
Tu nie przychodzi się „przy okazji” robienia zakupów w galerii handlowej. Już sam fakt, że „Optyk z Fabrycznej” jest w takim miejscu, z którego wszędzie jest daleko, sprawia, że wizyta w zakładzie optycznym staje się „wyprawą”. Podejmują ją ci, którym zależy na tym, by wyglądać ładnie, modnie i elegancko.
REKLAMA
Sam zakład to mała dziupla, jadąc samochodem łatwo go przeoczyć. W środku jest ledwie kilka metrów kwadratowych powierzchni, trzy krzesełka dla oczekujących klientów, lada i dwie wystawy z oprawkami. Wybór na pierwszy rzut oka nie jest duży, ale to tylko wrażenie, w rzeczywistości można przebierać pośród trzech tysięcy wzorów. I klienci to robią, przesiadując w zakładzie często nawet kilka godzin. Sprzyja temu atmosfera, jaka panuje w zakładzie, gdzie fachowość okraszona jest dobrym humorem.
To jedno z nielicznych miejsc, w którym klienci potrafią naprawdę długo czekać na swoją kolej bez narzekania, że tracą czas. Siedzą, bo dobrze się bawią, ale też mają świadomość, że nowe okulary będą bardzo dobrze dobrane do ich twarzy i będą w takim stylu, w którym czują się najlepiej. Optyk z Fabrycznej to miejsce, gdzie ludzie z dobrym wzrokiem zaczynają rozważać, czy może nie kupić sobie "zerówek".. Na szczęście zawsze mogą zamówić przeciwsłoneczne...
O tym, jak dobierać oprawki, i co okulary mówią o człowieku rozmawiamy z Dorotą Świderską.
Nietypowa ta lokalizacja.
Na początku spałam na zapleczu, bo w ogóle nie było klientów. Zupełnie nikogo. Ulica Fabryczna jest kiepskim punktem na tego typu zakłady. Jest położona na uboczu, miejsce jest mało przelotowe, naprawdę niewiele ludzi chodzi po ulicy. Proces przyciągania klientów trwał bardzo długo. Rozkręcało się to około trzech lat.
„Optyk z Fabrycznej”. Prosta nazwa, proste logo. Nie kusiło pani, żeby jakoś bardziej fantazyjnie nazwać zakład?
Jestem przeciwna szumnym nazwom jak „Salon optyczny”. Takie proste nazwy jak „Zakład optyczny” czy „Optyk z Fabrycznej” są bardziej swojskie i takie nasze, warszawskie. Nie chciałam robić kolejnego wypasionego miejsca z wyelegantowaną obsługą w firmowych koszulach. Lubię jak jest prosto i zwyczajnie.
Lokalizacja na peryferiach, a w środku tłumy. Jak pani to robi?
Staram się zobaczyć twarz klienta. Proporcje twarzy. Później dobieramy oprawki tak, żeby klienci wychodzili zadowoleni.
Wśród klientów panuje przekonanie, że nikt tak dobrze nie dobiera oprawek do twarzy jak pani i jej siostra. Talent, tajemna sztuka czy może są jakieś zasady uniwersalne, których przyswojenie sobie pozwala na tak skuteczne doradzanie klientom?
Jeśli ktoś interesuje się sztuką i ma z nią częsty kontakt, to wyrabia mu się oko do proporcji. Ale ważne jest też szerokie spojrzenie na piękno. O to właśnie chodzi, żeby w każdym znaleźć coś ładnego i to wyeksponować. Okularami można podkreślić jeden element twarzy, a zamaskować inny, którego akurat lepiej nie eksponować.
Oprawkami można poprawić proporcje twarzy, koloryt skóry. Można zamaskować podbródek czy opadające powieki, albo podkreślić oczy. Okulary dobiera się zresztą nie tylko do twarzy, ale i do sylwetki. Jak drobnej osobie powiesimy wielkie oprawki na nosie, to się ją w ten sposób dociąży, z kilku metrów będzie wyglądała na jeszcze niższą. Okulary muszą być scalone z postacią. Musi w okularach być coś takiego, żeby tworzyły z człowiekiem harmonię.
Istotny jest też kolor. Kolor oczu, karnacja, kolor włosów, można tak dobrać oprawkę, żeby oczy bardziej wyodrębnić z twarzy. Jeśli ktoś ma piękne, inteligentne spojrzenie, albo figlarne, to trzeba je podkreślić.
Prowadzą panie zakład z siostrą, a jesteście do siebie bardzo podobne. Klienci się nie mylą?
Ja pracuję w pierwszej połowie tygodnia, a siostra w drugiej. Przyszedł kiedyś klient, w poniedziałek i był oburzony, że go nie poznaję. „Jak to, przecież byłem w piątek, nie poznaje mnie pani?” – pytał. Jakoś przełknął, gdy mu odpowiedziałam, że musiał zamawiać u siostry. Przychodzi w środę, znów do mnie i już od drzwi mówi – Proszę pani, zamówiłem u siostry w poniedziałek okulary...
Klienci mylą się notorycznie. Mam stałego klienta, znamy się od dwudziestu lat. Przyszedł do zakładu w sobotę, gdy jesteśmy akurat we dwie. Siostra wychodzi do niego z zaplecza, ten rzuca się jej na szyję i zabiera do całowania „po znajomości”. Po czym wychodzę ja i … zdębiał. Kiedyś przyszedł inny klient w sobotę, widzi nas dwie naraz i krzyczy: – Boże, wreszcie się sprawa wyjaśniła, wy jesteście dwie! Oczywiście nie jesteśmy takie same, kiedy nas się postawi obok siebie to różnice widać gołym okiem. Mój mąż mówi, że wprawdzie nie jesteśmy identycznie, ale tak samo wychodzimy z zaplecza.
Do zakładu przychodzą hipsterzy, osoby młode i starsze. Można powiedzieć „każdy”. Rzeczywiście ma pani oprawki dla każdego?
Staram się mieć szeroki wybór. Nie ograniczam się do jednego stylu, jednej mody. Mamy na stanie około 3 tysięcy oprawek. Zależy nam na tym, żeby mieć w ofercie obok znanych marek, także te mniej popularne, jak na przykład moja ulubiona „woow”.
Ile średnio trwa dobieranie oprawek do człowieka?
Średnio około godziny. Zawsze trzeba z klientem trochę porozmawiać. Muszę to robić, żeby go poznać. Okulary dobiera się nie tylko do kształtu twarzy, trzeba tak dobrać oprawki, żeby pasowały do człowieka. Nie ma sensu skromnej, statecznej osobie dawać krzykliwych okularów, bo będzie się w nich źle czuła. Ta sama kobieta może ładnie wyglądać w stonowanych okrągłych oprawkach i w super seksownych „kotach”. Ale na przykład koty nie pasują do jej charakteru i to zupełnie dyskwalifikuje taką oprawkę.
Chodzi o to, żeby podkreślić jakieś cechy człowieka okularami. Jeśli to się nie uda, to taka osoba będzie wyglądać jak przebrana.
Okulary, które ludzie noszą, są integralnym elementem twarzy. Dobór nowych oprawek jest trochę jak operacja plastyczna. Moim zadaniem jest to, żeby człowiekowi ułatwić przejście tej zmiany. Żeby ludzie, którzy widzą go potem w nowych oprawkach myśleli, że przeszedł fajną zmianę in plus. Dobre okulary nie wyją.
Rozumiem, że są sprinterzy, którzy przymierzają dwie oprawki i na tym kończą swój wybór. Ile siedział najdłużej klient w pani zakładzie?
Zdarzają się ludzie, którzy przychodzą kilka dni z rzędu i siedzą po parę godzin. Potem zwykle biorą te oprawki, które przymierzali na początku.
Zadowolony klient wróci i przyprowadzi dwoje znajomych. Czy ta zasada sprawdza się także w pani przypadku?
Zdecydowanie tak. To mały zakład, w miejscu mało przelotowym, w związku z tym tylko ten marketing szeptany ma tu zastosowanie.
Ma pani stałych klientów?
Bez przesady mogę powiedzieć, że większość z tych, którzy tu przychodzą, to stali klienci. Jak już ktoś tu trafi, to potem wraca. Mam wielu klientów, których mogę nazwać swoimi znajomymi. Gdy spotykam ich gdzieś przypadkiem na ulicy, przystajemy i zwyczajnie rozmawiamy, niekoniecznie o okularach.
Jak często wracają na Fabryczną?
Przeciętnie raz w roku przychodzą wyrobić nowe okulary. Zdarza się, że przychodzi klient jeszcze częściej, albo robi na raz kilka par.
Nie kusiło pani, żeby rozszerzyć działalność? Otworzyć drugi zakład w innej części miasta, zatrudnić dodatkowe osoby?
Uważam, że formuły zakładu, który prowadzimy nie da się po prostu przerobić na sieciówkę. To firma rodzinna, w której pracujemy z siostrą, teraz jeszcze pomaga mi córka. Gdy przerobi się „Fabryczną” na sieciówkę, to stracimy swoją jakość.
Jak nie zakład optyczny to co innego? Wyobrażała sobie pani kiedyś życie zawodowe nie związane z „Optykiem z Fabrycznej”?
Miałam plany żeby pracować naukowo jako fizyk. Dziś nie wyobrażam sobie siebie gdzieś indziej niż w zakładzie optycznym. To bardzo przyjemna praca.
Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl
