
Przełom lat 80-tych i 90-tych to w Polsce był wyjątkowo trudny okres. Jednym ze skutków ubocznych bolesnych przemian był dramatyczne wysoki odsetek maleńkich Polaków trafiających do sierocińców, czy zmuszonych do życia w rozbitej rodzinie. Dziś tamta trauma jest w pokoleniu 20-30-latków, którzy byli dziećmi niechcianymi i 40-60-latków, którzy przed laty dzieci porzucili. Wielu z nich po latach rozłąki łączy jedno wspólne marzenie. Tak dzieci, jak i rodzice chcą spotkać się i porozmawiać o tym "dlaczego". To może okazać się jednak bardziej bolesne niż wszyscy sądzą...
Okres świąteczno-noworoczny często bywa katalizatorem dla decyzji o tym, by wreszcie odważyć się na rozpoczęcie takich poszukiwań. Tak było w przypadku Adriana, 26-latka z Jeleniej Góry, który poszukiwania biologicznych rodziców rozpoczął przed Bożym Narodzeniem 2013 roku.
Spotkaliśmy się w kawiarence, przedstawiliśmy, złapaliśmy za ręce i przepłakaliśmy tak co najmniej kwadrans, jeśli nie pół godziny. W milczeniu. Ciszę przerwała ona i zapytała, czy chcę wiedzieć, dlaczego mnie porzuciła. Okazało się, że włóczyła się po kraju, próbowała swoich sił w sztuce, malowała, występowała w happeningach. Tłumaczyła, że nie miała wtedy nawet, jak się ustatkować. A miała 21 lat i niezbyt tego ustatkowania chciała. Wyglądała naprawdę dobrze. "Artystycznie", ale dobrze. Zapomniała jednak dodać, że problemem było też to, że już wtedy brała i problem z narkotykami ma do dziś. Już na trzecim spotkaniu poprosiła mnie o pieniądze... Po kilku tygodniach żałowałem, że ta kobieta ma mój numer. Musiałem go zmienić i dać jej do zrozumienia, że jednak nie chcę tyle kontaktu, co sądziłem...
W dzieciństwie nieco więcej szczęścia od mojego pierwszego rozmówcy miała – pochodząca również z Dolnego Śląska – 25-letnia Teresa, która tuż po przyjściu na świat została porzucona przez ojca. Po kilku latach jego miejsce z wielkim oddaniem wypełnił nowy partner matki, którego nazywa "prawdziwym tatą", ale przed pięcioma laty postanowiła, że musi spróbować odnaleźć biologicznego ojca. Jak wspomina, łatwo nie było, bo z rozmów z mamą wynikało, że mężczyzna najpierw wyprowadził się do swoich rodziców, a w 1995 roku nawet dla nich zapadł się pod ziemię.
Moja względna radość trwała dosłownie tydzień. To była radość, bo ojciec chyba co dnia obdarowywał mnie kwiatami i prezentami, chciał nieustannego kontaktu. Przepraszał i błagał o wybaczenie. Robił plany wspólnego wyjazdu na urlop, by się lepiej poznać. Co go tak nagle ruszyło? A to się okazało, gdy przyszło pismo od prawnika, że dziadek mi zapisał dom i dwie działki. Już wtedy pomyślałam, że szukanie skur... było największą głupotą. Dziadka nigdy też nie poznałam, ale jemu musiało być z synalka wstyd, bo w ostatnim słowie tylko napisał słowa utwierdzające mnie w tym, by złamanym groszem się nie dzielić z tym człowiekiem. On odgrażał się potem, że będzie mnie pozywał, bo mi się nic nie należało od jego ojca, ale odpuścił, bo chyba nie chciał robić sobie większego wstydu.
Jak wspomniałem na początku, marzenia o spotkaniu po latach rozłąki to wspólny mianownik zarówno dla porzuconych, jak i tych, którzy porzucali. – Lepiej nie drążyć... – te gorzkie słowa słyszę jednak także od pani Michaliny, która zaledwie kilka miesięcy temu z sukcesem zakończyła poszukiwanie swojego syna. 56-latka twierdzi, że zmuszona była oddać syna do sierocińca, bo na początku lat 90-tych zostali z mężem nagle zarówno bez pracy, jak i dachu nad głową.
Takie były interesy tamtych czasów, że człowiek głupio inwestował wszystko. Kiedy musieliśmy zamieszkać w starym dostawczaku, to myśleliśmy, że gorzej nie może być. A wtedy się okazało, że jestem w ciąży. Mnie to trochę uratowało, bo na parę miesięcy trafiłam do sióstr zakonnych. Mąż wyjechał do Niemiec, by spróbować się odkuć, ale po dwóch miesiącach przyszła tylko wiadomość, że go tam pobili na śmierć. Świat walił mi się na głowę. Gdzie w tym wszystkim było miejsce na dziecko?!
Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl
