Partia Razem przypomniała o procederze, który uprawia w Polsce reżim Korei Północnej wysyłający na polskie budowy robotników-niewolników.
Partia Razem przypomniała o procederze, który uprawia w Polsce reżim Korei Północnej wysyłający na polskie budowy robotników-niewolników. Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta

Bierzesz kredyt na pół życia, podpisujesz umowę z deweloperem i już niewolnicy z Korei Północnej mogą zacząć budować ci wymarzone mieszkanie... Tak wyglądała rzeczywistość nie tylko w przypadku głośnej ostatnio budowy w warszawskim Wilanowie. Od kiedy wybuchł nad Wisłą bum mieszkaniowy, a później rozpoczęły się gorączkowe przygotowania do Euro 2012, Polacy zaczęli hojnie wspierać reżim szalonych Kimów.

REKLAMA
Co w tym złego...?
Ale cóż w tym złego, że spora część z setek tysięcy złotych wydanych na nasze nowe mieszkania trafia do Koreańczyków? Dlaczego nie mają sobie zarobić, skoro są tańsi od polskich fachowców, a wykazują się profesjonalizmem i sumiennością?
Po pierwsze, dlatego, że są niewolnikami. To nie zwykli imigranci, którzy po pracy mogą robić, co chcą i cieszyć się życiem w Europie. Są pod stałym nadzorem północnokoreańskiej bezpieki. Komu nie przeszkadza ich zniewolenie, ten powinien zastanowić się więc, czy podoba mu się, że emisariusze kimowskich służb w najlepsze poczynają sobie nad Wisłą.
Przede wszystkim chodzi jednak o pieniądze. To, co niewolnicy zarabiają w Polsce, zasila budżet Korei Północnej, z którego finansowane jest na przykład zbrojenie tamtejszych armii w broń jądrową. Co prawda broń ta wycelowana jest raczej w Waszyngton, a nie Warszawę, ale warto pamiętać, że jeśli Korea Północna kiedyś zmusi NATO do reakcji, to do walki rzuceni zostaną zapewne także polscy żołnierze.
logo
Polacy dokładają się do tego, by Kim Dzong Un mógł bawić się w gry wojenne... Fot. DPRK
Im więc reżim w Pjongjanugu biedniejszy, tym mniejsze stanowi zagrożenie. Tymczasem raporty południowokoreańskich służb i Organizacji Narodów Zjednoczonych wskazują, że Korea Północna zabiera od 80 do nawet 90 proc. pieniędzy zarabianych co miesiąc przez każdego robotnika-niewolnika. To tzw. opłata lojalnościowa. W Polsce tacy pracownicy mogą liczyć na pensje w wysokości ok. 3,5 tys. brutto. Równowartość kilkuset dolarów od każdego z nich to dla dotkniętego licznymi sankcji państwa niebagatelny zastrzyk funduszy.
"Twój dom budują niewolnicy"
To, że niewolnikom z polskich budów po miesiącu ciężkiej pracy zostaje zaledwie ok 100 dol. stało się pretekstem do rozpętania najnowszej burzy wokół procederu uprawianego przez reżim Kim Dzong Una nad Wisłą. Sprawę wykorzystywania tego typu robotników na budowach w Wilanowie nagłośniła kilka dni temu partia Razem.
Choć formacja Adriana Zandberga nie może przeskoczyć w sondażach ponad "szklany sufit" 3 proc. poparcia, to w mediach jak zwykle poradziła sobie bardzo sprawnie. "Nie wyobrażamy sobie, żeby w Polsce w XXI wieku mogli pracować niewolnicy ze zbrodniczego reżimu" - oznajmili razemici i ściągnęli uwagę największych stacji telewizyjnych. I chwała im za to, bo ten proceder trwa stanowczo zbyt długi i na zbyt wielką skalę.
Wcześniej sumienia Polaków w tej sprawie próbował ruszyć już "Newsweek". Jesienią 2015 roku tygodnik Tomasza Lisa naliczył co najmniej 500 robotników-niewolników pracujących w Polsce. Można przypuszczać, że liczba ta niewiele się zmieniła, bo utrzymuje się na podobnym poziomie od czasów przygotowań Polski do organizacji Euro 2012. Wtedy po siłę roboczą z KRLD sięgali chętnie też drogowcy i deweloperzy odpowiedzialni za największe inwestycje.
"Ubrania robocze są dwa: jedno na lato, drugie na zimę. Raz w roku para butów. Paszport leży u szefa grupy, współpracownika tajnych służb. Pokoje w wynajętych domach lub barakach, po dziesięć osób w klitkach po 18-20 metrów kwadratowych" - tak o warunkach pracy Koreańczyków w Polsce pisali Wojciech Cieśla i Rafał Gębura. Wszyscy pracodawcy zatrudniający niewolników uparcie odpowiadają jednak, że wszyscy Koreańczycy mają niezbędne pozwolenia, Straż Graniczna nie ma żadnych zastrzeżeń, a ich praca odbywa się zgodnie z polskim kodeksem pracy.
logo
Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta
Za Kimem, przeciw Unii
Na podobne wykręty nie pozwalają w Unii Europejskiej już nigdzie, poza Polską i Maltą. Tylko te dwa kraje nadal nie robią reżimowi Kima problemów z dorabianiem na niewolnikach. W pozostałych państwach UE albo wprowadzono przepisy wprost zabraniające takiej współpracy z rządami pokroju tego z Pjongjangu, albo organy odpowiedzialne za nadzór nad rynkiem pracy utrudniają każdorazową próbę zatrudnienia pracowników z północy Półwyspu Koreańskiego.
Dlatego Polacy za współpracę z północnokoreańskim reżimem mogli zapłacić odpowiedzialnością przed organami ONZ za naruszenie sankcji, którymi społeczność międzynarodowa obłożyła Koreę Północną. Za funkcjonujący tam totalitarny ustrój, brak poszanowania dla praw człowieka, no i grożenie reszcie świata użyciem broni jądrowej.
Wskazując na winę Polaków eksperci seulskiego instytutu Asan podkreślali, że rząd w Warszawie nie tylko de facto należy grona wspierających reżim Kima, ale i pozwala na transfer pieniędzy zarobionych przez niewolników w gotówce, z którą północnokoreańscy dyplomaci wylatują do ojczyzny. Co stanowi najbardziej dobitne naruszenie sankcji.
Stare grzechy
Tych grzechów bynajmniej nie ma na sumieniu jednak tylko poprzednia ekipa rządząca, która przymykała oko na to, że po siłę roboczą z Korei Północnej sięgają drogowcy i budowlańcy. Pierwszy raz o północnokoreańskich niewolnikach w Polsce zrobiło się głośno już 10 lat temu.
"Gazeta Wyborcza" donosiła wówczas, że zaledwie 60 zł miesięcznie otrzymują oni za pracę w Stoczni Gdańskiej zarządzanej wówczas przez obecnego posła Prawa i Sprawiedliwości Andrzeja Jaworskiego. Przeciwko twierdzeniom, że kolegom z Korei Północnej dzieje się krzywda stanowczo zaprotestowali wtedy związkowcy z "Solidarności". – Warunki ich pracy nie odbiegają od warunków Polaków – twierdził ówczesny lider związkowców Roman Gałęzewski.
logo
Rok 2006. Koreańczycy z KRLD idą do pracy w Stoczni Gdańskiej. Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta
Po ujawnieniu obecnej sytuacji w Wilanowie rząd Beaty Szydło obiecuje jednak przełamać wieloletnią indolencję polskich władz w tej sprawie. Jednym z najprostszych rozwiązań może okazać się wprowadzenie do ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy przepisów tworzących katalog państw, z których pracowników w Polsce legalnie zatrudnić nie można.
Krzywda zwykłych ludzi?
Czy w ten sposób nie skrzywdzimy jednak zwykłych ludzi, którzy chcieliby w Polsce ciężko zapracować na lepszy los? Wątpliwe. Kwoty pozostające Koreańczykom po uiszczeniu tzw. opłaty lojalnościowej nie pozwalają na godne życie ani w Polsce, ani w Korei Południowej. A nawet jeśli robotnikom cokolwiek uda się odłożyć, to nie ma pewności, że po powrocie do ojczyzny nie zostaną znacznej części tych oszczędności pozbawieni.
Poza tym nie wiadomo, czy niewolnicy pracujący w Polsce nie są osobami prześladowanymi za poglądy lub wiarę, bo są zmuszani do milczenia. Milczą przed urzędnikami PIP i przed dziennikarzami. Ich opiekunowie pilnują tej ciszy na każdym kroku, nawet w kontaktach z polskimi kolegami. Tak skrupulatnie trzymają język za zębami prawdopodobnie dlatego, że wiedzą, iż cenę za wyjawienie prawdy zapłaciliby w Korei Północnej ich najbliżsi.
Na uczestniczenie w takim procederze nie powinien sobie pozwolić żaden cywilizowany kraj. A tym bardziej taki, na czele którego stoją ludzie przedstawiający się jako Prawo i Sprawiedliwość.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl