Andersen by tego nie wymyślił, czyli bajka o tym, jak Duńczycy walczą z cukrzycą

Fot. materiały prasowe
– Z cukrzycą żyje się łatwiej niż z katarem siennym – słyszę od kobiety, która od kilkudziesięciu lat cierpi na na tę chorobę. Jeśli nigdy wcześniej nie siedzieliście przy stole z kimś, kto musiałby w głowie przeliczać dokładki ziemniaków na dawki insuliny, to pewnie tylko pokiwacie ze zrozumieniem głowami. Pozwólcie więc, że zanim zanurzymy się w obiecany w tytule bajkowy klimat, trochę was postraszę, tak samo jak jeszcze do niedawna straszono nowo zdiagnozowanych pacjentów z cukrzycą typu 1: jeśli do ziemniaków zamówicie schabowego, poprawicie ciastkiem i nie zażyjecie insuliny – możecie umrzeć.


Cukrzyce są dwie: typu 1 i 2. Drugiej można się nabawić, średnio o siebie dbając. Geneza pierwszej nie jest natomiast znana. Maritt, z którą rozmawiam w duńskim Favrholm, zmaga się z „jedynką”. Choć z tego, co mówi, słowo „zmaganie się” nie jest tu za bardzo na miejscu. – Czasem trochę mi żal znajomych alergików. Katar sienny to coś okropnego – cały czas ci leci z nosa, toniesz w chusteczkach, tragedia – dobry humor nie opuszcza Maritt. – A ja co? Parę razy dziennie muszę zrobić sobie zastrzyk, i tyle – tłumaczy.


Na pytanie, czy ani trochę nie boi się, że weźmie za mało albo za dużo insuliny, kiwa przecząco głową: – Ani trochę. Raz nawet zdarzyło mi się wziąć złą dawkę. Nic się nie stało, po prostu musiałam więcej zjeść. Co, tak na marginesie, wcale mi nie przeszkadzało, bo bardzo lubię dobre jedzenie – mówi, wzruszając ramionami. – Dla mnie pen z insuliną to taki sam przedmiot jak szczoteczka do zębów – przekonuje Maritt.


„Pen” będzie jednym z powracających bohaterów mojej duńskiej opowieści, zatem wypada go w tym miejscu przedstawić. Imię w stu procentach oddaje jego powierzchowność – dzisiejszy pen wygląda jak długopis. W niektórych wydaniach bardziej przypomina mazak, nadal dość elegancki. Sposób obsługi tego urządzenia pozwalającego na wstrzykiwanie insuliny jest równie prosty, co mechanizm „pisadła” – przekręcamy skuwkę, ładujemy odpowiednią dawkę, przykładamy do skóry i naciskamy. Proste jak pisanie. Ale nie zawsze tak było. I o tym właśnie będzie bajka.


Marysia nie-Sierotka

Dawno, dawno temu, czyli przed rokiem 1922, ludziom chorym na cukrzycę żyło się bardzo, bardzo źle, a w większości przypadków – również bardzo, bardzo krótko. Lekarze wiedzieli, co prawda, że „smok”, który sieje spustoszenie w organizmach pacjentów, zwie się „cukier”, ale w walce z nim używali głównie jednego oręża: ścisłej diety. Jednak głodówki, podczas których spożycie cukrów ograniczano do niezbędnego minimum, przedłużały życie chorych najwyżej o kilka lat.

W 1922 roku w Kanadzie Frederick Banting i jego asystent Charles Best zaczęli eksperymentalnie leczyć diabetyków za pomocą insuliny. Wieści o rewolucyjnych wynikach nowej terapii rozeszły się po całym świecie. Dotarły również do Danii, gdzie z chorobą zmagała się Marie Krogh – lekarka i badaczka chorób metabolicznych.
Prywatnie Marie była żoną Augusta, który dwa lata wcześniej odebrał Nagrodę Nobla z dziedziny medycyny. W związku z tym zaproszeń na gościnne wykłady nie brakowało, a z faktu że część z nich nadchodziła zza oceanu, najbardziej cieszyła się Marie, która marzyła, aby osobiście zapoznać się z wynikami badań Bantinga i Besta.
Spotkanie badaczy nie zakończyło się jedynie wymianą poglądów – duńscy lekarze uzyskali od Kanadyjczyków pozwolenie na produkcję insuliny w ojczyźnie, a rok później zaczęli leczyć nią pierwszych pacjentów. Ampułki z lekiem zostały opatrzone nazwą Insulin Leo Nordsik Insulinlaboratorium, bo tak nazwana została firma założona przez Marie i Augusta, która później przekształci się w Novo Nordisk.

Witajcie w naszej (duńskiej) bajce

Szybki powrót do teraźniejszości, która i tak przez chwilę będzie przypominać bajkę. Nieważne bowiem, czy do Danii traficie na kilka dni, czy na kilka godzin, gwarantuję, że użyjecie tego słowa nie mniej niż kilkakrotnie. Ulice zakorkowane rowerami, a nie samochodami – bajka. Sklepy, w których przy kasie, zamiast batoników, leżą owoce – bajka. Uczynni, uśmiechnięci i wysportowani tubylcy – bajka.
Zapadając się w wypełnioną granulatem ogromną pufę, leżącą na trawiastym dziedzińcu centrum szkoleniowego Novo Nordisk w Favrholm (powiadam – bajka), zastanawiam się tylko nad jednym: skąd w tej duńskiej sielance w ogóle wzięła się cukrzyca? A potem pukam się w czoło – stereotypu diabetyka, jako osoby opychającej się słodyczami i wykazującej największą aktywność podczas sięgania po pilota od telewizora, trudno się pozbyć.

415 milionów to liczba osób, które w skali globalnej chorują na oba typy cukrzycy. Do roku 2040 pacjentów, którzy w którymś momencie walki z chorobą będą być może zmuszeni do przyjmowania insuliny, będzie prawdopodobnie 640 milionów. Trudno wyobrazić sobie, jak wobec tego wyglądałoby codzienne życie diabetyków, gdyby po codzienną dawkę insuliny za każdym razem musieli stawiać się w ambulatorium.

Na szczęście August, a szczególnie Marie, Krogh bardzo szybko zorientowali się, że skuteczna walka z cukrzycą nie ogranicza się jedynie do podawania ratującego życie leku. Aby chorzy mogli normalnie funkcjonować, trzeba było umożliwić im samodzielne kontrolowanie choroby. W związku z tym w roku 1925 firma Novo Terapeutisk Laboratorium wypuściła na rynek specjalne strzykawki Novo Syringe, za pomocą których chorzy, kiedy tylko zaszła taka potrzeba, mogli wykonywać iniekcje w zaciszu własnego domu.
Ewolucja magicznej strzykawki

Strzykawka, która na początku wieku była rozwiązaniem innowacyjnym, pod jego koniec stała się swego rodzaju symbolem stygmatu, jakim naznaczeni byli diabetycy. Na objawy cukrzycy trzeba reagować jak najszybciej – nieważne, czy podróżujecie dorożką w 1927, małym fiatem w 1975, czy tramwajem w 1990, kiedy poziom cukru odbiega od normy, trzeba zrobić zastrzyk. A teraz wyobraźcie sobie, jak koledzy ze szkoły czy z pracy reagują na widok osoby, która ni stąd, ni zowąd wyciąga z torby wielką strzykawkę. Strach przed igłami jest dość powszechny. Strach przed nieznanym – jeszcze bardziej, więc często nawet tłumaczenia: „Mam cukrzycę. Nie, to nic takiego. Tak, muszę codziennie się ‘kłuć’” nie były wystarczające, aby mentalne bariery pokonać. Nie mówiąc już o dyskomforcie, jaki odczuwali w związku z tym sami chorzy.

Pewnego dnia naukowcy z Novo Nordisk stwierdzili więc, że nie chcą być bohaterami smutnej bajki. Był to dzień, w którym amerykański magazyn naukowy „Lancet” opublikował artykuł o chorej na cukrzycę dziewczynce. Kilkulatka opowiadała w nim, ile niepotrzebnego wysiłku kosztuje ją codzienne wyrównywanie skutków choroby – jak nieporęczne są igły i jak bardzo wstydzi się robić zastrzyki. Pracownicy firmy postanowili w jakiś sposób pomóc małej Amerykance i milionom jej kolegów i koleżanek na całym świecie.
„A gdyby tak igłę przebrać za coś innego?” – ktoś mimochodem rzucił koncept godny Szewczyka Dratewki. Naukowcy jak pomyśleli, tak zrobili. Wstydliwą igłę postanowili ukryć w podłużnej plastikowej tubce i dla bezpieczeństwa nakryć ją skuwką. Genialny w swej prostocie pen insulinowy do sprzedaży trafił w 1985 roku. I choć od tej pory jest nieustannie ulepszany, spełnia najważniejszą na świecie funkcję – sprawia, że diabetycy żyją długo i szczęśliwie. I to już nie jest bajka – to rzeczywistość.

Artykuł powstał we współpracy z Novo Nordisk.