Fot. Przemek Wierzchowski / AG

Wojciech Łazarowicz w felietonie dla naTemat zwrócił uwagę, że chciałby zobaczyć, jak Euro 2012 świętują zwykli Polacy, z dala od wielkich budżetów i celebrytów. Pomyślałam sobie, że mimo że nie jestem entuzjastką Euro, ja też mam od kilku dni swoje małe święto w Warszawie.

REKLAMA
Świętuję, bo przyjechali do mnie goście. A gości uwielbiam. Ci zjechali się z różnych stron świata do Warszawy, w której mieszkam od kilku lat. Mecze mnie nie kręcą, Strefę Kibica omijam z daleka, ale ta zmasowana wizyta jest po prostu świetna. Czuję się, jakbym miała europejskie wakacje, bez ruszania się za granicę. W ciągu kilku dni poznałam więcej ludzi niż przez cały rok. Pokazuję im miasto, bawię się, nie dosypiam. Raz się dziwią, raz zachwycają i z pewnością się tu nie nudzą.
Zabrałam ich na plażę nad Wisłą, której dzikość była dla wszystkich szokiem. Macie tu tyle zieleni i prawdziwe plaże w środku miasta, ja przyjeżdżałbym tu codziennie! – zachwycał się Peter z Liverpoolu. Poza tym jesteście tacy ułożeni, bawicie się kulturalnie, w Anglii po alkoholu ludzie robią całkiem szalone rzeczy, czasem aż strach wieczorem wyjść na ulicę. Przypomniała mi się wtedy zgoła inna rozmowa na temat kultury, przeprowadzona dzień wcześniej z przybyszem z Neapolu, Mario. Przeszkadzało mu, że młodzi nie ustępują starszym miejsca. Wyznał, że widok staruszek, chyboczących się w tramwaju przy uchwycie, niczym liście na wietrze i rozpartych na krzesełkach młodzieńców wywołał w nim smutek. Podobnie jak brak smacznego espresso: Wasi bariści za późno zabierają filiżankę spod maszyny do parzenia i do kawy wpadają ścieki. Jeden z nich, usłyszawszy, że jestem z Neapolu, poprosił, żebym mu pokazał, jak się robi dobre espresso, mam nadzieję, że w końcu się nauczył!
Święte figurki i lisy
Znad Wisły udaliśmy się na Krakowskie Przedmieście, gdzie tradycyjnie już nasłuchałam się zachwytów nad urodą polskich kobiet. Zapytani, co sądzą o polskich mężczyznach, stwierdzili, że wszyscy wyglądają tak samo. Na Nowym Świecie postanowiłam zaskoczyć moich gości. Z głównego traktu skręciłam w bramę, prowadząc ich, skonsternowanych i zaciekawionych majaczącą na rondzie de Gaulle'a palmą do Pawilonów, o których powiedzieli, że są jak równoległy wszechświat. Sam nigdy bym tu nie trafił, czy to jakieś tajemne miejsce? – dopytywał Ian. Zaczął opowiadać, jak dzień wcześniej wybrali się z grupą Czechów na Pragę Północ, bo ci narzekali na piwo, więc grupka przechodniów poradziła im, aby spróbowali napić się go w jednym z praskich lokali. Na Ząbkowskiej zaprzyjaźnili się z tamtejszymi stałymi bywalcami – zmęczonymi, ale wesołymi panami o czerwonych twarzach i robili sobie zdjęcia w bramach, z naturalnej wielkości świętymi figurkami. Jednak prawdziwy szok przeżyli, kiedy w jednej z tych bram zobaczyli przemykającego, najprawdziwszego lisa. Nowi przyjaciele szybko im wytłumaczyli, że to normalne i że gdy jest gorąco, lisy piją z nimi w bramach piwo. Chyba uwierzyli. Gdy usłyszałam historię o lisie, postanowiłam, że czas udać się do mojego ulubionego miejsca, czyli na Plac Zbawiciela. Kiedyś tam mieszkałam i wówczas często widywałam łasicę, biegającą po dachu Teatru Współczesnego. Kiedyś przyłapałam ją nawet, jak wślizgnęła się do kościoła Zbawiciela, dlatego ze znajomymi nazywaliśmy ją potem Pobożną.
W Polsce to normalne!
Gdy tak siedzieliśmy na Placu, zajadając lody, spróbowałam spojrzeć na Warszawę oczami gości. Poczułam wdzięczność dla mieszkańców tego miasta. Za magiczną tęczę, stojącą na środku placu, która zachwyca absolutnie wszystkich i jest jak wisienka na torcie, gwóźdź programu po całym dniu zwiedzania miasta. Za otaczające plac knajpy – że ich właścicielom się chce, że ciągle powstają nowe, że Niemiec, z którym chwilę porozmawiałam przy barze wyznał, że czuje się tam jak w kolorowej, artystycznej części Berlina, z tą różnicą, że ludzie są lepiej ubrani. Opowiadał też, że uwielbia robić sobie domowe śniadania, bo w Warszawie pełno jest małych sklepów, piekarni, warzywnych bazarków, a u siebie po zakupy za każdym razem musi wyprawiać się do supermarketu. I w końcu – wdzięczna jestem za przygodę, która spotkała w Warszawie dwóch moich włoskich znajomych i zachwyciła ich chyba nawet bardziej niż fakt, że w każdym sklepie można u nas dostać Nutellę (wielki włoski przysmak). Żądni zwiedzania okolic Warszawy Claudio i Matteo, wypożyczyli bowiem auto, byśmy mogli pojechać nad Zalew Zegrzyński, a może nawet na Mazury. Nasza wyprawa nawet się nie zaczęła, a chłopcy już rozwalili auto, nieumiejętnie parkując między słupkami. Spadł im zderzak, a klapa maski nie chciała się domknąć. Nie mogliśmy tak jechać przez miasto. Był piątek, 17.30. W panice ruszyliśmy do pierwszego napotkanego warsztatu. Właściciel już zamykał, bo spieszył się na mecz Polska – Grecja, ale zaproponował, że zadzwoni po brata mieszkającego po sąsiedzku – również mechanika. Z radości zawyliśmy, wylewnie dziękując, szczególnie oni. Brat zjawił się po chwili, na motorze. Obejrzał wóz i stwierdził, że auto trzeba zostawić na kilka dni. Gdy usłyszał, że to niemożliwe, zaproponował, że przyczepi prowizorycznie zderzak i naprawi klapę, bo to zajmie tylko kilka minut. Jak powiedział, tak zrobił, po czym stwierdził, że nie trzeba pieniędzy, że on przecież w ogóle nie pomógł i życzył powodzenia moim kolegom w meczu Włochów z Hiszpanią. Ci, gdy zrozumieli, co się stało, zaczęli gonić go z pieniędzmi, wskutek czego przez minutę panowie ganiali się wokoło samochodu. Majster jednak nie ustąpił, nie chciał wziąć pieniędzy, wskoczył na swój motor i tyle go widzieliśmy. Wszyscy troje byliśmy w szoku, ja w szoku utajonym, ponieważ postanowiłam udawać, że w Polsce takie zachowanie jest zupełnie normalne, dałam nawet do zrozumienia, że takie przygody spotykają mnie właściwie co drugi dzień. Koledzy byli wstrząśnięci i wniebowzięci, od piątku powtarzają, że kochają Polskę. Jednak musieliśmy przesiąść się do metra i tu kolejna ciekawostka – metro zupełnie ich zauroczyło. Że czyste, jasne, że są kamery, straże. Okazało się, że w ich rodzinnym Rzymie na perony zjeżdża się w dół całymi godzinami. Że wnętrze metra śmierdzi, a oświetla je blade, żółte światło, niczym z horrorów. Że strach nim jeździć po nocy. Nie to co tu.
Ktoś może powiedzieć, że to wszystko brzmi cukierkowo, ale taki mam właśnie nastrój. Od kilku dni czuję się słodko w mieście, które na co dzień trudno mi kochać. Czuję się jak gospodyni, która ugotowała swoim gościom pyszny obiad i wie, że gdy wrócą do domów, będą o nim opowiadać wszystkim i z niecierpliwością wyczekiwać kolejnego zaproszenia.