Czy kanclerz Angela Merkel naprawdę została upokorzona przez AfD w Meklemburgii-Pomorzu Przednim? Czy skrajna prawica ma szansę odnieść sukces w walce o władzę w całym kraju?
Czy kanclerz Angela Merkel naprawdę została upokorzona przez AfD w Meklemburgii-Pomorzu Przednim? Czy skrajna prawica ma szansę odnieść sukces w walce o władzę w całym kraju? Prawo autorskie: mikewaters / 123RF Zdjęcie Seryjne

Kiedy w niedzielny wieczór zakończyły się wybory lokalne w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, zaczęto prześcigać się w obwieszczaniu wielkiego sukcesu skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec. Antyunijna, antyimigrancka i antyislamska formacja w stronach kanclerz Angeli Merkel wypadła rzeczywiście nieźle, wyprzedzając o kilka punktów chadeków. Wieszczenie ostrego zwrotu Niemiec w prawo i "dobrej zmiany" nadciągającej do Berlina zakrawa jednak na szaleństwo.

REKLAMA
O co w ogóle tyle zamieszania? Wyniki wyborów do landtagu w Meklemburgii-Pomorzu Przednim mogą zaskakiwać tym, jak bardzo różnią się od układu sił, do którego przywykliśmy w polityce za Odrą. Potężna Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU) Angeli Merkel przegrała tam z Alternatywą dla Niemiec (AfD), która nie ma nawet jednego przedstawiciela w Bundestagu. AfD zyskało 21-proc. poparcie i o dwa punkty wyprzedziło chadeków.
Niektórzy mówią, że spadkobiercy hitlerowskich dysydentów, karmiący dziś najgorsze demony niemieckiego społeczeństwa, Angelę Merkel wręcz upokorzyli. Dowodzić ma temu fakt, iż właśnie w Meklemburgii jest okręg wyborczy niemieckiej kanclerz.
Wyobrażenia kontra rzeczywistość
Tyle, że CDU nigdy nie była tam przesadnie silna. Po zjednoczeniu Niemiec chadecy zwyciężali w regionalnych wyborach w Meklemburgii-Pomorzu Przednim tylko dwa razy. Walczący o jak najszybsze zrzucenie komunistycznych traum i dogonienie zachodnich landów, mieszkańcy okolic Schwerina i Rostocku bardziej ufali ofercie Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. Zawsze dobrze wypadali tam też ci, którzy mieli nieco bardziej ostrą receptę na wszelkie problemy.
Kiedyś mieszkańcy północnego-wschodu Niemiec widzieli szansę na dorównanie zachodnim landom w propozycjach lewicowych, ale dzisiaj - nie tylko w Meklemburgii - wśród wielu dominuje przekonanie, że lepszy los przyniesie tylko oczyszczenie kraju z zabierających pracę i sprawiających same kłopoty imigrantów (i nie mówimy tylko o ostatniej fali muzułmańskich uchodźców). Całe byłe NRD to mateczniki ksenofobów z AfD i PEGIDA.
Mówienie o "sensacyjnym" wyniku zakrawa więc na paranoję. Trudno bowiem nazwać sensacją wynik, który nie tylko był do przewidzenia. Większość najbardziej renomowanych instytutów badania opinii w Niemczech pomyliło się w swoich przedwyborczych prognozach o mniej niż jeden punkt procentowy. Od późnego czerwca wszystkie sondaże wskazywały na to, że AfD będzie grało tam z CDU, jak równy z równym.
Tyle tych sensacji. Politycy AfD nie są bowiem ani zwycięzcami ostatnich wyborów, ani nie mają szans na udział we władzy. Od dekady Meklemburgią-Pomorzem Przednim rządzi bowiem ta sama "wielka koalicja" CDU-SPD, co całym krajem. I choć w niedzielę straciła ona łącznie trzy mandaty, nadal utrzyma się przy sterach.
AfD na fali, ale...
Jednak po marcowych wynikach z Saksonii-Anhalt i Badenii-Wirtembergii, gdzie AfD uzyskało 24,2 i 15,1 proc., wielu wydaje się, iż wczorajsze wyniki to kolejny dowód na to, że wiatr zmian w Europie wieje w żagle także niemieckiej skrajnej prawicy. - Szaleństwo wokół "marszu AfD po władzę" skończy się raczej dość szybko. Jeśli chcemy brać każde głosowanie lokalne za zapowiedź wyniku przyszłorocznych wyborów do Bundestagu, to kolejna okazja już za dwa tygodnie - mówi w rozmowie z naTemat politolog Tarik Richter.
18 września skład swojej Izby Deputowanych zrewidują bowiem mieszkańcy Berlina. I jeśli wierzyć tym samym pracowniom, które dość dokładnie przewidziały ostatnie wyniki, w stolicy Niemiec AfD raczej żadnego z wielkich graczy z politycznego centrum już nie "upokorzy". Poparcie dla populistów waha się tam bowiem na poziomie 10-15 proc. - O prawdziwą władzę, jak równy z równym, walczyć będą tam SPD, CDU, Zieloni i Lewica. Wszystkie te partie mają ostatnio poparcie ok. 20 proc. berlińczyków - tłumaczy Richter.
Niemiecki politolog zwraca też uwagę na fakt, iż nakręcające sensacyjną atmosferę wokół AfD media i internet zupełnie nie zwracają uwagi, że ostatnie sukcesy skrajna prawica odnosiła w swoich matecznikach. Tymczasem do naprawdę wyraźnego zaznaczenia swojej pozycji w wyborach do Bundestagu potrzeba głosów wszystkich landów. - W tym tych, gdzie poparcie dla Frauke Petry, Beatrix von Storch i Jörga Meuthena jest znikome. A do nich należą na przykład Dolna Saksonia, Hesja, Hamburg, Schlezwig-Holstein i wielka Bawaria - tłumaczy ekspert.
Taki sukces to nie sukces
I przywołuje najnowsze badania dotyczące prognoz na przyszłoroczną walkę o większość w Bundestagu, obsadę fotela kanclerskiego i kształt nowego rządu federalnego. – Naprawdę absolutnie nic nie wskazuje na to, by AfD miała jakiekolwiek szanse wywrócić scenę polityczną do góry nogami. To pewne, że mocno poprawią wynik, który w 2013 roku wyniósł niespełna 5 proc., ale wiele wskazuje, że podobnie będzie z wynikami Zielonych. A czy ktoś wieści zieloną rewolucję...? - pyta retorycznie Tarik Richter.
Zwraca też uwagę na to, że AfD na wybory parlamentarne może minąć się z najlepszą formą. Tę uzyskało bowiem dzięki kryzysowi migracyjnemu, które Niemcy zbyt odważnie wzięły na siebie. Jednak fala uchodźców mocno wyhamowała i z czasem temat, który gotuje wielu Niemcom krew w żyłach, zacznie wygasać. Jeżeli w Niemczech nie pojawią się zbyt wielkie problemy z asymilacją uchodźców, nie podskoczą statystyki przestępczości, jeśli imigranci nie będą zabierali pracy, którą skłonni wykonywać są Niemcy, to ksenofobiczna oferta przestanie być tak interesująca.
Nie wolno bagatelizować
Zdaniem Tarika Richtera, pomimo tego nad tym małym renesansem AfD nie można przechodzić obojętnie. - Oni nie mają realnych szans na sprawowanie władzy. Nie mają szans przejąć choćby jednego landu. Gdy cieszą się poparciem nawet 15 proc. wszystkich Niemców nie można sądzić, że to głos całego narodu. Jednak zarazem znalazło się ponad 10 mln Niemców, którzy dali uwieść się ofercie tak skrajnej, jakiej nie było tu od 1945 roku. Co więcej, ofercie ludzi, którzy są spadkobiercami ważnych postaci III Rzeszy i czynią sobie z tego powody do dumy. Nawet, kiedy ksenofobiczne nastroje przycichną, a AfD przestanie odnosić swoje małe sukcesy, trzeba będzie o tym pamiętać. I temu przeciwdziałać, by kiedyś nie doszło do tragedii, nie tylko politycznej - podsumowuje nasz rozmówca.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl