
Dwoje młodych policjantów wciąż walczy o życie, a nad Węgrami zawisło widmo terroryzmu - oto efekty wydarzeń z sobotniej nocy, gdy doszło do silnego wybuch w centrum Budapesztu. Jedni już wydali za to akt oskarżenia przeciw muzułmańskim uchodźcom. Nie brakuje jednak i tych, którzy o aranżację tych zajść podejrzewają... Viktora Orbána. Ten zamach jego partia rzeczywiście chętnie wykorzystuje do politycznych gier, ale czy Orbán naprawdę mógł posunąć się aż tak daleko, by samemu do tego wszystkiego doprowadzić?
REKLAMA
Jak terroryzm dotarł na Węgry
Kiedy w sobotni wieczór cześć centrum Budapesztu została sparaliżowana po silnej eksplozji, do której doszło na Bulwarze Teresy, nikt nie panikował. Choć na miejsce zjechało się chyba pół budapesztańskiej policji i funkcjonariusze natychmiast zamknęli kilka ważnych przecznic, szybko pojawiła się też informacja, że choć poważnie ranne zostały dwie osoby, było to tylko nieszczęśliwy wypadek, wybuch gazu.
Kiedy w sobotni wieczór cześć centrum Budapesztu została sparaliżowana po silnej eksplozji, do której doszło na Bulwarze Teresy, nikt nie panikował. Choć na miejsce zjechało się chyba pół budapesztańskiej policji i funkcjonariusze natychmiast zamknęli kilka ważnych przecznic, szybko pojawiła się też informacja, że choć poważnie ranne zostały dwie osoby, było to tylko nieszczęśliwy wypadek, wybuch gazu.
Po niespełna dobie nastroje diametralnie się zmieniły. W niedzielę komendant główny węgierskiej policji Károly Papp zwołał konferencję prasową, na której niespodziewanie oświadczył, że stolica Węgier stała się celem zamachu terrorystycznego.
Teoretycznie pod uwagę branych jest nadal kilka scenariuszów, ale jednocześnie Papp zarządził pościg za domniemanym zamachowcem. Niskim mężczyzną po dwudziestce, który przed zamachem był widziany w ciemnej kurtce, dżinsach i białych trampkach. Za pomoc w jego schwytaniu oferowana jest niebagatelna na Węgrzech suma 10 mln forintów. W najwyższej gotowości postawione zostały też wszystkie służby. Zaostrzono kontrole na lotniskach i granicach, bo podejrzewa się, że sprawca może spróbować uciec z Węgier.
O ile... naprawdę ktoś taki istnieje. Bo kto nie pała zbytnim zaufaniem do ekipy Viktora Orbána, temu na wieść o ogłoszeniu sobotnich zajść zamachem szybko zapaliła się czerwona lampka. Podejrzliwość pobudził fakt, iż 2 października Węgrzy mają zagłosować w referendum w sprawie akceptacji kwot osiedlania uchodźców. W rzeczywistości ma być to raczej plebiscyt dotyczący poparcia Orbána w stanowczym "nie" wobec europejskiej polityki migracyjnej.
Zamach jak na zamówienie
Węgierski przywódca zamarzył sobie bowiem, że z Brukselą będzie grał najmocniejszą kartą, czyli wolą suwerena. Na spełnienie tych marzeń poszło w ciągu kilku ostatnich miesięcy ponad 10 mln euro, które rząd wpompował w zakrojoną na szeroką skalę kampanię propagandową. Dzięki której chyba do każdego Węgra dotarły już materiały "informacyjne" o tym, ile milionów muzułmanów czeka, by zasiedlić Europę. A także o tym, że obecność tych, którzy już się na Stary Kontynent przedarli, skończyła się śmiercią kilkuset osób w niedawnych zamachach terrorystycznych.
Węgierski przywódca zamarzył sobie bowiem, że z Brukselą będzie grał najmocniejszą kartą, czyli wolą suwerena. Na spełnienie tych marzeń poszło w ciągu kilku ostatnich miesięcy ponad 10 mln euro, które rząd wpompował w zakrojoną na szeroką skalę kampanię propagandową. Dzięki której chyba do każdego Węgra dotarły już materiały "informacyjne" o tym, ile milionów muzułmanów czeka, by zasiedlić Europę. A także o tym, że obecność tych, którzy już się na Stary Kontynent przedarli, skończyła się śmiercią kilkuset osób w niedawnych zamachach terrorystycznych.
Węgrzy okazali się podatni na te nauki i od kiedy uruchomiono kampanię, znacznie zmniejszyła się grupa domagających się humanitarnego traktowania uchodźców z Bliskiego Wschodu. Na początku kryzysu migracyjnego należała do niej większość obywateli. Dziś jest za tym już tylko 44 proc. społeczeństwa, a część z nich tak w ogóle to też już woli powiedzieć uchodźcom "nie". Według najnowszych sondaży, przeciwko zaangażowaniu Węgier w solidarne z Europą rozwiązanie kryzysu może zagłosować nawet 90 proc. obywateli.
Viktor Orbán wciąż nie może jednak być pewien triumfu, gdyż Węgrzy tak stanowczy są jedynie w rozmowach z ankieterami przygotowującymi sondaże. Natomiast, kiedy pada ostatnie pytanie o to, czy pójdą potwierdzić swoje poglądy do lokali wyborczych, twierdząco odpowiada znacznie mniej osób. Frekwencja powinna wahać się na poziomie 50 proc. A jeżeli nie zagłosuje ponad połowa uprawnionych, referendum nie będzie ważne.
Dlatego rząd i działacze Fideszu dwoją się i troją, by zmobilizować społeczeństwo, w którym dotąd pielęgnowano raczej wygodną dla władzy apatię. Czy jednak węgierski establishment mógł być zdolny do tego, by posunąć się w tym celu do zorganizowania prowokacji na taką skalę? Wielu nie ma co do tego wątpliwości. Szczególnie dużo takich oskarżeń w dyskusjach o zamachu w polskiej i niemieckiej sieci. A co na to sami Węgrzy?
"Orbán to nie Putin"
– W Budapeszcie mówi się dziś raczej o szoku, że i nas dopadł jakiś terroryzm. Choć nie wiadomo przecież, czy islamski. Może to raczej jakiś szaleniec nienawidzący policji, albo gangster. No, ale jednak terrorysta – mówi w rozmowie z naTemat Dániel, 24-letni student z budapesztańskiego Uniwersytetu Korwina.
– W Budapeszcie mówi się dziś raczej o szoku, że i nas dopadł jakiś terroryzm. Choć nie wiadomo przecież, czy islamski. Może to raczej jakiś szaleniec nienawidzący policji, albo gangster. No, ale jednak terrorysta – mówi w rozmowie z naTemat Dániel, 24-letni student z budapesztańskiego Uniwersytetu Korwina.
Choć nie należy do zwolenników Viktora Orbána, na sugestie, że wszystko to rządowy spisek skrojony na potrzeby zbliżającego się głosowania reaguje oburzeniem. – Orbán jest jaki jest, ale to nie Putin. Robi interesy z Putinem, ale to jednak człowiek z zupełnie innej bajki – stwierdza mój rozmówca. Przyznaje jednak, że spiskowa teoria jest dość popularna także na Węgrzech. – Słyszałem takie teorie już wczoraj w knajpie i od rana męczą tymi dochodzeniami w pracy – stwierdza. Zdaniem Dániela, to jednak nie są rozmowy całkowicie na serio.
Diametralnie innego zdania jest Nóra Klein, która na sytuację patrzy z punktu widzenia emigrantki w Austrii. – Spójrzmy na to, co Orbán i jego ludzie już mają na sumieniu. A to na przykład przekręty polegające na czyszczeniu narodowego majątku na rzecz wzbogacania swoich kont. To przejęcie kontroli nad wszystkimi instytucjami, które mogłyby ich na tym przyłapać i ukarać. To zakneblowanie mediów. Czyli taki gangsterski autorytaryzm – wylicza oburzona 28-latka. – I co? Myślisz, że nie stać ich na to, by pójść krok dalej? – pyta retorycznie.
Policja była za szybko?
Emocje takich, jak ona dziś rano rozniecili też dziennikarze. A dokładnie słynąca z odwagi w krytykowaniu władzy redakcja "Népszabadság". Opublikowała ona relację świadka wydarzeń z sobotniej nocy, a zarazem fotografa Attili Kleba. Przypadkiem znalazł się on w okolicy, gdzie doszło do wybuchu. To on jest autorem części najpopularniejszych zdjęć z miejsca zamachu i prawdopodobnie to on pierwszy wezwał pomoc.
Emocje takich, jak ona dziś rano rozniecili też dziennikarze. A dokładnie słynąca z odwagi w krytykowaniu władzy redakcja "Népszabadság". Opublikowała ona relację świadka wydarzeń z sobotniej nocy, a zarazem fotografa Attili Kleba. Przypadkiem znalazł się on w okolicy, gdzie doszło do wybuchu. To on jest autorem części najpopularniejszych zdjęć z miejsca zamachu i prawdopodobnie to on pierwszy wezwał pomoc.
Kleb twierdzi, że na numer alarmowy dzwonił, gdy jeszcze wokoło unosił się kurz. Ledwo się rozłączył, a rannym policjantom dwóch ludzi już udzielało pomocy. Jak się później okazało, byli to funkcjonariusze w cywilnych ubraniach. Kleb zdawał się sugerować, że tempo, w którym pojawili się pierwsi policjanci było podejrzane.
Podobno świadków od razu dopytywano też, czy słyszeli okrzyki typu "Allahu akbar". Niczego takiego nie potwierdzono. Jednak tego, że ktoś odpalił w Budapeszcie bombę domowej roboty z pobudek islamistycznych nie wykluczają węgierskie służby i politycy Fideszu. – Nie znamy motywacji sprawcy. Niczego nie możemy na razie wykluczać – oznajmił Kósa Lajos, prawa ręka Viktora Orbána w partii. – Niebezpieczeństwo jest większe niż moglibyśmy przypuszczać – wtórował mu Antal Rogán, szef gabinetu premiera.
I nawet jeśli oskarżenia o polityczną prowokację kosztem życia i zdrowia dwóch młodych policjantów są wobec rządzących Węgrami bezpodstawne i krzywdzące, takiego podgrzewania emocji należy spodziewać się do chwili zamknięcia lokali wyborczych w najbliższą niedzielę. Bo nawet jeśli to wszystko przypadek, dla orbanowskiego układu był wyśmienitym prezentem.
A teraz pomyślmy logicznie...
Tymczasem na to, że terrorysta nie miał nic wspólnego ani z islamistami, ani z Orbánem wskazuje całkiem sporo. Na co zwraca uwagę zasiadający w parlamentarnej komisji bezpieczeństwa narodowego Zsolt Molnár z Węgierskiej Partii Socjalistycznej. – Dżihadystyczna motywacja jest mało prawdopodobna – przekonuje polityk węgierskiej opozycji. I zwraca uwagę, że zwykle po takim czasie któraś z organizacji terrorystycznych przyznaje się do ataku. A ten dotknął policję w sercu europejskiej stolicy uchodzącej dotąd za bardzo bezpieczną i nikt nie chce się nim pochwalić?
Tymczasem na to, że terrorysta nie miał nic wspólnego ani z islamistami, ani z Orbánem wskazuje całkiem sporo. Na co zwraca uwagę zasiadający w parlamentarnej komisji bezpieczeństwa narodowego Zsolt Molnár z Węgierskiej Partii Socjalistycznej. – Dżihadystyczna motywacja jest mało prawdopodobna – przekonuje polityk węgierskiej opozycji. I zwraca uwagę, że zwykle po takim czasie któraś z organizacji terrorystycznych przyznaje się do ataku. A ten dotknął policję w sercu europejskiej stolicy uchodzącej dotąd za bardzo bezpieczną i nikt nie chce się nim pochwalić?
Zdaniem Molnára, bardziej prawdopodobne warianty to te, które zakładają, iż zamachowiec działał z pobudek osobistych, był motywowany nienawiścią do policji lub chęcią ataku na struktury państwa. Oskarżenie o zaaranżowanie zamachu pod adresem rządzących rywali nawet nie przyszło mu do głowy.
Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl
