
Rozdawanie ulotek, wolontariat, koszenie trawników... Od kilkunastu godzin na Facebooku króluje hashtag #myfirst7jobs. Internauci wypisują siedem zajęć, które doprowadziły ich do tego, co robią teraz.
REKLAMA
Ten łańcuszek wciągnął przynajmniej kilkanaście tysięcy osób, jeśli już nie więcej. Zaczęło się kilka dni temu, teraz wystarczy wpisać hasło "moje pierwsze siedem prac", a pojawią się dziesiątki odpowiedzi.
Pierwsze zawodowe doświadczenia łączą ludzi - powtarzającymi się są parzenie kawy, opieka nad dzieckiem czy smażenie frytek w McDonald's. Bywają też nieoczywiste zajęcia jak pisanie stron na zamówienie i sprzedaż ćwieków, którą chwali się dziennikarz InnPoland Tomasz Staśkiewicz.
Wymienianie kilku prac nie ma raczej zbyt wiele wspólnego z potrzebą udowadniania własnej wartości. Raczej przypomina w jaki sposób znalazło się w takim, a nie innym miejscu kariery - i że budowanie jej nie jest wcale łatwe. Z niewinnej zabawy płynie też wniosek: punkt startowy nie musi rzutować na całe życie, ale jak każdy inny, mniej lub bardziej prestiżowy, czegoś uczy.
