
Nie wiadomo, czy to zwykła lekkomyślność, czy plan. Ministerstwo Edukacji chce, by niepełnosprawni uczniowie w szkołach integracyjnych mieli oddzielne klasy. To znaczy, że z pozostałymi dziećmi widzieliby się tylko podczas przerw. To odebrałoby im szansę na zintegrowanie się z innymi, a reszcie na naukę tolerancji.
REKLAMA
Dzisiaj wygląda to tak: rodzice niepełnosprawnego dziecka mogą je wysłać do szkoły specjalnej lub do szkoły masowej, gdzie będzie uczyło się w klasie integracyjnej. Samorząd dostaje od państwa dodatkowe pieniądze, by dostosować budynek i zatrudnić asystenta.
Włączanie do społeczeństwa
Niepełnosprawne dzieci chodzą do jednej klasy ze swoimi rówieśnikami, uczą się z nimi i zawierają przyjaźnie. Dzięki temu są lepiej dostosowani do późniejszego życia w społeczeństwie, do pójścia na studia czy znalezienia pracy.
Niepełnosprawne dzieci chodzą do jednej klasy ze swoimi rówieśnikami, uczą się z nimi i zawierają przyjaźnie. Dzięki temu są lepiej dostosowani do późniejszego życia w społeczeństwie, do pójścia na studia czy znalezienia pracy.
Korzystają na tym także dzieci zdrowe, bo od małego uczą się tolerancji. Widzą, że jeśli ktoś jeździ na wózku albo ma inny rodzaj niepełnosprawności, nadal może być świetny w rozwiązywaniu równań czy interpretowaniu wierszy. Często dzieci z takich klas bronią swoich koleżanek i kolegów przed innymi. Taka postawa zostaje w nich na zawsze, są bardziej czuli na potrzeby mniejszości.
Burzenie zamiast poprawiania
To wszystko to oczywiście scenariusz idealny. Szkolnictwo włączające jest w Polsce budowane od lat, wielkim wysiłkiem nauczycieli i sporymi nakładami finansowymi. Nie wszystko się udało, czasami dzieci są na siłę wpychane do takich klas, choć sobie nie radzą. Czasami nauczyciele, którzy w nich pracują nie radzą sobie.
To wszystko to oczywiście scenariusz idealny. Szkolnictwo włączające jest w Polsce budowane od lat, wielkim wysiłkiem nauczycieli i sporymi nakładami finansowymi. Nie wszystko się udało, czasami dzieci są na siłę wpychane do takich klas, choć sobie nie radzą. Czasami nauczyciele, którzy w nich pracują nie radzą sobie.
Prawo i Sprawiedliwość znalazło na to receptę. Nie, nie bardziej wszechstronne kształcenie nauczycieli, większe środki czy dodatkowi pracownicy. Ministerstwo Edukacji chce de facto zniszczyć szkolnictwo włączające. Tak wynika z wypowiedzi wiceminister edukacji Teresy Wargockiej na jednej z konferencji. MEN broni się, że to była propozycja rodziców, ale z relacji "Gazety Wyborczej" wynika, że wiceszefowa resortu jej przyklasnęła.
Zgubne konsekwencje
Dzieci niepełnosprawne będą nadal mogły chodzić do szkół integracyjnych, ale uczyć się będą tylko we własnym gronie. Z resztą będą mogły się spotykać tylko na przerwach, czyli na jakieś 10 minut w ciągu godziny.
Dzieci niepełnosprawne będą nadal mogły chodzić do szkół integracyjnych, ale uczyć się będą tylko we własnym gronie. Z resztą będą mogły się spotykać tylko na przerwach, czyli na jakieś 10 minut w ciągu godziny.
Rzeczywistość szkolna jest brutalna. Niepełnosprawne dzieci będą postrzegane jako "ci inni", a przerwa może stać się czasem nie integracji, ale nękania. A to oznacza, że zamiast integracji będzie jej całkowite przeciwieństwo. Minister Anna Zalewska zamiast zająć się ulepszaniem systemu, by usunąć niedociągnięcia, postanowiła całkowicie go zlikwidować. Słusznie, wtedy w ogóle nie będzie niedociągnięć.
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
