
Jeszcze trochę i Polska straci jednego miliardera. Grażyna Kulczyk zrezygnowała ze swojego największego biznesu w Poznaniu, a teraz (jak na razie) nie może przebić się w Warszawie. Nie zdziwi moment, gdy spakuje walizki i na dobre wyjedzie do Szwajcarii. A ma sensowny biznesplan, zaś do pokazania kolekcję sztuki wycenianą na ponad 100 milionów euro. Sytuacja jest na tyle wyjątkowa, że na chwilę obecną nie może kupić, (tak kupić, a nie dostać) działki w przyzwoitej lokalizacji, gdzie chciałaby otworzyć muzeum sztuki nowoczesnej.
Oferta biznezwoman brzmi tak: sprzedajcie mi działkę, którą sobie upatrzyłam, ja zatrudnię światowej klasy architekta, wybuduję muzeum klasy delux, przekażę mu swoją kolekcję, nawet jako darowiznę. Ale niech to samorząd miasta zajmie się później prowadzeniem i utrzymaniem przedsięwzięcia. Ta ostatnia okoliczność - jak mówią współpracownicy Kulczyk - zarezerwowana jest na wypadek śmierci inwestorki, która póki co czuje się świetnie.
Chcę, by moja kolekcja stała się dobrem publicznym. By te dzieła mogły być kiedyś ogólnodostępne przede wszystkim dla zwiedzających w Polsce, na stałe. Polsce potrzebne jest miejsce, gdzie takie zbiory mogłyby służyć ludziom, być eksponowane na światowym poziomie i stawać się naszą wizytówką oraz dumą
Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego jedna z najbogatszych Polek uparła się, aby zawracać głowę urzędnikom w Polsce. Eksponaty z jej kolekcji okazały się warte pokazania w Muzeum of Modern Art w Nowym Jorku czy Santander Art Gallery w Madrycie. Dzieła Malczewskiego wypożycza muzeum narodowym oraz zagranicznym galeriom. Równie dobrze mogłaby je spakować i wywieźć do Szwajcarii. Tam w zakupionym przed laty starym browarze w Engadin mogłaby je eksponować ku radości szwajcarskiej widowni.
Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl
