okolic relatywnie małych miast, to okazuje się wcale nie tak trudne, jak nam się przez lata wydawało. Nie musiałem wydawać kroci na detektywów, czy walczyć z urzędami. W zasadzie wystarczyło szczerze pogadać z pierwszą wychowawczynią z bidula. Ona pogrzebała umiejętnie, gdzie trzeba. Potem pojechałem do domu biologicznych dziadków, który zamieszkiwała już inna rodzina, ale miała adres mojej matki. Żeby go zdobyć, znowu wystarczyła szczerość – wspomina.
Na tym łatwość poszukiwań biologicznej matki się jednak skończyła. Okazało się, że kobieta mieszka we Wrocławiu i nie opierała się przed spotkaniem z Adrianem, ale to wcale nie był dobry znak.
Adrian
26-latek, poszukiwał biologicznej matki
Gdy nie wiadomo, o co chodzi... W dzieciństwie nieco więcej szczęścia od mojego pierwszego rozmówcy miała – pochodząca również z Dolnego Śląska – 25-letnia Teresa, która tuż po przyjściu na świat została porzucona przez ojca. Po kilku latach jego miejsce z wielkim oddaniem wypełnił nowy partner matki, którego nazywa "prawdziwym tatą", ale przed pięcioma laty postanowiła, że musi spróbować odnaleźć biologicznego ojca. Jak wspomina, łatwo nie było, bo z rozmów z mamą wynikało, że mężczyzna najpierw wyprowadził się do swoich rodziców, a w 1995 roku nawet dla nich zapadł się pod ziemię.
– W zasadzie kierowała mną tylko ciekawość. Nie przepłakiwałam nocy, że go nie było. Ojca tak naprawdę miałam. Nie wiem, co mnie naszło, by na poszukiwania tego biologicznego wydać 8 tys. zł. W tym celu sprzedałam samochód, który dostałam na 18-tkę. Dołożył się też ojczym – wspomina Teresa. Trwało to dwa lata i spaliło na panewce. Natomiast kilka miesięcy po tym, gdy porzuciła poszukiwania, jej biologiczny ojciec... pojawił się sam. – W zasadzie w tym samym momencie, co wiadomość o śmierci mojego dziadka z jego strony... – mówi.
Teresa
25-latka z Wrocławia, wydała oszczędności na poszukiwania biologicznego ojca.
Kto wystawia rachunek sumienia Jak wspomniałem na początku, marzenia o spotkaniu po latach rozłąki to wspólny mianownik zarówno dla porzuconych, jak i tych, którzy porzucali. – Lepiej nie drążyć... – te gorzkie słowa słyszę jednak także od pani Michaliny, która zaledwie kilka miesięcy temu z sukcesem zakończyła poszukiwanie swojego syna. 56-latka twierdzi, że zmuszona była oddać syna do sierocińca, bo na początku lat 90-tych zostali z mężem nagle zarówno bez pracy, jak i dachu nad głową.
Michalina
w latach 90-tych oddała dziecko do sierocińca
Tuż po porodzie oddała więc dziecko i zaczęła budować swoje życie od nowa. Z powodzeniem. Przez wszystkie te lata udało jej się znaleźć pracę i normalne miejsce zamieszkania, które potem zamieniło się w małą manufakturę, a ta w nieźle prosperującą firmę. – Każdego dnia zastanawiałam się, czy szukać dziecka, ale zakładałam, że nie będzie chciało mnie znać – stwierdza.
Pani Michalina była jednak w głębokim błędzie. Półtoraroczne starania o odnalezienie kontaktu z porzuconym przed ponad 25 laty dzieckiem przyniosły najbardziej pozytywne efekty. – Przynajmniej tak się nam wydawało. Nie było żalów, awantur. Nie było odepchnięcia. Spędzaliśmy za sobą weekendy. Aż nagle usłyszałam, że "czas poważnie porozmawiać". I usłyszałam, że mam mu oddać firmę i "spłacić". Nawet nie zdążyłam odpowiedzieć, a usłyszałam od niego groźby, że poznał wszystkich moich kontrahentów i ich obdzwoni robiąc mi wstyd. Powiedziałam tylko, że tego się nie spodziewałam po tym, jak już ze sobą rozmawialiśmy, a on mnie spoliczkował... – mówi przez łzy moja rozmówczyni.
Po tym obecny mąż pani Michaliny wyrzucił chłopaka z firmy i szybko poprosił o pomoc prawnika, który od tamtego momentu stał się jedynym kontaktem między matką i synem. I skutecznie zniechęcił tego młodego człowieka do dalszych szantaży biologicznej matki. – Gdybym dostała od niego w twarz na początku, za to, że go zostawiłam... Zrozumiałabym to. Ale tego się nie spodziewałam – wyznaje. I gorzko rzuca to samo, co usłyszałem od wszystkich rozmówców. – Naprawdę mogłam nie drążyć. Niewiedza naprawdę bywa błogosławieństwem.
Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl
