2008 rok. Niemcy, Bawaria. Elektrownia atomowa, która produkuje 3 proc. energii wytwarzanej w Niemczech
2008 rok. Niemcy, Bawaria. Elektrownia atomowa, która produkuje 3 proc. energii wytwarzanej w Niemczech fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta

Działacz ekologicznej organizacji Greenpeace chce stanąć na czele spółki PGE Energetyka Jądrowa. Czy naprawdę chce budować elektrownię jądrową? Nie - odpowiada - chcę pokazać, że dla spółki to szkodliwa strategia, na której może stracić mnóstwo pieniędzy.

REKLAMA
Jan Haverkamp, działacz Greenpeace stanął do konkursu na prezesa firmy, która kosztem kilkudziesięciu miliardów złotych chce zbudować w Polsce elektrownię atomową. Dotychczas Czech znany był raczej z prowadzenia kampanii przeciwko budowie reaktorów atomowych. Zapowiada, że pod jego rządami, spółka, zajęłaby się... energią odnawialną, między innymi farmami wiatrowymi. To trend światowy. Haverkamp mówi, że w samym tylko 2011 roku powstały na świecie nowe źródła energii z wiatru, słońca czy biomasy, o mocy takiej, jak 16 dużych reaktorów jądrowych.
NaTemat: Dlaczego chce Pan zostać prezesem PGE Energetyka Jądrowa?
Jan Haverkamp: Są dwa powody, dla których startuję w tym konkursie. Po pierwsze, jestem koordynatorem programu atomowego Greenpeace w Polsce i jestem przekonany, że informacje na temat energetyki atomowej w waszym kraju są niedostateczne, często też kłamliwe. A jednym z głównych źródeł takich informacji jest PGE. Taka sytuacja może na długo zepchnąć Polskę z kursu na bezpieczną energię.
Po drugie, jakiś czas temu byłem na konferencji w Choczewie, gdzie może powstać jedna z elektrowni. Zaprosili mnie tam mieszkańcy gminy i polscy eksperci. To, co zobaczyłem podczas spotkania, to całkowity chaos i brak informacji. Ludzie, którzy tam mieszkają, w których okolicy ma powstać elektrownia, są niedoinformowani.
Co Pan sądzi o inwestowaniu w energię atomową?
Jestem przeciwny jakimkolwiek inwestycjom w energię atomową. To jest szkodliwa strategia dla PGE jako firmy. Moim zdaniem, spółka na tej inwestycji straci mnóstwo pieniędzy i będzie źle oceniania przez agencje ratingowe. Cała ta strategia jest zła.
Energia atomowa w Europie, po okresie swojego renesansu w latach '90, obecnie ma tendencję spadkową, odchodzi się od energii z atomu. Zgodnie z sondażami niewielka, ale jednak większość Europejczyków jest przeciwna energii atomowej. Co ciekawe jednym z wyjątków w Europie są Czechy, z których pochodzę. Tam wiara w energię atomową jest religią. Tam są wyznawcy, nie można do nich trafić z racjonalnymi argumentami. Mieszkam tu już kilkadziesiąt lat i wiem, co mówię. Dzieje się tak między innymi dlatego, że mamy mały dostęp do mediów, kontrargumenty nie trafiają do opinii publicznej. Jedynym tygodnikiem, który pokazuje drugą stronę jest tygodnik Respekt. W Polsce jest podobnie, nie ma żadnej debaty publicznej, nie słychać krytycznych głosów.
Skoro jest pan przeciwko energii atomowej, to czego Pan szuka w firmie, która taką elektrownię ma zbudować? Co chce Pan zaoferować spółce?
Po pierwsze, to droga inwestycja, która się po prostu nie opłaca PGE. Budowa elektrowni atomowej zawsze się bardzo opóźnia, a jej koszty przekraczają znacznie początkowe założenia. W Czechach jedna z elektrowni kosztowała 3,5 raza więcej, niż zakładano. W Rumunii – 2 razy, tak samo jak w Finlandii – suma dwukrotnie przewyższyła szacunki. W Polsce cały projekt ma pochłonąć około 55 miliardów złotych.
Chciałbym wejść do zarządu PGE, żeby pokazać tej firmie, gdzie ma być za 30 lat, żeby myśleć strategicznie o energii w kontekście zmian klimatycznych. Dziś wiem, że trzeba stawiać na odnawialne źródła energii. Kolejną ważną rzeczą, jaką chciałbym wnieść do spółki jest decentralizacja struktury zarządzania energią. Potrafiłbym podejmować trudne decyzje na przyszłość.
Jak Pan ocenia swoje szanse na nominację?
Biorąc pod uwagę moje doświadczenie w kontaktach z PGE, a jest to bardzo zamknięta firma, nie oceniam ich wysoko. Ale nie tracę nadziei, jestem otwarty na niespodzianki.