Fot. materiały prasowe

“Dlaczego na narty koniecznie musicie jeździć na lodowiec” i “Kiedy w Warszawie otworzą drugą linię metra” - pytali mnie Austriacy w Austrii. Zestaw dość osobliwy, ale po chwili zastanowienia dość dużo mówiący. Pytanie pierwsze to dowód na istnienie polskiego wakacyjnego Janusza w wersji zimowej i potwierdzenie, że jego snobizm wyszydzają też Austriacy. Drugie z kolei świadczy o tym, że Austriacy o Polsce wiedzą mniej więcej tyle, co my o Austrii - czyli niewiele. Tyrol, Mozart i kartoffelsalad - tak wyglądał mój własny zasób skojarzeń (i w dużej mierze - niemieckiego słownictwa) przed wyjazdem do Salzburga. Okazało się, że kilkudniowy pobyt to oczywiście za mało, aby znacząco podnieść kompetencje językowe, ale wystarczająco dużo, żeby przekonać się o tym, że do Austrii przejechać się warto i to nie tylko po to, żeby móc się pochwalić znajomym sweet-focią z lodowca.

REKLAMA
- Salzburg jest świetny, taaak… Ale wiesz, to nie jedyne ciekawe miejsce tutaj - przedstawiciel biura promocji regionu Salzburgerland był trochę sceptyczny, kiedy powiedziałam, że pobyt w Austrii chciałabym zamknąć raczej w miejskich ramach. - Zorganizujemy kilka wypadów. Na pewno nie będziesz się nudzić. A tak w ogóle, co myślisz o canyoningu? - zapytał płynnie zmieniając temat. Wbrew temu co sądziłam, w słowie nie było literówki i jak się później okazało, nikt nie miał zamiaru wysyłać mnie na spokojny spływ kajakami. Reszta opisu się jednak zgadzała - nie miałam okazji się nudzić. Co robiłam w lecie w Austrii i czego się dzięki temu nauczyłam? Już mówię.
Salzburg to największa i najbardziej ukulturalniona “wioska” Europy
140 tysięcy - tylu mieszkańców liczy czwarte co do wielkości miasto w Austrii. I choć według naszych standardów określilibyśmy je co najwyżej jako “średnie”, to jego mieszkańcom te niewielkie gabaryty wcale nie przeszkadzają, aby co roku zapraszać tu dziesiątki tysięcy melomanów z całego świata. Podczas Saltzburg Festival miasto wręcz puchnie od muzycznych i teatralnych atrakcji.
logo
Salzburg Festival trwa miesiąc. W tym czasie na ulicach miasta mają miejsce setki wydarzeń kulturalnych Fot. materiały prasowe
W przeciwieństwie do naszej rodzimej “stoicy polskiej piosenki”, Salzburg kulturalny fason trzyma praktycznie przez cały rok. Z resztą nie ma innego wyjścia, bo fakt że to właśnie tu swoje pierwsze kropki na pięciolinii stawiał Amadeusz Mozart, do czegoś zobowiązuje. Salzburgczycy biorą sobie ten fakt do serca i choć niektórzy przyjezdni wolą używać tu określenia: “zadzierają nosa”, to moim zdaniem, mają do tego pełne prawo. Dla ścisłości dodam, na własnej skórze ani razu nie było mi dane tego austriackiego “snobizmu” zaznać. Może dlatego, że zamiast do michellinowskiego Esszimmer, piłam i jadłam tam, gdzie przeciętni Salzburgczycy - w piwiarniach.
Piwiarnie mieszczą się nawet w klasztorach. I nikogo to nie bulwersuje
Austriacy ważą genialne piwo, a Saltzburg jest jego zagłębiem. Na terenie miasta funkcjonuje kilka browarów, w tym producent sztandarowego austrackiego lagera - Stiegl. Jeśli jesteście ciekawi jak powstaje - browar jest otwarty dla zwiedzających. Jeśli jednak browara chcielibyście się napić tak, jak robią to lokalsi - idźcie do Müllner Bräu. Znalezienie miejsca w autentycznych wnętrzach klasztoru Augustynów pod koniec tygodnia graniczy z cudem. Pomóc może modlitwa, albo stuknięcie się litrowym kuflem z jednym ze świętych, których obecność w pomnikowej postaci nikogo tu nie razi.
W sprawy strawy święci jednak starają się tu nie mieszać. Głodnych jednak nakarmić trzeba, więc browarnicy łaskawie wynajmują przestrzeń w podziemnych arkadach drobnej garmażerce. Nie mają nawet nic przeciwko, żeby jedzenie przynosić z domu, pod warunkiem, że umyjesz po sobie kufel (panuje samoobsługa!).
Z Salzburga pochodzi jeden z najsłynniejszych napojów świata
Quiz na spostrzegawczość - na puszce którego popularnego napoju widnieje austriacka flaga? Dla spostrzegawczych mam medal. Ze skrzydełkami na awersie. Z bykiem na rewersie... Trochę za późno, ale tak, Red Bull produkowany jest w Austrii. Kilkanaście kilometrów od Salzburga, w Fuschl am See znajduje się jego kwatera główna, a ojca-założyciela firmy - Dietricha Mateschitza, można często spotkać na spacerach wokół tamtejszego jeziora.
logo
Żaden posiłek nie obejdzie się bez Red Bulla. Serio. Fot. materiały własne
Nikt tu nie jest na diecie. Ty też nie będziesz miał okazji spróbować
Wielki talerz gotowanej, pokrojonej na kawałki golonki - kto chętny? Brzmi dobrze, smakuje jeszcze lepiej, ale jeśli nie chcecie zrobić sobie wstydu przy znajomych Austriakach, lepiej przed wyjazdem zwiększajcie systematycznie wielkość spożywanych porcji. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że z żadnej knajpy nie wyszłam głodna. Na kilku palcach mogę policzyć natomiast te, z których się prawie wytaczałam z przeżarcia.
logo
Taka tam goloneczka. Dla odważnych. Fot. materiały własne
Co jeść w Austrii? Chcąc nie chcąc - ziemniaki. Podawane są tu ze wszystkim i do wszystkiego. Moim osobistym hitem była sałatka - z nazwy: grecka. Posypana kawałkami słonego sera mieszanka liści kryła niespodziankę w postaci porcji startej marchewki, porcji kiszonej kapusty i, a jakże, kartofli. Takie lokalne wariacje specjalnie nie rażą - najwyżej wywołują uśmiech. Uśmiechniecie się też pewnie na widok oryginalnej kartoffelsalad - kiedy już zdołacie ją zlokalizować w ladzie chłodniczej. Idąc tropem majonezu, groszku i pokrojonej w kostkę marchewki nigdzie nie zajdziecie. Prawdziwa “ziemniaczana” bardziej przypomina utopione w oleju i occie puree. Proszę się nie krzywić - smakuje zacnie.
Dla tych, którzy ziemniakami gardzą, jest jedno wyjście: przejść od razu do deseru. Amatorzy słodkości narzekać nie będą. Nie dajcie się jednak namówić na żadne Sacher Torte - w Salzburgu jedynym słusznym zwieńczeniem posiłku jest Kaiserschmarrn, czyli omlet cesarski, lub Salzburger Nockerln - słusznej wielkości bezowe “góry”.
Żaden prawdziwy Austriak nie widział “Dźwięków muzyki”
Jeśli zapytaliście: “Czego?” - brawo, zdaliście pierwszy etap egzaminu na Austriaka. “Sound of Music” to film, który Amerykanie oglądają z zapałem i częstotliwością godnymi “Kevina samego w domu”. Musical z Julie Andrews i Christopherem Plummerem opowiada o losach autentycznego salzburdzkiego arystokraty i niemniej autentycznej niedoszłej amerykańskiej zakonnicy, która w chwilach wolnych od obowiązków guwernantki, z pieśnią na ustach pląsa po alpejskich stokach. Jedynymi osobami w Austrii, które film obejrzały (a przynajmniej utrzymują, że to zrobiły), są organizatorzy wycieczek w plenery, gdzie kręcone były “Dźwięki…”, których jedynymi amatorami są oczywiście mieszkańcy USA.
Austriacy to sztywniacy - czas skończyć z tym stereotypem
Jeśli jadąc na letni urlop w w okolice Salzburga nastawiacie się na ciszę i spokój, to owszem, miejsc gdzie tempo życiowe i turystyczne jest stosunkowo nieśpieszne w Austrii znajdziecie pod dostatkiem. Nie oznacza to jednak, że nie macie się spodziewać intensywniejszych wrażeń. Wręcz przeciwnie, proszę mieć się na baczności, bo jak pokazuje mój przykład, trochę ortograficznej pychy wystarczy, aby dać się wypuścić na “spacer” dnem zalanego wodą kanionu i zgodzić się na skoki z ośmiometrowych skał. Tak, na tym właśnie polega wspomniany na początku canyoning.
logo
Takie tam nudne skoki z trzech metrów pomiędzy skały Fot. Norbert Bartl
Najbardziej zaskakujące w całej tej wyprawie nie było to, że takie, bądź co bądź podpadające przecież pod kategorię ekstremalnych, aktywności odbywają się w “tej nudnej” Austrii, ale to, że sami Austriacy wydawali się tej “ekstremalności” nie dostrzegać. - Zajmuję się tym 15 lat, do tej pory mieliśmy tylko dwie zwichnięte kostki - odpowiada mi przewodnik, kiedy pytam, czy istnieje szansa, że zamiast wylądować w wypełnionym wodą zagłębieniu, skacząc nadzieję się na wystające skały. - Postaraj się tego nie zrobić. Żeby cię wydostać z kanionu, trzeba będzie wzywać helikopter - dodał przewodnik, wzruszając ramionami.
logo
Jak raz wejdziesz, to... kiedyś tam wyjdziesz. Fot. Norbert Bartl
Jeśli się głębiej zastanowić, może stąd właśnie bierze się przekłamanie, że Austria jest nudna - jej mieszkańcy właściwie w każdej sytuacji zachowują stoicki spokój. Co wcale nie oznacza, że wy, stojąc na śliskiej półce skalnej i zastanawiając się, czy skoczyć, też będziecie potrafili zachować taki luz. Szczerze? Wątpię.

Artykuł powstał we współpracy z Salzburgerland.com