Fot. materiały prasowe/Danone

„Nie jest tak źle, zawsze mogło gorzej być” – głosi jeden z wersów „pioseneczki”, za pomocą której zespół Stay Strong Brothers ilustruje sens szukania radości w małych rzeczach. A przynajmniej próbuje, choć zapewne, podejmując decyzję o nagraniu polskich wersji swoich utworów w ramach akcji Mam Moc, międzynarodowe towarzystwo raczej nie wiedziało, na co się porywa. Oduczyć Polaków narzekania? Keine szanse – można odparować kolejnym cytatem z ich piosenki. Z drugiej strony, jeśli istnieje osoba zdolna przekonać parę milionów z nas, że zamienianie negatywów na pozytywy ma sens, to jest nią Maciej Stuhr.

REKLAMA
– Są jednym z najbardziej sympatycznych zespołów, jakie w życiu spotkałem. Mają w sobie coś takiego, że się człowiek uśmiecha, jak ich widzi – tak Maciej Stuhr opisuje muzyków Stay Strong Brothers. W taki sam sposób jego samego opisałaby pewnie większość z prawie 800 tysięcy „followujących” na Facebooku. Internetowa rzeczywistość nie kończy się jednak na jednym fanpage’u. Z całym dobrodziejstwem cyberinwentarza trzeba przyjąć też nienawistników, tych ideowych, i tych zawodowych. No i tych, których żarty Stuhra nie śmieszą. Albo śmieszyły kiedyś, ale odkąd „zaczął grać w filmach o żydach” – już nie. Co na to Stuhr? – Facebook to przyjazne miejsce – odpowiada bez zająknięcia w rozmowie z na:Temat.
Stay Strong Brothers to bardzo uśmiechnięty skład.
Tak, oni chyba nawet specjalnie nad tym nie panują. Albo może nie chcą. Te ich pioseneczki, tak naprawdę tylko zwrotka i refren, trwają lekko ponad minutę. Wcześniej się z czymś takim nie spotkałem, ale ta forma idealnie współgra z przeświadczeniem, które mam od lat, że najfajniejszy w sztuce jest niedosyt, a najgorszy przesyt. Trudno się nimi przesycić.
Chyba, że się zapętli.
No jasne, człowiek potrafi sobie zrobić niewyobrażalną krzywdę. To już jednak na własne ryzyko. Te piosenki są jak taki strzał z rewolweru – trwają mgnienie oka.
Jak się poznaliście?
Zespół szukał ludzi, którzy wykonaliby te ich piosenki w językach, którymi oni sami nie władają. W ten sposób trafili na mnie.
Teksty są Pana czy tłumaczone?
Częściowo tłumaczone, częściowo są to moje wersje, bo trudno było je przetłumaczyć słowo w słowo. Piosenka jest przecież wierszykiem, który musi mieć swój szyk, rytm, i rym, co wymusza stworzenie całkiem nowego układu. Starałem się jednak zachować ich klimat i tematykę, która skupia się wokół takich drobnostek dnia codziennego, które dotyczą każdego człowieka: że znowu jest poniedziałek, że zbliża się piątek, że warto się do siebie uśmiechać.
Piosenka jest dobra na wszystko?
Tak, pięknie to Przybora wymyślił. A w przypadku Stay Strong Brothers dochodzi do tego superkróciótka forma, co jest dodatkowym atutem. Artyści potrafią w takiej mikroskali niezwykle się wyrażać, do tego stopnia, że ludzie często właśnie te krótkie formy sztuki uznają za rzecz najbliższą. Piosenka potrafi być formą niesamowicie intymną, tworzyć silny, nierozerwalny związek między słuchającym a grającym. Sam mam kilku wykonawców, których w ten sposób uwielbiam.
Na przykład jakich?
Miesiąc temu kupiłem płytę Hey, która nie wychodzi z mojego odtwarzacza. Choć wałkuję ją w kółko, nie jest w stanie mi się znudzić.
Czyli coś jest w tym robieniu sobie krzywdy.
Ale to jest cholernie przyjemne, bo człowiek się z muzyką niesamowicie wiąże. Kiedy jest nam okropnie smutno czy kiedy jesteśmy zakochani i szalejemy z radości, jest przy nas piosenka.
Tych krótkich pioseneczek w pana wykonaniu można słuchać w internecie, który chyba szczególnie upodobał sobie krótkie formy.
Rzeczywiście, żyjemy w epoce okropnego skrótu. Wszystko musi zawierać się w krótkim komunikacie, w określonej liczbie znaków, w SMS-ie, w leadzie artykułu. Tylko nieliczni będą mieli ochotę zapoznać się z całością, rozwinąć, dotrzeć gdzieś głębiej, co najczęściej nie wróży nic dobrego, bo trudno poznać świat za pomocą skrótu. Z drugiej strony, jest to mechanizm obronny – musimy sobie jakoś radzić ze światem, który nas zalewa informacjami.
Ale! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W tej skrótowej formie drzemie również potencjał. Przede wszystkim potencjał inteligencji: żeby coś skrócić, trzeba wyciągnąć esencję, więc choćby z tego powodu skrót nie zawsze jest zły. Poza tym, moim zdaniem, w skrócie leży też ogromna kopalnia poczucia humoru. Coś, co trzeba sobie dośpiewać, dowyobrazić – jeśli jest w tym skróconym komunikacie zawarty dowcip, to ma szansę być śmieszniejszy.
Ma pan poczucie, że w internecie rozumieją pana skróty?
Nie wszyscy.
To martwi?
Nie. Cieszy, że są tacy, którzy jednak rozumieją.
Których jest więcej?
Nie prowadzę takich statystyk. Nie mam pojęcia.
A na czuja?
Mam nadzieję, że tych którzy rozumieją, ale mogę się mylić. Szczerze mówiąc, nie zaprzątam sobie tym specjalnie głowy. Natomiast zdecydowanie cieszy mnie, że ci, którzy ten mój skrót rozumieją, w takiej czy innej formie wypowiedzi, to są ludzie, którzy mi się podobają. Ale nie dlatego, że rozumieją moje dowcipy, tylko dlatego, że śmieszą nas podobne rzeczy. Podoba mi się to, co robią, jak się zachowują. Pod tym względem jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, bo wśród mojej widowni odnajduję bardzo fajnych ludzi, na których mi bardzo zależy.
Łatwiej rozśmiesza się w internecie czy na scenie?
To są dwa różne zadania. Na scenie wystarczy zrobić śmieszną minę. W internecie trzeba się z tą miną sfotografować. To kwestia znalezienia odpowiedniego środka wyrazu. Nie wiem, co jest trudniejsze, a co łatwiejsze.
A jeśli chodzi o dobór tematów? W internecie pozwala pan sobie na więcej?
Pozwalam sobie na inne rzeczy. Na scenie pozwalam sobie, w dużej mierze, na rzeczy artystyczne. Z kolei to, co zamieszczam w internecie, często w ogóle nie jest artystyczne – jest prywatne, publicystyczne. Jest to innego rodzaju forma dotarcia do ludzi i trzeba mieć tego świadomość. Jedne rzeczy są dobre na scenę, inne do felietonu, jeszcze inne do wywiadu, a jeszcze inne – na post na Facebooka.
Ile razy już pan odpowiadał na pytanie, czy będzie kandydował na prezydenta?
Niewiele (śmiech). Choć, owszem, widziałem w internecie tego typu wygłupy. Nie leży to jednak w sferze ani moich bliższych, ani dalszych zainteresowań.
Na pewno? Biorąc pod uwagę elektorat facebookowy, miałby pan spore szanse.
Grupa jest spora, natomiast to, że jestem szczęśliwym człowiekiem polega na tym, że lubię to, co robię. Obawiam się, że gdybym zmienił zawód na prezydenta, to niekoniecznie bym to lubił. Pewnie musiałbym się spotkać z prezydentem Chin, a to w ogóle mi się to nie uśmiecha.
Facebookowa aktywność to chyba ciężki kawałek chleba, tak się wystawiać na ostrzał w sieci.
Nie, to bardzo przyjemne. Zresztą nie mam poczucia, żebym się jakoś specjalnie wystawiał. Czasem przychodzą mi do głowy żarty i wtedy go zamieszczam. Albo informuję moich widzów, gdzie jestem i co robię. Dzięki temu do skomunikowania się z widownią coraz mniej potrzebne są mi inne media, czy z całym szacunkiem, dziennikarze. Nie muszę się martwić, czy ktoś napisze o czymś-tam, bo mogę wyciągnąć z kieszeni telefon i dotrzeć do 770 tysięcy ludzi, i to mi absolutnie wystarcza, jak się Pani być może domyśla.
Domyślam się, zwłaszcza że komentarze pod Pana postami są zwykle dość pochlebne, co znając naturę internetu, nie jest takie oczywiste. Pan też sporo pomaga, odpisując na nie.
Czasami się zdarza, choć dyskusja z internetem bywa niedobrym pomysłem. Jednak Faceboook, pomimo swoich wad, jest miejscem stosunkowo przyjaznym.
Przyjaznym?!
Tak. Na Facebooku, w odróżnieniu do innych forów, ludzie wypowiadają się z reguły pod własnym imieniem i nazwiskiem. Co za tym idzie, jest tam dużo mniej agresji i wulgarności. Dyskusje odbywają się na troszkę innym poziomie – wyższym, sympatyczniejszym. To, że nie ma przycisku „nie lubię” jest w tym kontekście dość ważne. Mam nadzieję, że go nie wprowadzą.
Można dać smutną buźkę.
Taaak… To już mi trochę zaczęło przeszkadzać (śmiech).
Żeby nie było tak słodko, na Pana Facebooku też zdarzają się mało przyjazne komentarze. Zdaniem niektórych powinien pan „skończyć z tym marudzeniem”. Ma pan poczucie, że marudzi w swoich wpisach?
Nie, w ogóle nie. Proszę nie zapominać, że jest olbrzymia grupa ludzi, która zarabia tym, że pisze niepochlebne rzeczy.
Usunął pan kiedyś komentarz?
Usunąłem jedną czy dwie osoby, które psuły zabawę, bo były nieprzyjazne i wulgarne. Nie widziałem więc powodu, żeby się z nimi nie pożegnać.
Po gali „Orłów” ktoś napisał na pana facebooku: „Teraz się zacznie: będzie łaził po różnych TVN-ach i płakał, że go hejtują”. Płakał pan?
Nie, w ogóle nie. To wydarzenie, o którym Pani wspomina, spotkało się z niesamowitym, zaskakującym nawet mnie odzewem, osobiście uważam, że nieco przesadzonym, z obu flanek. Żyjemy w czasach, w których reakcje bywają histeryczne, podejmowane bardziej pod wpływem emocji niż racjonalnego osądu.
W takich okolicznościach śmiech jest już reakcją obronną czy jeszcze szczerym wyrazem tego, że coś nas cieszy?
Różnie to bywa, zależy od żartu. U zarania tego, że człowiek zaczął się śmiać, przynajmniej tak mnie uczono na studiach, leżało to, że chcieliśmy odreagować pewne rzeczy, zwłaszcza takie, z którymi nie mogliśmy sobie poradzić. Jak się nie dało pokonać wroga, to się go wyśmiewało – to była ostatnia deska ratunku.
Są więc żarty, które nas śmieszą szczerze i takich jest, mam nadzieję, większość. Dlatego ludzie chodzą na kabarety czy komedie do kina: mają dość smutasów. Chcą mieć godzinę czy dwie nieskrępowanej rozrywki i przez chwilę zapomnieć o troskach. To jest fantastyczne w rozśmieszaniu ludzi – móc im dać chwilę przyjemności.
Albo pokazać zwierciadło i udowodnić, że śmieją się z samych siebie?
Zdarza się, jeśli rozśmieszający jest inteligentny, to potrafi tak to zapleść. Bywa też dowcip bardziej intelektualny, do którego się uśmiechamy, a nie zarykujemy ze śmiechu. Taki inteligencki humor, łączący dobrze nam znane elementy rzeczywistości w nietypowy i zaskakujący sposób, też jest mi bardzo bliski.
Polska jest dobrym klimatem dla humoru? Słychać narzekania, że „w USA to są prawdziwi komicy, a u nas…”.
Powiem tak: dobry żart bardzo często znajduje się gdzieś na granicy tabu. I tak sobie na tej granicy balansuje. Jak jest za grzeczny, to jest mniej śmieszny. Jak jest za daleko za granicą, to ludzie się zaczynają obrażać. Ten balans uprawia każdy, kto rozśmiesza. Problem polega na tym, że ta granica w różnych krajach leży w różnych miejscach. W Ameryce gdzie indziej, w Polsce gdzie indziej, w Iranie jeszcze gdzie indziej.
Zgadzam się, w Polsce nie ma takich komików jak w Ameryce. W Nowym Jorku widziałem taki stand-up o 11 września, że mimo że uważam się za człowieka niesamowicie otwartego, miałem kłopot z jego oglądaniem. Naprawdę. Przekroczyło to granice mojej wyobraźni. A widownia? Umierała ze śmiechu. Cała.
To był szczery śmiech?
Szczery. To było widać. Oni mają taką kulturę stand-upu. Jest widownia, która lubi taki poziom – największy możliwy hardkor. I na tę publikę to działa, choć oburzeni pewnie też się znajdą.
Gdzie jest nasza Polska granica?
Nie wiem. Jesteśmy dość konserwatywnym społeczeństwem, którego część uważa, że z pewnych rzeczy nie powinno się śmiać. Druga część uważa, że można. Niektórzy nie lubią, jak się śmiejemy z religii, inni – z opcji politycznych, jeszcze inni – z nich samych.
A Pan ma swoją prywatną granicę?
W którymś momencie każdy ma.
Gdzie ona przebiega?
W smaku i w guście. I w klasie. Tu mamy do czynienia z pewnym paradoksem, bo im więcej człowiek ma klasy, tym więcej granic może przekroczyć.
Dlaczego?
Ponieważ człowiek z klasą i kulturą daje nam gwarancję bezpieczeństwa. Nawet to, że on się z kogoś śmieje, nie znaczy, że temu komuś źle życzy.
Co daje Panu moc do pracy, do śmiechu, do rozśmieszania?
Pozytywne nastawienie, chęć wstawania z łóżka rano. Wiara w – choć to chyba nie najbardziej fortunne słowo – dobrą energię. Trudno to zastąpić jakimś synonimem, ale rzeczywiście coś takiego istnieje. Jeśli człowiek czymś takim emanuje, to niesamowicie wraca. I na odwrót – jeśli się czegoś nie wyśle, to nie dostanie się z powrotem.
W Polsce, w porównaniu z innymi miejscami, które Pan zna, tej dobrej energii jest dużo?
Powiedziałbym, że nie jest źle. Mamy poczucie humoru i lubimy się śmiać. Uwielbiamy komedie, kabarety, dowcipy, cenimy humor. Mamy olbrzymie tradycje humoru w literaturze, kinematografii, mamy świetnych rysowników… Naprawdę nie jest z tym żartem najgorzej. Wydaje mi się nawet, że w porównaniu z innymi krajami jest całkiem dobrze.
Trochę zmartwiła mnie Pani tym marudzeniem… Muszę przepatrzeć swoje wpisy pod tym kątem (śmiech). Bo tu jest pewien problem – lubimy sobie pomarudzić.
Kochamy i kabarety, i marudzenie. Lekka schizofrenia.
Paradoks. Nie jesteśmy tacy jak Amerykanie – nie lubimy mówić o swoich sukcesach. Opowiadamy raczej o tym, że się poślizgnęliśmy albo że nas noga boli, a tak w ogóle to mamy długi, a na urlopie padał deszcz.
Co z kolei jest dobrym tematem do żartów.
Tak, może tu jest punkt styczny: możemy się pośmiać, kiedy wszystko idzie nie tak.

Akcja Mam Moc, której ambasadorem jest Maciej Stuhr, jest elementem kampanii marki Actimel.