Jego elektryczna Nexia przejeżdża kilometr za 3 gr, a Corolla ma zasięg 700 km. Inż. Kopeć z Gdańska lepszy od Tesli?

Zbigniew Kopeć eksperymentuje ze zjawiskiem mocy innego pola siłowego, tzw. efektem  Edwarda Leedskalnina w układzie spłaszczonego PMH.
Zbigniew Kopeć eksperymentuje ze zjawiskiem mocy innego pola siłowego, tzw. efektem Edwarda Leedskalnina w układzie spłaszczonego PMH. YouTube.com / Zbyszek Kopeć
– To łatwe. Wyrzucam z samochodu całą część spalinową: silnik z osprzętem, rury wydechowe, tłumik oraz zbiornik paliwa. W to miejsce instaluję silnik elektryczny o średnicy na przykład 20 centymetrów, kontroler i zestaw – opowiada Zbigniew Kopeć, prawdopodobnie pierwszy Polak, który już w 1999 roku zarejestrował samochód przerobiony z napędu spalinowego na elektryczny.


Duma z Daewoo Nexia? Normalnie to auto wzbudza na drodze najwyżej uśmiech politowania. Zwłaszcza, że na Allegro kosztuje niewiele ponad tysiąc złotych. Ale inżynier Zbigniew Kopeć ma jedną przewagę nad posiadaczami współczesnych samochodów. Za pokonanie 100 kilometrów płaci 3,40 zł. Tyle kosztuje go prąd zatankowany z domowego gniazdka. Elektrykami, które powstały w jego garażu, przejechał już ponad 450 tys. kilometrów. Zamiast około 100 tys. zł na paliwo, wydał 10 tys. złotych za prąd.

Spalinowiec przerobiony na pojazd EV można bez przeszkód zarejestrować. Cała instalacja jest zbudowana według standardów Stowarzyszenia Elektryków Polskich. Auto przejdzie badanie techniczne, bo hamuje jak hamowało, skręca jak skręcało, spełni wszelkie normy bezpieczeństwa: światła, poduszki powietrzne itd. Od oryginału różni się tylko tym, że nie widać rury wydechowej. Ten szczegół konstruktor uznaje na największy plus, bo jego zdaniem trucie bliźnich nawet najbardziej oczyszczonymi spalinami to ciężki grzech.
inżynier Zbigniew Kopeć

Zajmuję się projektowaniem oraz budową instalacji elektrycznych i systemów awaryjnego zasilania. Ta praca oznaczała ciągłe dojazdy do klientów i wydatki na paliwo. Pomyślałem, że skoro jestem fachowcem to dlaczego nie spróbować zrobić samochodu elektrycznego na własny użytek. Tak do mojego garażu trafiła stara Toyota

Wykorzystując elektryczny silnik od pompy olejowej wózka widłowego typu "Bułgar" oraz to, co miał pod ręką w warsztacie, zbudował samochód, który – jak się okazało – żwawo poruszał się po ulicy. Był rok 1996, Elon Musk, twórca Tesli nie skończył jeszcze studiów, a inżynierowie Toyoty dopiero pracowali nad hybrydowym modelem Prius, który premierę miał dopiero rok później. Z garażu inżyniera wyjechały jako elektryczne: Tavria, Toyota Corolla, Renault 5, Fiat 126p, czy amerykańska limuzyna Buick Regal. W sumie zrealizował kilkadziesiąt udanych operacji przeszczepienia elektrycznego silnika do tradycyjnego samochodu.

Tesla po polsku
Nie dawno firma Tesla zakomunikowała światu, że na najnowszy „model 3” zebrano już 325 tys. zamówień. Po doliczeniu podatków i akcyzy amerykańskie auto kosztowałoby w Polsce 160 tys. złotych. To cena za markę i wspaniały design bardzo nowoczesnego samochodu. Kopeć przekonuje, że nie trzeba wydać fortuny, a mieć prawie to samo we własnym ulubionym aucie. Wystarczy 15-20 tys. zł na nowy silnik elektryczny z akumulatorami i osprzętem.


Przepis na idealne auto do jazdy po mieście według inżyniera Kopcia? Za 4 tys. zł kup niezawodną Toyotę Corollę np. z serii E10 z lat 90. Dodaj silnik firmy Etek (2,9 tys. zł). Konieczne będzie zastosowanie sterownika/regulatora - to urządzenie, które pozwala na dozowanie „gazu” w silniku elektrycznym (3000 zł). Niezbędna jest też elektryczna pompa podciśnienia 12V do wspomagania hamulców - cena ok. 800 zł. Nowe muszą być akumulatory, których zestaw konstruktor wycenia na około 4 tys. złotych. Litowe ogniwa z wyższej półki kosztują 8 tys. złotych.
inż. Zbigniew Kopeć

Naturalnie im lepsze podzespoły kupi właściciel tym lepsze uzyska parametry pojazdu. Patrząc na zawrotne ceny elektrycznych aut sądzę, że koncerny samochodowe tworzą wielką tajemnicę i pompują ceny wokół zastosowania już świetnie znanych technologii. Chciałem pokazać, że auto elektrycznie nie musi drogo kosztować. Sprawne silniki, dobre akumulatory to wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a fizyka jest jedna i do tego powszechnie znana.

Jego elektryczna Corolla na jednym "tankowaniu" przejedzie 260 kilometrów. To doświadczenia z Gdańska, gdzie jest sporo podjazdów i stania w korkach. Na prostej szosie i ze średnią, „miejską” prędkością 60 km auto przejedzie 400 kilometrów. Prędkość maksymalna jaką udało się uzyskać wynosi 140 km/h. Czas ładowania zależy od zastosowanej ładowarki, a w przypadku zwykłego domowego gniazdka 230V wynosi 12 godzin, natomiast z gniazda siłowego 400V znacznie krócej. Tanio przerobiony samochód wciąż nie będzie demonem prędkości. Do 50 km na godzinę rozpędza się w 7 sekund. A to ze względu na opory toczenia tradycyjnego napędu i typowych opon. Z tego względu konstruktorzy np. BMW i3 zastosowali wąskoprofilowe koła oraz ultralekką karoserię z włókien węglowych. Lekkie auto łatwiej rozpędzić.

Swojskie patenty
"Carbonowy" szkielet jest poza zasięgiem warsztatu inżyniera. Jednak pasjonat po latach doświadczeń również opracował kilka nowinek. Opisuje je na swoim blogu. Zbadał, jakie profile opon są najbardziej optymalne dla jego "elektryków". Jaki zestaw akumulatorów jest akurat dla naszego klimatu. Jak rozwiązać problem nagrzania auta zimą. Przede wszystkim poprawił sprawność i trwałość silnika elektrycznego jednej ze znanych marek. Dziś chce produkować własny sprzęt pod marką Zbykoptek. Gdy w Corolli zainstalował droższe akumulatory litowo-polimerowe, zwiększył zasięg auta do 700 kilometrów. Daj Boże takie zasięgi Tesli. Samochód waży teraz 1240 kg, czyli około 100 kg więcej od wersji spalinowej japońskiej firmy.

Tylko pozornie garażowy tuning może wydawać się śmieszny. Podobnych inżynierów działa już w Polsce kilkunastu, a kilku z nich to wychowankowie z garażu Kopcia. A najciekawsze jest to, że osiągają efekty lepsze niż profesjonalni konstruktorzy opłacani za wielomilionowe dotacje. Oto przykład: w Agencji Rozwoju Regionalnego w Mielcu kosztem 8 mln dotacji zbudowano od podstaw nowe, w pełni polskie, elektryczne auto ELV 001. Choć wzbudza sensację osiągami i wyglądem, to po sześciu latach wciąż nie może wyjechać na publiczną drogę. Jeszcze nie udało się uzyskać homologacji. Mało tego, koszty budowy wraz wytworzeniem niezbędnej dokumentacji prototypu przekroczyły już 19 mln zł. Tyle wydano na nikomu niepotrzebny produkt i bez szans na masową produkcję.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
Renault 0 0Łatwiejsza jazda. W tym modelu kierowca poczuje, co to znaczy prawdziwe wsparcie
0 0Chaos po roku bez użytkowania wieczystego. Już mówi się o nowym podatku
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie chcemy nudy, chcemy DRAMY. Ten odcinek "Rolnik szuka żony" zaspokoił odwieczną ludzką potrzebę
RECENZJA 0 0Bez coming outu Elsy, ale wciąż "ma tę moc". O "Krainie lodu 2" znów będzie głośno
POLECAMY 0 0Nigdy się nie poddawaj – tego uczy kino. 10 tytułów, które powinien zobaczyć każdy mężczyzna
Volvo 0 0W mieście Volvo ci więcej. Kompaktowy XC40 to SUV gotowy na (prawie) wszystko