
Ponad 750 lat tradycji, legendarny gwar, tysiące kupców i dziesiątki tysięcy klientów, a w tle milionowe obroty. Taki jest Jarmark Św. Dominika, który w najlepsze trwa właśnie w Gdańsku. I jak zwykle przyciąga przybyszy nie tylko z całej Polski, ale i świata. Tylko, czy oprócz owiewającej tę imprezę legendy jest tu jeszcze coś naprawdę wartego uwagi?
REKLAMA
Przełom lipca i sierpnia to od dziesiątek lat urlopowy szczyt dla mieszkańców Gdańska. Dziś właśnie wtedy gdańszczanie robią największe korki na autostradowych bramkach i tłok na lotnisku, dawniej drzwiami i oknami walili w tym czasie do pociągów i PKS-ów. Dlaczego? Jeden z głównych powodów to "tradycja", według której wielu mieszkańców ucieka z miasta, gdy klucze do niego przejmują kupcy. Bo tych hałaśliwych tłumów, korków w centrum i wszechobecnego kiczu nie da się wytrzymać.
Kiedyś to było święto, a dziś...?
Zupełnie innego zdania jest jednak cała rzesza turystów, którzy wypad na Pomorze planują właśnie tak, by choćby przez chwilę pobuszować na Jarmarku Św. Dominika. W tej kwestii niewiele zmieniło się w zasadzie od setek lat. Jak już kiedyś opisywaliśmy w naTemat, impreza pierwszy raz została zorganizowana w 1260 roku, gdy gdańscy dominikanie od ówczesnego papieża Aleksandra IV pozwolenie na organizację wielkiego odpustu.
Zupełnie innego zdania jest jednak cała rzesza turystów, którzy wypad na Pomorze planują właśnie tak, by choćby przez chwilę pobuszować na Jarmarku Św. Dominika. W tej kwestii niewiele zmieniło się w zasadzie od setek lat. Jak już kiedyś opisywaliśmy w naTemat, impreza pierwszy raz została zorganizowana w 1260 roku, gdy gdańscy dominikanie od ówczesnego papieża Aleksandra IV pozwolenie na organizację wielkiego odpustu.
Na wieść o tym wydarzeniu do Gdańska ściągać zaczęły tłumy kupców, kuglarzy i ciekawych świata podróżników z tamtych czasów. W najlepszych latach średniowiecza, czy renesansu w gdańskim porcie pojawiało się na jarmark nawet kilkaset okrętów handlowych. A jego główną atrakcją pozahandlową była wizyta króla. I tak historia powtarzała się prawie co roku.
Gdański jarmark zapisał się w historii biznesu jako miejsce, gdzie handlowano bursztynem, kaszubskimi przetworami, wędzoną rybą i ceramiką, szkłem z Czech, dywanami z Azji, czy ekskluzywnymi tkaninami z Wysp Brytyjskich. W tym roku trwa teoretycznie 756. edycja kupieckiego święta, ale to nie do końca prawda, bo spore przerwy w tej historii konieczne były ze względu na wojny światowe i najmroczniejsze czasy komunistycznego reżimu.
Jarmarczny gwar na gdańskie Główne Miasto powrócił dopiero za czasów Edwarda Gierka. Wtedy, gdy w większości stanowił tzw. pchli targ, miewał jeszcze coś z dawnego klimatu. W okresie przemian ustrojowych coraz bardziej stawał się natomiast oknem na Zachód, przez które dało radę kupić rzeczy, których próżno było szukać na półkach polskich sklepów. Tu swoje pierwsze kroki stawiali potem w latach 90-tych Polacy uczący się kapitalizmu i biznesu.
I wtedy do imprezy według tradycji mającej uświetniać odpust z okazji wspomnienia Św. Dominika przykleił się kicz. Panował przez całe lata 80-te i 90-te, ale z czasem Polacy okrzepli i się w wielu miejscach się z nim pożegnali. Ale nie na Jarmarku dominikańskim...
Perełki zawsze się znajdą
Nie jest tak, że na opanowanych przez kupców Tkackiej, Pańskiej, Szerokiej, Św. Ducha, Długim Pobrzeżu i Zielonym Moście nie uda się znaleźć naprawdę ciekawych produktów. Jak zawsze wielu jest tu zdolnych artystów i rękodzielników. Coś dla siebie może znaleźć też ten, kto lubi alternatywną, szczególnie ekologiczną modę. Od kilku lat na Jarmark Św. Dominika do Gdańska zjeżdżają się też kucharze z całej Europy. Dzięki czemu o langosza łatwiej tu niż w Budapeszcie, pizza nie odstaje od tej, którą można przekąsić na Sycylii, a Francuzi i Holendrzy kuszą swoimi pysznymi serami.
Nie jest tak, że na opanowanych przez kupców Tkackiej, Pańskiej, Szerokiej, Św. Ducha, Długim Pobrzeżu i Zielonym Moście nie uda się znaleźć naprawdę ciekawych produktów. Jak zawsze wielu jest tu zdolnych artystów i rękodzielników. Coś dla siebie może znaleźć też ten, kto lubi alternatywną, szczególnie ekologiczną modę. Od kilku lat na Jarmark Św. Dominika do Gdańska zjeżdżają się też kucharze z całej Europy. Dzięki czemu o langosza łatwiej tu niż w Budapeszcie, pizza nie odstaje od tej, którą można przekąsić na Sycylii, a Francuzi i Holendrzy kuszą swoimi pysznymi serami.
Ale żeby to wszystko wypatrzeć trzeba naprawdę się postarać. Potrzebna też duża cierpliwość, by tymi jarmarcznymi perełkami cieszyć się bez frustracji otaczającą panoramą. Czyli zalewem tandety, bezsensownej drożyzny i "kapitalistycznej wolności" rozumianej w najgorszy z możliwych sposobów.
Jarmark Św. Dominika to wspaniały i ważny element gdańskiej historii, więc z uporem maniaka wałkuję jego temat prawie co roku. I w ubiegłym z satysfakcją mogłem pochwalić organizatorów za nieco mocniejsze promowania wartościowych uczestników. Takich, jak na przykład twórcy miejskiego designu. Niestety godziny wydreptane na tegorocznym jarmarku przyniosły wrażenie, że Gdańsk znowu zrobił z jarmarkiem krok w tył.
Święto tandety i cwaniactwa
Doklejane kolorowe włosy, tandetna biżuteria z plastiku imitującego bursztyn, "kuglarze" nieporadnie żonglujący piłką do rytu disco polo i co krok "oscypek" z żurawiną z elektrycznego grilla, którego sprzedawcy nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie o pochodzenie sprzedawanego produktu i datę produkcji. Wiedzą tylko tyle, że za mały serek wątpliwej jakości mają zgarniać nawet 10 zł. Oto czym jarmark kusi na Długiej i Długim Targu, czyli obszarze nazywanym przez władze miejskie "obszarem prestiżu".
Doklejane kolorowe włosy, tandetna biżuteria z plastiku imitującego bursztyn, "kuglarze" nieporadnie żonglujący piłką do rytu disco polo i co krok "oscypek" z żurawiną z elektrycznego grilla, którego sprzedawcy nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie o pochodzenie sprzedawanego produktu i datę produkcji. Wiedzą tylko tyle, że za mały serek wątpliwej jakości mają zgarniać nawet 10 zł. Oto czym jarmark kusi na Długiej i Długim Targu, czyli obszarze nazywanym przez władze miejskie "obszarem prestiżu".
Ciekawy klimat panuje też na Szerokiej, gdzie jak zawsze czekają handlarze tekstyliami. Dwadzieścia lat temu w ich ofercie królowały ortalionowe dresy i skórzane kurtki. W czasach, gdy na polskich listach przebojów królowała Metallica, Guns'n'Roses, Hey, czy Wilki z przebojami z pierwszych płyt, kolejki ustawiały się tu po naszywki i czarne bluzy z ulubionymi zespołami. Dziś hitem jest oczywiście odzież patriotyczna. Bluzo-zbroi nie ma, ale coś ze znakiem Polski Walczącej na każdą okazję znajdzie się bez problemu. Ale te ceny... Dwu, jeśli nie trzykrotnie wyższe od tych w sklepach internetowych oferujących identyczny asortyment.
Gdy dłużej się temu wszystkiemu przyjrzeć, wygląda to wszystko na jeden wielki spektakl naciągactwa. Niby nic nowego. Niby to żadne odstępstwo od wakacyjnej normy. Tyle tylko, że to impreza pod patronatem władz Gdańska teoretycznie organizowana przede wszystkim po to, by promować miasto. Czy taka promocja jest mu jednak potrzebna...?
Oto już kilka dni temu zapytaliśmy Wydział Promocji, Informacji i Komunikacji Społecznej Urzędu Miejskiego w Gdańsku. Do dziś nie doczekaliśmy się odpowiedzi, ale to milczenie zdaje się być niezwykle wymowne...
Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl
