
W połowie 2015 roku prokuratura wszczęła śledztwo ws. zatrudniania na fikcyjnych etatach asystentów przez posłów do Parlamentu Europejskiego. Wszystko po artykule "Newsweeka". Przesłuchano pracowników m.in. Andrzeja Dudy (PiS), Barbary Kudryckiej (PO) czy Janusza Zemke (SLD). W grudniu postępowanie umorzono, niedawno decyzja stała się prawomocna.
REKLAMA
W marcu 2015 roku na – wtedy – idealnym wizerunku Andrzeja Dudy pojawiła się rysa. "Newsweek" opisał, że posłowie do Parlamentu Europejskiego zatrudnili pracowników Prawa i Sprawiedliwości w swoich biurach, bo partia szukała oszczędności. W tekście pojawiły się też nazwiska innych, ale oczywiście to ówczesny kandydat na prezydenta przyciągał największą uwagę.
Śledztwo
Wkrótce z odsieczą pospieszył zaprzyjaźniony tygodnik "w Sieci" i opisał, że członków partii zatrudniają też posłowie z PO, SLD i PSL. Sprawy nie są analogiczne, bo głównym zarzutem wobec pracowników posłów PiS było to, że przeniesiono ich z etatów partyjnych na unijne, a nie, że są członkami partii, czy nawet radnymi.
Wkrótce z odsieczą pospieszył zaprzyjaźniony tygodnik "w Sieci" i opisał, że członków partii zatrudniają też posłowie z PO, SLD i PSL. Sprawy nie są analogiczne, bo głównym zarzutem wobec pracowników posłów PiS było to, że przeniesiono ich z etatów partyjnych na unijne, a nie, że są członkami partii, czy nawet radnymi.
W czerwcu 2015 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła w tej sprawie śledztwo, badając polityków wymienionych w obu artykułach. Zapowiadano, że przesłuchani zostaną asystenci, a w razie potrzeb też politycy. Do tego jednak nie doszło.
Po łebkach
Dlaczego? Na przesłuchania wezwano tylko asystentów. Schemat rozmów był podobny: pytano o czas pracy, wynagrodzenie, miejsce wykonywania pracy i zakres obowiązków. Zeznania kolejnych świadków wyglądają więc podobnie: z reguły mówią, że zajmują się zadaniami zleconymi przez posła, nie muszą tego robić w biurze i mają nienormowany czas pracy.
Dlaczego? Na przesłuchania wezwano tylko asystentów. Schemat rozmów był podobny: pytano o czas pracy, wynagrodzenie, miejsce wykonywania pracy i zakres obowiązków. Zeznania kolejnych świadków wyglądają więc podobnie: z reguły mówią, że zajmują się zadaniami zleconymi przez posła, nie muszą tego robić w biurze i mają nienormowany czas pracy.
Jednak w kilku z zeznań pojawia się schemat, na którym oparto tezę o fikcyjnym zatrudnianiu asystentów. Pracownik Prawa i Sprawiedliwości kończy pracę w partii, a od nowego miesiąca zostaje zatrudniony w biurze jednego z europosłów za dokładnie takie samo wynagrodzenie.
Zbieg okoliczności
Tak zatrudnili asystentów m.in. prof. Zdzisław Krasnodębski (3 900 zł brutto), Kazimierz Michał Ujazdowski (3 500 zł netto) i Beata Gosiewska (4 000 zł netto). W sumie aż w przypadku pięciu osób rozwiązano umowy o pracę w PiS 31 października 2014 roku i zatrudniono je w biurach poselskich.
Tak zatrudnili asystentów m.in. prof. Zdzisław Krasnodębski (3 900 zł brutto), Kazimierz Michał Ujazdowski (3 500 zł netto) i Beata Gosiewska (4 000 zł netto). W sumie aż w przypadku pięciu osób rozwiązano umowy o pracę w PiS 31 października 2014 roku i zatrudniono je w biurach poselskich.
Ale prokuratura nie dopatrzyła się tutaj przestępstwa. Trudno jednak uznać, by uważnie przyjrzano się staranności wykonywania obowiązków przez asystentów: oparto się jedynie na ich zeznaniach.
Do umorzenia
Właściwie zupełnie zignorowano wątek pracy na rzecz partii za pieniądze PE. Bo tym w istocie był udział asystentów europosłów w kampaniach wyborczych. Ci, którzy pracowali dla Andrzeja Dudy bardzo dokładnie dokumentowali to na Twitterze.
Właściwie zupełnie zignorowano wątek pracy na rzecz partii za pieniądze PE. Bo tym w istocie był udział asystentów europosłów w kampaniach wyborczych. Ci, którzy pracowali dla Andrzeja Dudy bardzo dokładnie dokumentowali to na Twitterze.
Ostatecznie jednak prokuratura nie dopatrzyła się w działaniach polskich posłów niczego złego. Śledztwo umorzono 16 grudnia 2015 roku, czyli dokładnie po pół roku (ale już we wrześniu RMF FM informowało, że stanie się to w ciągu kilku tygodni). Nikt nie odwołał się od decyzji, więc niedawno się ona uprawomocniła. Politycy mogą spać spokojnie. Przynajmniej na razie.
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
