
Na bankietach kradły wizytówki prezesów, by potem rozpoczynać flirty i romanse. Powiecie, że poleciały na pieniądze, a one mówią, że postanowiły nie pozostawiać miłości przypadkowi. Efekt działalności gangu wizytówkowego: trzy szczęśliwe małżeństwa i czwórka dzieci.
REKLAMA
"Ofiara" gangu wizytówkowego okazuje się być całkiem szczęśliwa. – No dobra, czasem trochę mi przeszkadza, że ciągnie pieniądze jak z bankomatu. Z drugiej strony, po moich namowach skończyła studia, znalazła pracę, choć mogłaby tylko siedzieć w domu. Mamy dziecko i ustabilizowane życie. Czego więcej chcieć więcej – mówi Marek, z wykształcenia filozof, z zawodu przedsiębiorca.
W życiu Marka niemal wszystko jest wzorowe i zaplanowane. Po studiach wymyślił sobie, że będzie milionerem. Przed czterdziestką zgromadził taki majątek. Biznes– firma handlowa branży elektronicznej – działa stabilnie. Dom w Warszawie kupiony bez kredytu, syn lat 2, a drugie dziecko w drodze. Pytany czy nie żałuje, że tak potoczyły się wypadki, twardo zaprzecza. – Byłem tak zajęty pracą, że nie miałem czasu znaleźć sobie porządnej żony. Zresztą gdzie jej szukać, w klubach? Romanse biurowe? Nie są w moim stylu. To nawet lepiej, że ona znalazła mnie – zwierza się w rozmowie z naTemat.
Flirt SMS-owy
Zaczęło się na przyjęciu wigilijnym dużej spółki handlowej. Czwartek wieczorem, Filharmonia Narodowa. Zagraniczny prezes czyta z kartki kilka doniosłych zdań. Za nim hostessy zbierają wizytówki do wielkiego słoja. Tego wieczoru odbędzie się loteria towarzyska, a główną nagrodą jest wyjazd narciarski do Włoch. Ale nie wszyscy biorą udział w losowaniu. Bo część wizytówek znika w torebkach hostess. Anna, Monika i Marzena uzgodniły, że biorą tylko prezesów spółek, ewentualnie dyrektorów zarządzających. Po co? Mają po 20 lat i postanawiają znaleźć sobie przyzwoitych mężów. Same pochodzą z podwarszawskich miejscowości, koledzy w ich wieku raczej nie budzili ich zainteresowania.
Zaczęło się na przyjęciu wigilijnym dużej spółki handlowej. Czwartek wieczorem, Filharmonia Narodowa. Zagraniczny prezes czyta z kartki kilka doniosłych zdań. Za nim hostessy zbierają wizytówki do wielkiego słoja. Tego wieczoru odbędzie się loteria towarzyska, a główną nagrodą jest wyjazd narciarski do Włoch. Ale nie wszyscy biorą udział w losowaniu. Bo część wizytówek znika w torebkach hostess. Anna, Monika i Marzena uzgodniły, że biorą tylko prezesów spółek, ewentualnie dyrektorów zarządzających. Po co? Mają po 20 lat i postanawiają znaleźć sobie przyzwoitych mężów. Same pochodzą z podwarszawskich miejscowości, koledzy w ich wieku raczej nie budzili ich zainteresowania.
W piątek spotykają się w wynajętym mieszkaniu Anny, zamawiają pizzę, otwierają wino, palą papierosy i zaczynają pisać SMS-y: "Jarku, czy doczekam się tego zaproszenia na kawę?", "Marek, myślę, że po tym co było wczoraj powinieneś zadzwonić", "W piątek po pracy będę umierać z głodu, co powiesz na kolację?"
Rozpoczyna się flirt. Zaczepki i rozmowy zgodne z prawidłami psychologicznej sztuki SMS-owego romansu: odpowiedź nie prędzej niż po 6 minutach, zaczynaj wiadomość od imienia, pozostawiaj sporo niedomówień, sprawiaj wrażenie, że to pomyłka, bo rozmówcy lubią takie nieoczekiwane zbiegi okoliczności. Hostessy przeczytały o tym w internetowych poradnikach, reszta to talent.
Trudno się dziwić, że wszyscy potencjalni faceci dają się złapać. Hostessy mają jednak własną strategię. Potencjalny kandydat na męża to facet przed 40-tką, przedsiębiorca lub na stanowisku, z ustabilizowaną sytuacją majątkową, nieżonaty – bo przygody łóżkowe ich nie interesują. Anna pierwsza trafia w cel.
Biznes szuka żony
Biznesmen Marek spotyka się ze znajomymi w piwiarni na Foksal. Tylko wchodzi do lokalu, od razu wyciąga telefon. – Moja dziewczyna jest dwa razy młodsza od waszych żon – krzyczy zadowolony. – Nie wiem co z tym rozbić? Zaczęło się od pomyłki, a teraz piszemy ze sobą codziennie – relacjonuje i chwali się SMS-ami od niby-przypadkowo poznanej Anny. "Co robisz, gdzie jesteś? Czy myślisz o mnie?". 300 wiadomości w ciągu tygodnia.
Biznesmen Marek spotyka się ze znajomymi w piwiarni na Foksal. Tylko wchodzi do lokalu, od razu wyciąga telefon. – Moja dziewczyna jest dwa razy młodsza od waszych żon – krzyczy zadowolony. – Nie wiem co z tym rozbić? Zaczęło się od pomyłki, a teraz piszemy ze sobą codziennie – relacjonuje i chwali się SMS-ami od niby-przypadkowo poznanej Anny. "Co robisz, gdzie jesteś? Czy myślisz o mnie?". 300 wiadomości w ciągu tygodnia.
Marek nie grzeszy urodą. Niedbała fryzura, zbyt obszerna marynarka, jeansy wypchane na kolanach. Od czasów liceum nigdy nie miał dziewczyny. Rzucając się w wir romansu zmienia się nie do poznania. Dla kondycji zaczyna biegać w parku. Idzie do fryzjera-stylisty. Zamawia garnitur na miarę. Znika z firmy na dwa tygodnie. Poświęca czas na romantyczne wyjazdy, najpierw Zakopane, potem Sopot.
Gdy wraca do Warszawy, znowu spotyka się z kolegami. Gdy tylko odchodzi od stolika, kumple wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. — Trzeba go jakoś uświadomić. Przecież panna zaraz zajdzie w ciążę i pociągnie go z alimentów jak z polisy ubezpieczeniowej – mówią i rozpoczynają śledztwo. Dzwonią do szefa agencji PR, która organizowała biznesową wigilię i zatrudniała hostessy. Prezes od razu kojarzy dziewczyny: – Przyklejały się jak rzep do każdego faceta w garniturze. A potem każdy miał te omyłkowe SMS-y. To "gang wizytówkowy" – wspomina.
Na kolejne spotkanie Marek przychodzi świetnym nastroju. – Anka jest w ciąży. Trzeba było wyjść z sytuacji honorowo. Za miesiąc ślub – oświadcza.
To był jednak dopiero początek. Efekt działalności "gangu wizytówkowego" to trzy szczęśliwe małżeństwa, czwórka dzieci i – do dziś – ani jednego rozwodu.
To był jednak dopiero początek. Efekt działalności "gangu wizytówkowego" to trzy szczęśliwe małżeństwa, czwórka dzieci i – do dziś – ani jednego rozwodu.
Imiona bohaterów zostały zmienione