
Trzecia część historii polskiej polityki Roberta Krasowskiego opowiada o czasach rządów PiS i PO. Autor książki Robert Krasowski ocenia w podtytule, że to czas "polityki jako wiecznego konfliktu". Poniżej prezentujemy fragment rozdziału o sporze kompetencyjnym Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem oraz o relacjach braci Kaczyńskich.
REKLAMA
Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji
Kompetencyjny spór z Tuskiem od początku prezydent rozgrywał fatalnie, nie tylko dlatego, że nie potrafił przeciwnika boleśnie uderzyć, przede wszystkim jego aspiracje do większej władzy wyglądały jak dąsy. Tymczasem pod warstwą emocji kryły się również poglądy. Im dłużej Tusk rządził, tym mniej Kaczyński mu wierzył, dostrzegł w nim cynika, gotowego poświęcić interes państwa dla egoistycznej korzyści.
Do gry weszły również liczne podejrzenia, bo w ostatnich latach życia Lech stał się bardziej podejrzliwy od brata. Politycy mają mały kontakt ze światem, żyją głównie plotkami, Lech był podobny, ale wierzył wyłącznie w mroczne informacje. Nie było tak niemądrej plotki o Platformie, której by nie potraktował poważnie.
Straszny dwór
Przez całe życie poglądy miał trzeźwe, wizję ludzkiej natury pogodną, usposobienie tolerancyjne, ale stres prezydentury mocno go odmienił. Stan psychicznej rozsypki, w który czasem popadał Tusk, u prezydenta był normą. Fatalnie się czuł na swoim urzędzie, destabilizowały go krytyka mediów, własne błędy, mieszkanie w Pałacu, a przede wszystkim emocjonalność kobiet, którymi się otoczył.
Przez całe życie poglądy miał trzeźwe, wizję ludzkiej natury pogodną, usposobienie tolerancyjne, ale stres prezydentury mocno go odmienił. Stan psychicznej rozsypki, w który czasem popadał Tusk, u prezydenta był normą. Fatalnie się czuł na swoim urzędzie, destabilizowały go krytyka mediów, własne błędy, mieszkanie w Pałacu, a przede wszystkim emocjonalność kobiet, którymi się otoczył.
Zimne, męskie intrygi zastąpiły też intrygi, ale pełne szlochów i chichotów, scen wybuchów i pogodzeń. Prezydent zawsze był emocjonalny – gdy dowiedział się, że koleżanka z podziemia choruje na raka, publicznie się rozpłakał – ale atmosfera Pałacu nerwowość wprowadziła w centrum jego charakteru.
Dwie natury Lecha
Naprzeciw Tuska stał przeciwnik labilny, rozdygotany, pełen osobowościowych atutów, które w ciągłych atakach gniewu, depresji lub paniki przechodziły w wady. Rację mieli zarówno jego obrońcy, jak też krytycy, każdy jego opis był prawdziwy, bo ze skromności płynnie przechodził w pychę, z powagi w nadęcie, z patosu w groteskę. Zmiany były tak częste i szybkie, że każdy mógł w nim zobaczyć tego, kogo chciał.
Naprzeciw Tuska stał przeciwnik labilny, rozdygotany, pełen osobowościowych atutów, które w ciągłych atakach gniewu, depresji lub paniki przechodziły w wady. Rację mieli zarówno jego obrońcy, jak też krytycy, każdy jego opis był prawdziwy, bo ze skromności płynnie przechodził w pychę, z powagi w nadęcie, z patosu w groteskę. Zmiany były tak częste i szybkie, że każdy mógł w nim zobaczyć tego, kogo chciał.
Ta niestabilność stanowiła jego najgłębszą tożsamość i przełożyła się na charakter prezydentury. Nie był prezydentem ani wielkim, ani małym, ani złym, ani dobrym, ani partyjnym, ani ponadpartyjnym, ani poważnym, ani groteskowym. Bywał każdym z nich, w zależności od dnia, od nastroju, od okoliczności. Dla tak kapryśnej natury dźwiganie ciężaru prezydentury było osobistym dramatem. Lech emocjonalnie nie sprostał stresującej funkcji, czym zresztą mocno się gryzł.
Bliźniactwo
Ale był też dodatkowy ciężar, który musiał dźwigać i który sam sobie nałożył, czyli bliźniactwo. Bracia popełnili dramatyczny błąd, wchodząc równocześnie do wielkiej polityki. Do pewnego momentu równoległe kariery były czymś normalnym, jednak objęcie najwyższych urzędów sytuację zmieniło. W centrum polityki wprowadzone zostały relacje rodzinne, prezydent był bratem szefa partii rządzącej, a potem bratem premiera.
Ale był też dodatkowy ciężar, który musiał dźwigać i który sam sobie nałożył, czyli bliźniactwo. Bracia popełnili dramatyczny błąd, wchodząc równocześnie do wielkiej polityki. Do pewnego momentu równoległe kariery były czymś normalnym, jednak objęcie najwyższych urzędów sytuację zmieniło. W centrum polityki wprowadzone zostały relacje rodzinne, prezydent był bratem szefa partii rządzącej, a potem bratem premiera.
Kim zatem był? Prezydentem czy bratem? Jedyny obowiązek głowy państwa polega na zbudowaniu dystansu wobec partii, która go poparła, aby móc udawać prezydenta wszystkich Polaków. Kwaśniewski i Komorowski potrafili zbudować iluzję dystansu. Prezydent brat nie potrafił, czemu trudno się dziwić, ale co też trudno wybaczyć.
Rodzina u władzy
Poczucie braci, że mają prawo do rządzenia na własnych warunkach, wedle których pokrewieństwo nie jest ograniczeniem, było nie tyle błędem, co bezczelnością. Rodzinny egoizm popchnął ich do złamania zasad, których nikt inny nie ośmielił się złamać.
Poczucie braci, że mają prawo do rządzenia na własnych warunkach, wedle których pokrewieństwo nie jest ograniczeniem, było nie tyle błędem, co bezczelnością. Rodzinny egoizm popchnął ich do złamania zasad, których nikt inny nie ośmielił się złamać.
Czy sędzia może osądzać swojego syna? Nie, bo racjonalność urzędu sędziego zostaje zniszczona. Czy córka może zdawać maturę przed ojcem? Nie. Czy brat może prowadzić śledztwo przeciw siostrze? Syn operować własną matkę? Czy premierem może być córka, a prezydentem ojciec, nawet jeśli oboje zdobyli poparcie większości? Też nie mogą, bo dzisiejsza epoka żąda odarcia publicznych funkcji z rodzinnej stronniczości.
W cieniu brata
Nie daje to gwarancji obiektywizmu, ale daje wyraz wartościom epoki, która życie publiczne buduje na sprzeciwie wobec więzi jawnie stronniczych – plemiennych, rodzinnych lub korupcyjnych. W dawnych czasach, gdy polityką rządziły dynastie, fenomen braci Kaczyńskich byłby czymś normalnym, w demokracji był zuchwałym anachronizmem, tak zaskakującym, że nawykła do innych standardów publiczność nawet nie potrafiła nazwać problemu. Jednak go czuła, zwłaszcza że więź bliźniacza była ostentacją wzmocnioną przez efekt tego samego wyglądu. Bliźniactwo krzyczało, że dwa najwyższe urzędy w państwie objęły jedna osoba, jedna wola, jeden plan.
Nie daje to gwarancji obiektywizmu, ale daje wyraz wartościom epoki, która życie publiczne buduje na sprzeciwie wobec więzi jawnie stronniczych – plemiennych, rodzinnych lub korupcyjnych. W dawnych czasach, gdy polityką rządziły dynastie, fenomen braci Kaczyńskich byłby czymś normalnym, w demokracji był zuchwałym anachronizmem, tak zaskakującym, że nawykła do innych standardów publiczność nawet nie potrafiła nazwać problemu. Jednak go czuła, zwłaszcza że więź bliźniacza była ostentacją wzmocnioną przez efekt tego samego wyglądu. Bliźniactwo krzyczało, że dwa najwyższe urzędy w państwie objęły jedna osoba, jedna wola, jeden plan.
Jarosław był postrzegany jako silniejszy, więc odium relacji rodzinnych spadło na brata, Lecha uważano za podporządkowanego i dyspozycyjnego. Nie było to prawdą, jednak tak to wyglądało. Przez rok rządów Jarosława ani razu Lech nie wyszedł poza logikę obrony premiera, więc kiedy po wygranej Tuska zażądał silnej prezydentury, nie był w stanie do swoich racji przekonać.
Wojna z Tuskiem
Ktoś, kto pomniejszył prezydenturę, nie mógł jej teraz wzmocnić, jego wojna z Tuskiem wyglądała na kolejny spór, w którym prezydent wykonuje pracę dla brata. Jednak nie to było największym problemem, jaki zrodziło bliźniactwo – więzi rodzinne kaleczyły politykę, ale też polityka kaleczyła braci. Każdy, kto chciał uderzyć w jednego, mógł uderzyć w drugiego, dla publiczności bliźniacze twarze zlewały się w jedną.
Ktoś, kto pomniejszył prezydenturę, nie mógł jej teraz wzmocnić, jego wojna z Tuskiem wyglądała na kolejny spór, w którym prezydent wykonuje pracę dla brata. Jednak nie to było największym problemem, jaki zrodziło bliźniactwo – więzi rodzinne kaleczyły politykę, ale też polityka kaleczyła braci. Każdy, kto chciał uderzyć w jednego, mógł uderzyć w drugiego, dla publiczności bliźniacze twarze zlewały się w jedną.
Ale był też drugi powód, ważniejszy, ciosy zadane bratu bardziej bolały. Jak w dawnych, brutalnych czasach, kto chciał się zemścić na władcy, zabijał mu żonę lub dziecko. Uderzano w Lecha, aby mocniej zabolało Jarosława, uderzano w Jarosława, aby Lech cierpiał bez miary.
Ciosy
Tusk szybko zrozumiał, że bracia własnymi rękami zbudowali perpetuum mobile do zadawania sobie bólu na tyle dużego, że wrażliwszy Lech tracił panowanie nad sobą. Rodzinny biznes stał się pułapką, bracia mieli poczucie, że przeciw nim toczy się kampania, której brutalność nie ma precedensu, tymczasem było inaczej.
Tusk szybko zrozumiał, że bracia własnymi rękami zbudowali perpetuum mobile do zadawania sobie bólu na tyle dużego, że wrażliwszy Lech tracił panowanie nad sobą. Rodzinny biznes stał się pułapką, bracia mieli poczucie, że przeciw nim toczy się kampania, której brutalność nie ma precedensu, tymczasem było inaczej.
To nie ciosy były twarde, to odporność braci była obniżona, Tusk nie był brutalny, był tylko bezwzględny. Widząc, jak rozedrgany jest Lech, jak głodny szacunku, jak bracia cierpią z powodu ran drugiego, nie ustawał, lecz dalej uderzał. Nie musiał bić mocno, małe ciosy wywoływały ten sam efekt co wyrafinowane tortury.
Cierpienie Lecha
Wystarczyło gołosłowne oskarżenie, że prezydent jest alkoholikiem albo że toczy go poważna choroba, albo odebranie ochrony BOR Jarosławowi, aby bracia skręcali się z bólu i ze złości. Sami kiedyś uderzali mocniej, niszczenie Wałęsy jako agenta było spektaklem bardziej gwałtownym i bardziej okrutnym. Precyzyjnie wybrali oskarżenie mordercze, niszczące cały jego dorobek, a potem bili tak wytrwale, że doprowadzili Wałęsę do nerwowego rozstroju, w drugiej połowie kadencji wielokrotnie miewał omdlenia.
Wystarczyło gołosłowne oskarżenie, że prezydent jest alkoholikiem albo że toczy go poważna choroba, albo odebranie ochrony BOR Jarosławowi, aby bracia skręcali się z bólu i ze złości. Sami kiedyś uderzali mocniej, niszczenie Wałęsy jako agenta było spektaklem bardziej gwałtownym i bardziej okrutnym. Precyzyjnie wybrali oskarżenie mordercze, niszczące cały jego dorobek, a potem bili tak wytrwale, że doprowadzili Wałęsę do nerwowego rozstroju, w drugiej połowie kadencji wielokrotnie miewał omdlenia.
Ciosy, które teraz zadawano braciom, były słabsze, raczej chamskie, niż brutalne. Poczucie sadyzmu Tuska brało się nie z przyczyny, lecz skutku – prezydent Kaczyński cierpiał mocniej niż prezydent Wałęsa, cierpiał mocniej niż jakikolwiek polityk w historii III RP, tak mocno, że po jego śmierci Jarosław dla zemsty zdecydował się na smoleńskie szaleństwo.
Lech był jedną wielką raną, a Tusk nie miał skrupułów, tydzień w tydzień rzucał w tę ranę waciki z wodą utlenioną. Prezydentura stała się dla Lecha gehenną. Ale nie mógł oddać urzędu ani schować się w cień, bo nie chciał zawieść brata. Więc słaby, umęczony parł nadal do przodu, aby się zetrzeć z Tuskiem na polu nowym dla polskiej polityki – na scenie międzynarodowej.
Robert Krasowski „Czas Kaczyńskiego”, fragm. rozdz. „Emocje prezydenta”. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne 16 marca