
Jak wprowadzić cenzurę bez powoływania Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk? Wystarczy nie dać pieniędzy na tłumaczenie książek autorów niechętnych władzy. Autorzy, którzy władzy nie krytykują, nie mają się czego obawiać.
REKLAMA
GUKPPiW to znienawidzona przez twórców instytucja cenzorska, która działała od 1946 roku aż do upadku komunizmu w Polsce. Zmagali się z nią wszyscy, od dziennikarzy po reżyserów filmowych. Cenzorzy śledzili i niszczyli w zarodku wszelkie przejawy nieprawomyślności, odstępstwa twórców od jedynie słusznej linii partii były bezlitośnie tępione.
Walkę z cenzurą wspomina do dziś wielu autorów, aktorów czy reżyserów. Może się okazać, że ich wspomnienia nie będą jednak tylko anegdotycznymi opowieściami. Za sprawą PiS cenzura wróciła. Choć nie ma jej oficjalnie, to już działa w Instytucie Książki.
Jak donosi tygodnik "Polityka”, mechanizm jest tak prosty, że aż prostacki. Tłumaczenia polskich książek finansowane są w ramach programu "Copyright Poland". Instytut Książki odmawia przyznania pieniędzy na tłumaczenie książek "nieprawomyślnych" autorów. Tak zrobiono z książką "Bieguni” Olgi Tokarczuk. Tłumacz, który zgłosił się do instytutu z prośbą o wsparcie finansowe na tłumaczenie dostał informację, że pieniędzy nie dostanie.
Tymczasem nie ma żadnych problemów z wypłatą pieniędzy na tłumaczenie Bronisława Wildsteina czy Rymkiewicza. Problem w tym, że te pozycje jakoś nie cieszą się za granicą dużą popularnością. Zdaniem Justyny Sobolewskiej z "Polityki" takie postępowanie pracowników Instytutu Książki jeszcze bardziej zmarginalizuje polską literaturę za granicą.
Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl
