Szef niemieckiego MSW Thomas de Maizière to człowiek, który może sprawić, że uchodźcy jeszcze pożałują, że tak ciągnęli do Niemiec. Im ostrzej się z nimi obejdzie, tym bardziej prawdopodobne, że odeśle Angelę Merkel na polityczną emeryturę.
Szef niemieckiego MSW Thomas de Maizière to człowiek, który może sprawić, że uchodźcy jeszcze pożałują, że tak ciągnęli do Niemiec. Im ostrzej się z nimi obejdzie, tym bardziej prawdopodobne, że odeśle Angelę Merkel na polityczną emeryturę. Fot. YouTube.com/phoenix

W ciągu ubiegłego roku za Odrą napłynęło prawie milion migrantów. Żaden inny kraj Europy nie wziął na siebie takiej odpowiedzialności za uchodźców i imigrantów, jak Niemcy, które ustami kanclerz Angeli Merkel powiedziały "damy radę". Teraz, gdy za chwilę wystartuje kampania przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi, w Berlinie zmienią jednak zdanie. I dają do zrozumienia, że wielu przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki nie powinno przywiązywać się do mieszkania w Niemczech.

REKLAMA
Lepiej się w Niemczech nie rozgaszczać...
W miniony weekend minister spraw wewnętrznych Niemiec Thomas de Maizière ogłosił trzy bardo ważne informacje związane z tym, jak kryzys migracyjny wpłynie na przyszłość Niemiec.
Po pierwsze, szef niemieckich służb poinformował, że wreszcie dobrze policzono, ilu tak naprawdę dodatkowych mieszkańców pojawiło się w jego kraju. Okazało się, iż w trakcie tego całego migracyjnego zamieszania naliczono grubo ponad 200 tys. osób... za dużo. Po dogłębnej weryfikacji de Maizière mógł oficjalnie ogłosić, że w ubiegłym roku Niemcy przyjęły "jedynie" ok. 890 tys. uchodźców i imigrantów.
To nadal ogromna liczba. I Niemcy nadal starają się, by z czasem się ona zmniejszała. Nie takie były pierwotne założenia, ale im migranci coraz mniej mile widziani są przez niemieckie społeczeństwo, tym nawet Angela Merkel nie chce ryzykować dalszych dyskusji. - Niemcy nie były gotowe na przyjęcie miliona migrantów - przyznała przed dwoma tygodniami. I chyba wreszcie dała zielone światło, by coś z tym błędem zrobić.
Drugą ważną wiadomością, którą ogłosił Thomas de Maizière była więc zapowiedź, że Niemcy zamierzają dążyć do tego, by udało się... odsyłać migrantów. Tam, gdzie pierwszy raz przekroczyli unijne granice. Na to pozwalają bowiem obowiązujące w Unii Europejskiej przepisy wynikające z umowy Dublin III. Ba, wręcz zobowiązują one kraje członkowskie do takiego postępowania z uchodźcami i imigrantami spływającymi do wspólnoty.
Czas, by Grecja spłaciła długi
Tylko że w chwili obecnej Dublin III obowiązuje jedynie teoretycznie. Stosowanie tych regulacji zawieszono ze względu na to, iż państwa odpowiedzialne za ochronę zewnętrznych granic UE już kilka lat temu nie radziły sobie z zapewnieniem uchodźcom humanitarnego traktowania. Chodziło przede wszystkim o Grecję. Pogrążona w kryzysie i wystawiona na pierwszy front migracji z Bliskiego Wschodu, zupełnie nie radziła sobie ani z podstawową pomocą dla uciekających stamtąd ludzi, ani z formalnościami.
Ale kto najwięcej zapłacił za to, by Greków wyciągnąć z bankructwa i gdzie najliczniej uciekli ci migranci, którzy powinni otrzymać pomoc już w Helladzie...? Teraz Niemcy mogą zażyczyć sobie przysługi za to wszystko. W niedzielę szef niemieckiego MSW na łamach greckiego dziennika "Kathimerini" oznajmił, że za sprawą Berlina zrobiono bardzo wiele, by poprawić sytuację w Grecji i chyba można uznać, że regulacje dublińskie czas odwiesić.
I wrócił do planów, o których mówił w Niemczech już na początku września. Gdy sfrustrowanym kryzysem migracyjnym obywatelom dał nadzieję, że za jakiś czas wielu przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki odeśle daleko od niemieckich granic. Gdyby bowiem znowu zastosowano umowę Dublin III, bilet do Grecji można byłoby wręczyć setkom tysięcy nowych przybyszów.
Bo drogę do wymarzonego nowego domu w Niemczech większość migrantów pokonała właśnie przez Grecję. To było dla nich pierwsze bezpieczne państwo. I tam powinni zostać, by przeczekać wojny w swoich ojczyznach lub legalnie powalczyć o prawo do przeniesienia się w głąb UE. Oni woleli jednak masowo ciągnąć od razu do najbogatszych regionów Europy. Tym upragnionym dobrobytem mogą nie cieszyć się jednak długo.
Zapowiedzi szefa niemieckiego MSW nie będą raczej słowami rzucanymi na wiatr. Co więcej, doprowadzić odpływu migrantów rządzący w Berlinie będą chcieli możliwie jak najszybciej. Gonią ich termin przyszłorocznych wyborów parlamentarnych i rosnąca popularność populistycznej skrajnej prawicy, która podbija serca wielu Niemców właśnie obietnicą oczyszczenia kraju z migrantów.
Takiego kanclerza chcą dziś Niemcy?
Z tym wiąże się trzecia ze wspomnianych na początku wiadomości od Thomasa de Maizièrego. Co prawda nie padła ona wprost z jego ust, ale zaczyna wyglądać na to, że rodzą się w nim kanclerskie ambicje. I plan na to, by skłonić Angelę Merkel do decyzji o zasłużonej politycznej emeryturze. To właśnie on może najłatwiej wejść w rolę tego, który znalazł sposób na rozwiązanie stworzonych przez nią problemów, a zarazem zapewnić dość gładką zmianę warty.
Jeśli zdecydowanymi działaniami w tym kluczowym dla niemieckiej polityki temacie Thomas de Maizière zdobędzie uznanie Niemców, chadecy mogą postawić właśnie na niego. Bo lista potencjalnych następców kanclerz Merkel nie jest długa. Na pierwszych miejscach oprócz niego są jedynie szefowa niemieckiego MON Ursula von der Leyen i wiceminister finansów Jens Spahn. Za nią przemawia płeć, za nim bardzo młody wiek. Żadne z nich nie ma jednak tak potężnych narzędzi do zyskania popularności, jak szef MSW.
A rezygnacja Angeli Merkel z kierowania niemieckim rządem jest bardziej prawdopodobna niż kiedykolwiek. To przez jej odważną decyzję partia naraziła się na utratę popularności, do ustąpienia namawiają ją już nawet zatwardziali wyborcy CDU, a do tego coraz częściej nie ukrywa ona, że jest już tym wszystkim zmęczona.
Jeśli kanclerz odejdzie teraz, "emeryturę" może spędzić jeszcze całkiem aktywnie. Już od jakiegoś czasu mówi się przecież, iż jeden ze scenariuszy na przyszłość pisany przez Angelę Merkel ma zakładać, że gdyby Donald Tusk w świetle obecnej sytuacji w Polsce zdecydował się na powrót do ojczyzny, idealną kandydatką do zastąpienia go na czele Rady Europejskiej byłaby właśnie ona
A jeżeli Thomas de Maizière rzeczywiście zostanie kandydatem do kanclerskiego fotela, jednego możemy być pewni. Tysiące uchodźców i imigrantów, którzy jeszcze niedawno tak śpiesznie ciągnęli do Niemiec, w jego państwie nie będą mieli łatwego życia. Albo i szybko z tego państwa zaczną znikać.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl