Nie wszyscy mogą strajkować.
Nie wszyscy mogą strajkować. Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Strajk tylko dla bogatych? Niestety tak wygląda smutna rzeczywistość. Pracownicy warszawskich kawiarni nie myślą o protestowaniu. Mimo zapewnień szefostwa, że "każdy może manifestować swoje poglądy", po prostu wolą nie ryzykować. Ale mamy też pozytywną historię.

REKLAMA
Piątek rano. Green Caffe Nero, centrum Warszawy. Za barem dwudziestoparoletnia baristka. Pytam, czy w poniedziałek przychodzi do pracy, czy może jednak dołączy do protestu. Dziewczyna jest wyraźnie zaskoczona.
– Proszę nie żartować, mamy tutaj umowy o dzieło, w dodatku jest ciągła rotacja. Mieszkam w Warszawie dopiero od roku i nie będę ryzykowała utraty pracy. Zresztą jest jej tyle, że nie mam czasu angażować się jeszcze społecznie – mówi.
Dopytuję więc, czy gdyby miała oficjalną zgodę przełożonych, zdecydowałaby się dołączyć do protestu. – Proszę dzwonić do szefa, sam się pan przekona – mówi zrezygnowana.
U nas każdy może strajkować
Dzwonię więc do centrali Green Caffe Nero, by zobaczyć, jak zapatruje się na to szefostwo. Udało mi się porozmawiać z szefową marketingu firmy.
Agata Milewska Green Caffe Nero

Prowadzimy politykę otwartych drzwi, jeżeli któraś z naszych pracownic ma ochotę manifestować swoje poglądy, oczywiście to umożliwiamy

Jak to wygląda w innych sieciowych kawiarniach? – Starbucks jak najbardziej przychyla się do kobiet pragnących dołączyć do protestu. Wystarczy tylko złożyć wniosek o urlop na żądanie – mówi nam osoba odpowiedzialna za komunikacje, dodając, że sama też zamierza podjąć strajk. Z dużych, sieciowych kawiarni tylko Costa Coffee nie zdecydowała się odpowiedzieć na moje pytania.
Nie zrobiłybyśmy tego naszym kolegom
Przekazuję wiadomość mojej rozmówczyni. Przyjmuje z zadowoleniem jednak zdania nie zmienia. – Jestem zaskoczona, ale i tak wątpię, żeby któraś z nas nie przyszła w poniedziałek do pracy. Jest nas naprawdę mało, a grafik ustalamy z dużym wyprzedzeniem. Nie zrobiłabym tego moim kolegom, bo i tak ledwo dajemy radę. Większość z nas także zaczyna studia, więc jeszcze trudniej będzie dopasować godziny – słyszę praktyczne wyjaśnienia.
Nie wolno mi nic mówić na ten temat..
Wchodzę do innej siecówki. Tym razem jest to księgarnia. Personel to cztery osoby – tylko jeden z nich to mężczyzna. Próbuję dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja tutaj. – Przepraszam, ale nie wolno mi mówić o takich sprawach – mówi mi jedna z kobiet. – Koleżanki też nie będą z panem chciały o tym rozmawiać – dodaje szybko, uprzedzając mój następny ruch.
Dlaczego pytania o prawa przysługujące pracownikowi budzą taki niepokój? – Każdy, kto chce uczestniczyć w "Czarnym marszu", powinien wziąć sobie urlop na żądanie, przysługujący cztery dni w roku – mówi Robert Oleksik, adwokat z Częstochowy. – Ale uwaga, jeśli protestujący po prostu nie przyjdzie do pracy, bez powiadomienia pracodawcy, naraża się nawet na zwolnienie dyscyplinarne. – dodaje adwokat.

Urlop na żądanie

Pracownik może zgłosić urlop na żądanie nawet w dniu, w którym ten urlop zamierza wziąć. Może to zrobić telefonicznie, sms-em, mailowo lub w każdy inny skuteczny sposób. Bo urlop na żądanie wymyślono jako przywilej pracownika, z którego może skorzystać w nagłych, losowych sytuacjach. I to właśnie jest główną przyczyną konfliktów na linii pracodawca-pracownik. Bo choć jest to prawo pracownicze, a za jego pogwałcenie pracodawca może być ukarany ogromną, sięgającą 30 tysięcy złotych grzywną, to również pracownik, jeśli weźmie urlop na żądanie niezgodnie z przepisami, może ponieść surowe konsekwencje. Czytaj więcej

źródło: regiopraca.pl
Trzeba też pamiętać, że urlop na żądanie przysługuje pracownikom etatowym. Co z całą rzeszą zatrudnionych na "śmieciówkach"? Oni zgodnie z prawem nie mają takiego przywileju. Jeśli chcą zniknąć z pracy, dajmy na to na taki protest, muszą porozumieć się z pracodawcą.
Przecież szef nie jest jakiś zacofany..
Po wizycie w księgarni zastanawiam się jak wygląda sytuacja w mniejszych punktach. "Rajstopy w każdym rozmiarze"zachęca prosty, mocno oldschoolowy szyld niewielkiego butiku w centrum Warszawy. Za ladą pani Elżbieta, otwarta na rozmowę, około czterdziestoletnia sprzedawczyni.
Zadaje standardowe pytanie, o strajk, prawa pracownika, itp. – Nie idę w poniedziałek do pracy, poprosiłam o urlop na żądanie – słyszę. – Oczywiście, że szef nie ma nic przeciwko temu. Nie jest przecież jakiś zacofany... – dodaje.

Napisz do autora: oskar.maya@natemat.pl