Nie kupiłem wina w Biedronce, bo jest za blisko przedszkola. To jeszcze walka z alkoholizmem, czy już bareizm?
Nie kupiłem wina w Biedronce, bo jest za blisko przedszkola. To jeszcze walka z alkoholizmem, czy już bareizm? Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

Podobno najlepsze tematy do artykułów biorą się z życia. To zaś, w niemal każdym jego aspekcie jest uregulowane przepisami. Wczoraj urzędnicy sprawili, że nie kupiłem wina tam gdzie zwykle, tylko w sklepie obok. Zastanawiam się, czemu to miało służyć?

REKLAMA
Postanowiłem wczoraj miło spędzić wieczór ze swoją dziewczyną. Zaproponowałem, że pójdziemy do restauracji, ale ona wolała abyśmy przygotowali coś razem w domu. Nie widziałem przeciwwskazań, dlatego założyliśmy kurtki i zeszliśmy do najbliższego sklepu, czyli do Biedronki.
Kupiliśmy już prawie wszystko, ale pomyślałem, że do kolacji przydałoby się białe wino. Może Biedronka nie jest luksusową winiarnią, ale sporo osób chwali tamtejsze trunki. Okazało się jednak, że dział z alkoholem zniknął z tego sklepu. Przy kasie dowiedziałem się, że wina w tej Biedronce nie kupię już od dawna Powód? – Jesteśmy za blisko przedszkola – powiedział kasjer. Nie miałem innego wyjścia, jak kupić wino w sklepie obok. Zastanawiam się tylko, po co ten cały cyrk?
logo
Nie mogłem kupić wina w Biedronce, bo była zbyt blisko przedszkola. Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta
Jak się okazuje, wszystko przez zaostrzenie przepisów w Warszawie, co wywołało prawdziwą burzę – głównie wśród właścicieli sklepów. Lada chwila Rada Miasta powoła specjalny zespół który ma sprawdzić zasady sprzedaży alkoholu w stolicy, bo ewidentnie coś nie działa, jak trzeba. Co konkretnie?
Zmienione przepisy zwiększyły minimalną odległości sklepu z alkoholem z 50 do 100 metrów, a także liczbę chronionych obiektów (niektórzy twierdzą, że chronienie jakichkolwiek obiektów jest bez sensu). Zmienił się też sposób liczenia odległości między sklepem a punktem chronionym.
Radni uznali, że przed sklepami z alkoholem trzeba chronić na przykład... żłobki, kluby dziecięce, placówki wsparcia dziennego i poradnie psychologiczno-pedagogiczne.
logo
Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
– To całkowicie bez sensu, bo przedszkolaki raczej nie będą kupowały alkoholu. Wpisanie na listę choćby szkół dla dorosłych jest już w ogóle absurdalne. To kompletny Bareja – mówi Wojciech Bońkowski ze Stowarzyszenia Importerów i Dystrybutorów Wina. Ale lista placówek chronionych jest zatrważająco długa, a niektóre pozycje naprawdę skłaniają do refleksji:

Przedszkola, szkoły, bursy, internaty, młodzieżowe ośrodki wychowawcze i ośrodki socjoterapii, specjalne ośrodki szkolno-wychowawcze, oddziały terapii uzależnień i leczenia alkoholowych zespołów abstynenckich, Stołecznego Ośrodka dla Osób Nietrzeźwych, świątyń, kaplic, obiektu wojskowego, na terenie którego znajdują się wspólne kwatery stałe, przeznaczone do zakwaterowania zbiorowego żołnierzy. Czytaj więcej

Władze Warszawy tłumaczą, że zaostrzono przepisy na prośbę samych mieszkańców, którzy chcieli czuć się bezpieczniej. Mieli oni skarżyć się na zakłócanie spokoju publicznego koło "budek z piwem" (dochodzi do tego głównie w pobliżu całodobowych punktów z alkoholem).
Zakażmy wszystkiego...
Same budki z piwem, czy też sklepy z alkoholem nie zakłócają spokoju. Robią to ludzie, a tych powinny wyłapywać służby. W końcu istnieją inne przepisy, które zabraniają picia w miejscach wymienionych w ustawie. Wprowadzone zmiany były pójściem na skróty, z których władze Warszawy właśnie się wycofują.
Piotr Mazurek Radny m.st. Warszawy tłumaczy, że błędu nie popełnia ten, co nic nie robi. – Okazało się, że za pomocą tych uchwał nie rozwiążemy problemów, na które narzekają mieszkańcy. Generują natomiast kłopoty w funkcjonowaniu dużych sklepów – mówi Przewodniczący Komisji Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego.
– Problem polega na tym, że nie istnieje żaden związek między tymi przepisami a poprawą bezpieczeństwa. Nie ma wiarygodnych danych, które by pokazały że mniejsza gęstość sieci sprzedaży zmniejsza patologię – mówi Wojciech Bońkowski ze Stowarzyszenia Importerów i Dystrybutorów Wina.
Co na to przedszkolaki?
Pojęcie, że trzeba "chronić" miejsca takie jak szkoły, przedszkola, jednostki wojskowe, wywodzi się z czasów słusznie minionych. – Żyjemy w takiej rzeczywistości od 30 lat. Ja uważam, że nie trzeba ich chronić. W 26 krajach Unii Europejskiej nie ma czegoś takiego, jak miejsca chronione – mówi Bońkowski.
Miejski radny odpowiada zaś, że "zawsze tak" było. Szkoły podstawowe, licea, miejsca sakralne i kilka innych miejsc były chronione. – Tego to bym chyba nie ruszał. Jest taka, a nie inna tradycja. Ale z niektórych miejsc, które wskazaliśmy w ostatniej uchwale, moglibyśmy się wycofać. Czuję, że powinniśmy iść w tym kierunku – mówi Mazurek.
Realny problem leży gdzie indziej. Mieszkańcy Warszawy od lat zgłaszają skargi na to, co dzieje się wokół 24-godzinnych sklepów z alkoholem. Wszyscy powinni brać udział w zwalczaniu tych patologii, ale tu z kolei miasto ma związane ręce. – Bez możliwości decydowania, gdzie i w jakich godzinach będzie sprzedawany alkohol, nie uda się rozwiązać problemu – mówi Piotr Mazurek Radny m.st. Warszawy.
logo
Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta
Jeśli rzeczywiście dany sklep jest źródłem patologii, miasto nie może go w łatwy sposób zamknąć. Proces odebrania koncesji trwa bardzo długo i najczęściej kończy się niepowodzeniem. Skutecznym rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie godzin sprzedaż alkoholu, ale tego samorządy nie mogą robić. Natomiast z panujących obecnie przepisów, najprawdopodobniej się wycofają w ciągu najbliższych miesięcy.
Wojciech Bońkowski twierdzi, że alkoholizmowi należy zapobiegać poprzez prowadzenie działań edukacyjnych. – W Polsce nieletni z łatwością kupują alkohol i trzeba z tym walczyć – mówi naTemat. W Polsce około 80 proc. dorosłych Polaków korzysta z alkoholu. Przytłaczająca większość robi to odpowiedzialnie.
– Patologie dotyczą marginesu pijących. To na tej grupie trzeba skupić działania profilaktyczne. Ale właśnie ta grupa jest w stanie zrobić bardzo dużo, aby alkohol zdobyć – mówi Bońkowski. Czy będzie miał do przejścia 50, czy 100 metrów, niewiele to w ich przypadku zmieni.

Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl