
Między Ustami to miejsce dla każdego, niezależnie od tego czy przychodzisz tu dobrze zjeść, przekąsić czy tylko się odstresować. Wpadają tu prezesi firm, ale i kumple na lampkę wina czy kufel piwa. Lunch, sycący obiad, a może tylko przekąska-gębograjka? Wybór należy do Ciebie. O całość dba właścicielka z artystyczną duszą.
REKLAMA
Marta Rut to technolog żywienia, twórczyni restauracji sto900 mieszczącej się na terenie klubu 1500m2. Urodziła i wychowała się w przepięknym przedwojennym domu w Elblągu. Jej babcia chodziła do niemieckich szkół. Już o 9 rano miała pięknie wysprzątany dom, ugotowane i była szykownie ubrana i ufryzowana.
– Wołała do mnie: Freulein (panienko), musisz wiedzieć, że to jest pora, w której możemy spodziewać się gości – mówi w rozmowie z INN:Poland Marta. W domu nie było schabowego i kapusty, które dziś uwielbia. Babcia ukończyła francuską szkołę kulinarną École Le Cordon Bleu. Robiła doskonałe bittersy, kordiały i maceraty. Te wpływy mają swoje odbicie w karcie alkoholi Między Ustami.
– Zawsze lubiłam gościć ludzi, na początku w swoim domu. Lubię gotować. Po wielu latach w dużej korporacji chciałam coś zmienić. Wyznaję zasadę 3 x S: surowiec, smak i sezon. Karta u nas cały czas się zmienia w zależności od pory roku. Teraz mamy szparagi, świeże kopry i młodą kapustę, które przywożę spod Hali Mirowskiej, tak jak mięso czy świeże ryby prosto z Ustki. Owoce są z naszego rodzinnego sadu. Robimy z nich dżemy i chutneye do wędlin i serów – wylicza Marta. Sentyment do świeżych ryb i wędzarni pozostał Marcie po dziadku, który był rybakiem i zabierał ją na rejsy kutrem po Zalewie Wiślanym.
Próbuj i dziel się
Między Ustami już samą nazwą nawiązuje do dzielenia się z przyjaciółmi. Stawia m.in. na różnorodne tapas, mnóstwo małych porcji, zajmujących cały stół by każdy mógł spróbować różnych smaków. Zjesz tu pikantne kanapki z krewetkami i hiszpańską kiełbasą, z dobrze doprawionym tatarem wołowym. Dla zrównoważenia: delikatniejsza kanapka w zestawie z łagodnym musem z awokado i ogórkiem. A także przegrzebki. Niebo w gębie. A na obiad stek wołowy z sosem pieprzowym, swojska karkówka, stek z kalafiora czy świeża ryba. Do wyboru do koloru.
Każdy gość jest traktowany indywidualnie. Niezależnie od tego, czy chce zorganizować spotkanie służbowe, ze znajomymi czy urodziny: zarówno na miejscu, jak i w domu. – Uwielbiam pracę na indywidualne zamówienia gości, spełniać ich dokładne oczekiwania co do posiłków. Czasem żałuję, że nie jesteśmy sieciówką. Nie ma procedurek, na ofertę trzeba trochę poczekać, bo jest szyta na mairę a nie wysyłana każdemu taka sama z automatu. Ale myślę, że ludzie trochę nas za to kochają. Moi współpracownicy to artystyczne dusze. Takie jak ja – dodaje Marta.
Między Ustami to dwa światy. Poranny i wieczorny. Poranny, czyli sala na dole to dobre miejsce na lunch: drugie danie to np. kotlet rybny z sosem tatarskim, frytkami i warzywami, stek z karkówki z kapustą i puree ziemniaczanym czy danie tajskie. To również miejsce śniadań biznesowych. Wczesnej porze dnia odpowiada jasny wystrój i obficie wpadające przez okna światło. Wina nalewane są z kraników w maszynie wykorzystującej argon. Argon utrzymuje się na powierzchni otwartego wina, które dzięki temu nie psuje się szybko, dlatego w MU na kieliszki można kupić nie tylko wino domowe ale skosztować również etykiet z droższych półek bez konieczności kupowania całej butelki. Podczas lunchu cena lampki wina domowego 6 zł, wieczorem od 10 do 18 zł.
Międzywojnie i Nowy Orlean
Góra, do której w najbliższych dniach zostanie dobudowany ogródek, jest bardziej wieczorowa. Gościom w wybrane dni tygodnia przygrywają jazzowe zespoły na miniscenie. Klimat ten niektórym gościom skojarzył się z knajpkami w Nowym Orleanie. Przychodzą tu zarówno artyści, prezesi firm, profesorowie uniwersytetu jak i przypadkowi przechodnie na lampkę wina, szampana czy po prostu piwo. Dostają do tego tapas, risotto, carpaccio czy stek z surowego tuńczyka. Generalnie klientela 30+.
Wystrój Między Ustami to autorski pomysł Marty Rut. Czuć tu przedwojenny, rzemieślniczy sznyt. – Blachy, surowość, postindustrializm to dzieło zaprzyjaźnionych kowali ze Szmulek. Przedłużeniem tego będzie ogródek – mówi Marta Rut. Zaokrąglone blachy lamp w Między Ustami to dzieło jednego z ostatnich wyoblaczy ze Szmulek, który kształtował je ręcznie. Dlatego tak bardzo różnią się od wszechobecnych produktów sieciówek. Ściany zdobią prawdziwe freski robione metodą na mokro. Namalowały je koleżanki pani Marty po Akademii Sztuk Pięknych, m.in. Marysia Strzelecka.
Design został już doceniony nagrodą w plebiscycie Best of Warsaw przez magazyn Warsaw Insider, a freski mają u siebie kolejne warszawskie knajpy, które zainspirowały się pomysłem Marty. Marta wciąż dostaje zapytania o architekta, dlatego zastanawia czy nie zaczać projektować wnętrz. – Jesteśmy trochę pod prąd. Nie ma osoby, która nie zastanawiałaby się nad wystrojem. Trochę miszmasz, trochę francuska nonszalancja. Chyba dlatego tak często odwiedzają nas artyści.
Między Ustami wraca do tradycyjnej sztuki barmańskiej. Organizowane są warsztaty barmańskie, by goście MU również w domu potrafili się popisać czymś niebanalnym. – Pasjonuje mnie dwudziestolecie międzywojenne. Drinki robimy na łańcuckich rosolisach. Wskrzeszam też miody pitne, czyli coś, co przed wojną było w Polsce najlepsze – wyznaje swoje credo Marta.
W przyszłości Marta planuje własną wędzarnię. – Chcę by miała komin, jak wędzarnie z Bornholm. Będziemy tam robić mięsa i ryby do tapas, z sadu brać owoce, a z przyszłego ogródka bakłażany i pomidory. Wszystko musi być nasze. To nas różni od sieciówek – kończy Marta.
