Według tłumacza, czytelnicy najbardziej cenią grafomanię.
Według tłumacza, czytelnicy najbardziej cenią grafomanię. fot. Roman Motizov/123rf.com

Tłumacz, któremu zawdzięczamy m.in. polskie wersje książek Huntera Thompsona czy Arthura Conan Doyle’a mówi wprost: „Rynek ceni grafomanów”. To jednak nie prozę autora „Strachu i odrazy w Las Vegas” czy wiktoriańską klasykę tłumacz uważa za źródło swojej traumy.

REKLAMA
Najbardziej przytłoczyła go współczesna powieść, a dokładnie romans historyczny osadzony w Sewilli w czasach hiszpańskiej inkwizycji.
Podobnie jak inkwizycji, nikt nie spodziewa się nagłego ataku najbardziej kuriozalnej grafomanii. Wróbel wspomina mizerną wiedzę autorki na temat epoki, którą opisywała, błędy w nazwiskach postaci historycznych i koszmarny fabularny kręgosłup, w którym postaci wplatano w celu wypełnienia pojedynczych zadań.
– Wszystko to podane za pomocą mocno przekombinowanej, obrazowej metaforyki, dzięki której „penis wznosił swą głowę niczym żuraw, wynurzający się z porannych mgieł” i dialogów, które sprawiały wrażenie napisanych dla drewnianych kukiełek. Trzysta pięćdziesiąt stron absurdalnych zwrotów akcji, błędów faktograficznych, z których tylko część udało się sprostować w tłumaczeniu, rozwiązań typu deus ex machina i seksistowskiego bełkotu, podszytego sadystycznym uwielbieniem do opisywania tortur – żali się „Dwutygodnikowi”.
Tytułu powieści nie zdradza. My się tylko domyślamy. Według tłumacza, na różnego rodzaju blogaskach można przeczytać recenzje tego dzieła, jako znakomitej książki. – Niestety rynek ceni grafomanów, bo są produktywni – podsumowuje.
źródło: Dwutygodnik